Andrzej Seweryn: Czas to nie tylko pieniądz

Za swój sukces uważam to, że trwam i doświadczam nowych wyzwań - powiedział podczas wizyty w Nowym Jorku aktor i reżyser Andrzej Seweryn.

W Polsce nie udało mi się dotąd zostać pedagogiem i tego bardzo żałuję - wyznaje Andrzej Seweryn

W jakim stopniu filmy, które pan pokazuje w Nowym Jorku: "Dyrygent", "Prymas - Trzy lata z tysiąca" i "Różyczka", są charakterystyczne dla pańskiej twórczości?

Andrzej Seweryn: - Wyboru filmów dokonała pani Agata Drogowska, z organizacji Polish Filmmakers NYC - nigdy nie jest proste wyselekcjonować trzy z około stu filmów, które chciałoby się pokazać i które reprezentowałyby twórczość artysty. Są to dla mnie filmy dość ważne. Za odtwarzane w nich role dostałem nagrody. W Berlinie za "Dyrygenta", w Dominikanie za "Różyczkę" a w Gdyni za "Prymasa". Najwcześniejszym z nich jest "Dyrygent" pochodzący z końca lat 70. i opowiadający jak wyglądało życie w ówczesnych warunkach politycznych. Rola w "Różyczce" była oparta na postaci polskiego pisarza, historyka Pawła Jasienicy. Wagi "Prymasa" nie można przecenić. Praca nad postacią, wymagała ode mnie szczególnej odpowiedzialności, stawiała przede mną poważne pytania. To nie był prymas X, ale Prymas Tysiąclecia, prymas Wyszyński.

Reklama

Pańskie filmy oglądali w Nowym Jorku także Amerykanie, co ich interesowało?

- Nie spotykali się z reżyserem, lecz z aktorem tych filmów. Pytali więc przede wszystkim o pracę aktorską. Opowiadałem, jak pracowałem nad "Prymasem", jak oglądałem filmy dokumentalne o prymasie, słuchałem jego głosu, czytałem zapiski, rozmawiałem z ludźmi, którzy go znali. To wszystko uczyniło, że w jakiś sposób zbliżyłem się do postaci, ale nigdy nie śmiałbym powiedzieć, że poznałem prymasa. Nie ma we mnie takiej pychy. Były też pytania o znaczenie filmów w czasach, kiedy one powstawały.

Czy miał pan okazję zaznajomić się w Nowym Jorku z jakimiś amerykańskimi produkcjami?

- Byłem na "Chicago", bo chciałem żeby żona i wnuczka poznały w tym miejscu tę formę amerykańskiego teatru, czyli musical. "Chicago" jest zaś reprezentacyjnym przedstawieniem tego gatunku i jednym z najdłużej granych na Broadwayu. Bardzo chciałem je zaciągnąć na "Hamiltona" i "Book of Mormon", ale nie było biletów. Obejrzałem też próbę generalną przedstawienia "Imperfect love" w Conally Theatre, gdzie zaprosili nas przyjaciele. Było to inne doświadczenie, bo oglądaliśmy te prace w maleńkim teatrze, w tzw. trudnych warunkach. Nie będę jednak próbował formułować uogólnień. Żeby mówić poważnie o teatrze i w ogóle o Nowym Jorku, trzeba byłoby tutaj posiedzieć miesiącami. 

Przez większą część życia artystycznego przebywał pan we Francji. Co dla zagranicznego aktora stanowi tam największe wyzwanie?

- Przede wszystkim język. Drugie wyzwanie to umiejętność dostosowania się do innego języka teatralnego. Znałem wcześniej trochę francuski, ale niewiele. Praca nad językiem jest w gruncie rzeczy nieskończona. Mówimy przecież bardzo średnio po polsku i gdybyśmy uczciwie zastanowili się nad naszą relacją z językiem polskim, to trzeba byłoby znowu zabrać się do roboty. Nad francuskim trzeba było pracować pewnie z 20 razy intensywniej. Poświęcałem temu oczywiście dużo więcej czasu niż koleżanki i koledzy Francuzi.

Ile czasu minęło zanim mógł się pan swobodnie posługiwać francuskim profesjonalnie?

- Któregoś dnia pomyliłem się na scenie i zaimprowizowałem. Wtedy zrozumiałem, że stało się coś ważnego, że jestem w stanie zastąpić tekst, a to oznaczało, że rozumiałem go jeszcze przed jego wypowiedzeniem. Na początku mojej pracy rozumiałem tekst dopiero po jego wypowiedzeniu. Ten przełom nastąpił po około półtora roku. Miałem też niepewność w rozmowie w czasie prób, bo brakowało mi słownictwa. Wymagało wielu lat bym mógł rozmawiać o wszystkim, co wiążę się z tekstem. Sztuka teatralna to jednak nie tylko język. To gest, spojrzenie, ruch, który nawet w dialogu może mieć swoje znaczenie, nie wspominając o grze, roli i sytuacjach scenicznych. Praca nad językiem trwała bezustannie.

Kiedy pan trafił do Comedie Francaise?

- Po 13 latach pobytu we Francji, w 1993 roku. Nie mam potrzeby żadnej fałszywej skromności. Można spokojnie powiedzieć, że skoro Comedie Francaise uznała, że mogę się tam przydać, widocznie mój francuski mógł być zaakceptowany w tej świątyni języka francuskiego.

Ilu cudzoziemcom się to udało?

- Byłem chyba trzecim ze sfery pozafrancuskiej, który stał się w XX wieku członkiem zespołu. Teraz mamy jeszcze kolegę, który jest aktorem afrykańskim Bakary Sangore. Comedie Francaise ewoluuje. Nie ma nic wspólnego z różnymi osądami, które opierają się przede wszystkim na niewiedzy i na obrazie tej instytucji sprzed pięćdziesięciu, sześćdziesięciu lat.

Czy ma pan plany związane z teatrem lub kinem francuskim?

- Jestem socjetariuszem honorowym Comedie Francaise. Znaczy to, że mam prawo tam zagrać pod warunkiem, że mi zaproponują, a ja będę miał na to ochotę i czas.

Jak oceniłby pan kondycję polskiego kina i teatru z perspektywy artysty, który spędził ponad trzy dekady na Zachodzie.

- Kino i teatr miały i pewnie będą zawsze mieć ogromne znaczenie w społeczeństwie polskim nie tylko jako miejsce rozrywki, ale w najszerszym tego słowa znaczeniu: edukacji narodowej, społecznej czy jako miejsce debaty. Formułowałem kiedyś - pewnie trochę przesadzając - tezę, że we Francji teatr jest miejscem rozrywki, w najlepszym zresztą tego słowa znaczeniu. Nie można jednak wszystkiego wkładać do jednego worka: Comedie Francaise, teatrów prywatnych, teatrów bulwarowych, teatrów miejskich w dużych ośrodkach czy państwowych centrów dramatycznych. Natomiast teatr polski był zawsze teatrem walczącym.

- Nie znaczy to, że zawsze walczącym politycznie, ale ważnym ponieważ dochodziło tam do poważnych debat publicznych. To też zresztą uproszczenie, bo są przecież nowe, prywatne teatry, które przede wszystkim aspekt finansowy muszą traktować jako piekielnie ważny. W dzisiejszych czasach nie może o nim zapominać także poważny dyrektor teatru w instytucji państwowej. Mało tego, uważam, że powinniśmy szanować pieniądze publiczne. Są to pieniądze podatników - którymi my też zresztą jesteśmy - a wynikają z tego określone konsekwencje. Jest to dobrze zrozumiałe w takich krajach, jak Stany Zjednoczone, gdzie publicznych pieniędzy w teatrze prawie nie ma.

- Myślę, że teatr w Polsce jest pasjonujący. Dowodzi tego duże zainteresowanie za granicą i zainteresowanie widzów. Po odzyskaniu niepodległości nastąpiło wyzwolenie teatru i zindywidualizowanie, jeśli idzie o twórców. Teraz się wraca do służby, teatr ma służyć autorowi, dialogowi społecznemu, a także - przynajmniej ten teatr, który mnie interesuje - edukacji społecznej. Stąd obecność w naszym teatrze najważniejszych tekstów, w tym tekstów klasycznych. Chociaż są czasem uważane za wiejące nudą, nie jest to prawda. Są to najpiękniejsze teksty, jakie stworzyli ludzie teatru.

- Z kolei kino polskie zdobywa nagrody na całym świecie i mam nadzieję, że tak będzie nadal. Niezwykle usprawnił się też system finansowania filmów przez PISF, co ma duże znaczenie.

A jak pan ocenia stan polskiej dramaturgii współczesnej?

- To jest bardzo istotne pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Nie znam do końca materii, choć gdyby coś się w tej materii działo, zaraz bym o tym wiedział. Mi razie nie dostarczono mi takiego tekstu, który można by porównać z "Tangiem" Mrożka, z jakimś ważnym tekstem Tadeusza Różewicza. Może taki tekst leży w szufladzie lub na półce. Gdyby tylko do mnie dotarł, zrobiłbym wszystko, aby go wystawić w Teatrze Polskim. W tym roku ogłosiliśmy konkurs na sztukę polską z okazji 100-lecia niepodległości Państwa Polskiego i zobaczymy, co przyniesie.

Jak przydają się panu w Polsce zdobyte za granicą doświadczenia?

- Jako dyrektor korzystam z pewnych elementów organizacji pracy w teatrze Comedie Francaise. Mam na myśli podział obowiązków w zespole współpracującym bezpośrednio z dyrektorem teatru. Nie tylko w rezultacie pracy na Zachodzie, ale z potrzeby wewnętrznej chciałbym, aby repertuar był gotowy przynajmniej kilka miesięcy naprzód, żeby widz mógł się z nim zapoznać i kupić bilety.

- U dyrektora Jasińskiego w krakowskim Teatrze Stu tak się dzieje. Mają gotowy repertuar na cały rok. Nam nie jest tak łatwo. Dawniej głównie z powodów finansowych. Teraz jest pod tym względem lepiej, lecz korzystamy z aktorów z innych teatrów, a uzyskanie od nich potwierdzenia na cztery pięć miesięcy naprzód, że zagrają, jest bardzo rzadko możliwe. Dajemy sobie jednak radę. Poza tym istotny jest sposób traktowania tekstu.

- Po 33 latach we Francji trudno mi ponadto znieść spóźnienia. Tak u siebie, jak u innych. W Comedie Francaise czas przygotowany na pracę wystarcza i trzeba go tylko wypełnić, a pamiętam jak w latach 70. marnowaliśmy go w Polsce. Czas to nie tylko pieniądz, ale życie, którego nie ma co trwonić. Ważna jest też intensywność pracy. We Francji nie ma z tym żartów i na próbach, i później w grze na scenie. Za każdym razem są to jakby poważne egzaminy. Tam się nie popuszcza, codziennie gra się na sto procent, niezależnie od tego czy jest to pierwsze czy pięćdziesiąte przedstawienie. Solidność aktorska jest we Francji czymś normalnym. 

Wystąpił pan w ok. 100 filmach, wielu produkcjach teatralnych czy jest jeszcze coś czego nie udało się panu do tej pory osiągnąć?

- Nie udało mi się lepiej dbać o zdrowie.

A w sensie artystycznym?

- Jest pewien kanon ról, które, jak się mówi, aktor powinien zagrać. Jedna z nich to król Lear, o którym zawsze myślałem. Jeszcze wiele lat temu w Comedie Francaise chciał mnie w tej roli obsadzić Jacques Lassalle. Nie udało się tam, ale udało się później w Teatrze Polskim. Zagrałem króla Leara, ale to nie znaczy, że jest to zwieńczenie mojego życia. Zagrałem też w filmie "Ostatnia rodzina", co niektórzy oceniają jako duże osiągnięcie. I mam nadzieję, że będę w stanie jeszcze dalej owocnie pracować w zawodzie.

Co jest pana największym atutem?

- Tego nie wiem.

A co uważa pan za największy sukces?

- Za sukces uważam to, że trwam i doświadczam nowych wyznań. I reżyseria w teatrze, i bycie dyrektorem i reżyserowanie filmu były dla mnie nowymi wyzwaniami. Podobnie pobyt we Francji i rola wykładowcy. W Polsce nie udało mi się dotąd zostać pedagogiem i tego bardzo, bardzo żałuję.

Z Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski (PAP)

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Seweryn

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje