Andrzej Grabowski: Kiepski nie schudnie

Odchudzony Andrzej Grabowski w marcu 2018 /Beata Zawrzel /Reporter

Wybitnego aktora znają wszyscy… dzięki sitcomowi. Jesienią Andrzeja Grabowskiego zobaczymy w nowym sezonie „Świata według Kiepskich".

Reklama

W ostatnich miesiącach niesamowicie pan schudł. Czy będą jakieś nawiązania do tego w scenariuszu? Przecież o brzuchu Ferdka wspominano dość często...

Andrzej Grabowski: - No i w nowej serii też się mówi, mimo że ostrzegałem, a nawet poddawałem myśl, żeby scenarzyści o tym coś napisali - może by Ferdek przeszedł na dietę albo się rozchorował i schudł, ale nie zostało to wykorzystane. Wręcz musieliśmy eliminować teksty o dużym brzuchu i tak dalej, bo one już do mnie nie pasowały. Nowe odcinki zostały napisane tak, jakbym się nie zmienił. To był wybór scenarzystów. Boczek ma zostać milionerem.

Jak pana bohater sobie z tym poradzi?

- Wie pani, ja naprawdę nie zaprzątam sobie głowy perypetiami Ferdka czy Boczka, gram to, co jest napisane i o tym zapominam. Kompletnie nie przejmuję się, czy któryś ma być milionerem, co się Ferdkowi stało, czy ma za duże spodnie...

Powiedział pan kiedyś, że woli przed spotkaniem z reżyserem mieć swoją koncepcję zagrania postaci. Pamięta pan, jaką pan miał przed pierwszym klapsem "Kiepskich"?

- Ówczesny reżyser Okił Khamidow powiedział wtedy coś, co ustawiło ten serial od początku. "Słuchajcie, każdy z was wie, co mu dobrze wychodzi, więc grana przez was postać będzie taka, jaką stworzycie". Wobec tego zaczęliśmy grać to, co uważaliśmy, że wyjdzie dobrze. Mój bohater miał mieć na imię Ludwik, ja to zmieniłem na Ferdka. Pomyślałem, że był Ferdynand Wspaniały, to może tu Ferdynand Kiepski. Ale czy ja miałem taką koncepcję? Kręciliśmy trzy pilotażowe odcinki i nikt z nas nie przypuszczał, że to przetrwa dłużej niż trzy odcinki. Okazuje się, że jest 20 lat... Szczerze mówiąc, wtedy nie podchodziłem do tego zbyt poważnie. Akurat nie miałem nic do roboty, a to jest mój zawód, nie hobby, więc zagrałem. A potem to już poszło.

Czyli Ferdek rodził się w miarę grania?

- Oczywiście, że tak! Podobnie jak każda z tych postaci. Ten sitcom to nie telenowela, gdzie bohater jest ciągle taki sam. Tu gra się różne postaci, w każdym odcinku jest inna fabuła. 540 minifabuł, a w każdej z nich ten Ferdek jest niby sobą, ale za każdym razem kimś innym. Gdybyśmy tych postaci nie stworzyli, sitcom nie przetrwałby 20 lat. Polecam tę refleksję tym, którym się wydaje, że to jest łatwo zrobić.

Ponoć wizualizuje pan sobie role i pomocny jest w tym panu Gene Hackman. W tej też?

- Hackman bywa pomocny w każdej roli. I nie tylko on, bo bohaterowie filmu, który wyświetla mi się w mózgu, mogą się zmieniać. Ale ten sposób dotyczy ról, które dopiero muszę stworzyć. A trudno powiedzieć, żebym nie wiedział, jak stworzyć Ferdka... Faceta, którym w życiu w ogóle nie jestem. Bo ja jestem bardzo pracowity, niezwykle mobilny, ciągle robię coś nowego i bardzo lubię grać postaci charakterystyczne. A taką jest Ferdek. Starałem się, żeby był śmieszny, ale też i miły. Bo przecież mógł być paskudny - bezrobotny, który żeruje na żonie, nic nie robi, tylko siedzi przed telewizorem i pije piwo. A ja chciałem, żeby pozostał sympatyczny, lepszy - on nie jest złym człowiekiem. Po prostu normalnym inaczej.

Któreś z wcieleń Ferdka w jakiś specjalny sposób utkwiło w pana pamięci?

- Pamiętam odcinek "Psychuszkin", w którym Ferdek zaczął namiętnie czytać literaturę rosyjską. Albo "Ferdynand K.", w którym oskarżono go jak w "Procesie" Kafki. Ale to się podoba mnie, pani... A czy wszystkim, to wątpię.

A czy pana nie drażni, że część telewidzów widzi w panu Ferdka?

Reklama

- Drażnić drażni, ale mówię sobie "Cóż ja na to poradzę?". Czasem aktorzy grający w o wiele krótszych serialach na zawsze dostają łatkę. A tutaj - 20 lat nieprzerwanie. I tak dobrze, że jeszcze gram inne role. Staram się przyjmować zwłaszcza te zupełnie niepodobne do Ferdynanda. Choć to paradoks, bo prawdopodobnie, gdybym nie grał Ferdynanda, to nie zagrałbym w ten sposób np. Gebelsa w "Pitbullu", bo nie musiałbym szukać w sobie aż tak głębokich zmian.

Czyli rola Ferdka Kiepskiego pana determinuje?

- Tak. Wbrew pozorom ona wpływa na jakość innych moich ról. Szukam w nich nie-Ferdynanda. To jest bardzo cenne.

To pan nie jest dumny z Ferdka? To genialna rola!

- Trudno mi mówić, że jestem dumny z czegoś, co mnie dotyczy, ale jedno mogę powiedzieć. Jeżeli coś utrzymuje się przez 20 lat, również dzięki mnie, to znaczy, że to może nie jest najgorsze.

Pan marzy o rolach czy bierze, co życie przynosi?

- Będąc młodym aktorem, raz marzyłem o roli, nawet nauczyłem się jej na pamięć... Okazało się, że zagrał ją mój kolega. I wtedy powiedziałem sobie, że w życiu nie będę marzył o żadnej roli. I rzeczywiście nie robię tego. Po prostu biorę to, co mi życie przynosi. Kiedyś brałem wszystko, teraz nie muszę. Ostatnio odrzuciłem role w trzech filmach.

Odczuwa pan potrzebę krycia się za rolami charakterystycznymi?

- Uważam, że jestem za mało ciekawym człowiekiem prywatnie, żebym wkładał w rolę swoją osobowość, lepiej sobie wymyślić charakter i go grać. Bo ja nie lubię odkrywać siebie, nie lubię wywiadów, jak panią pewnie ostrzegali... Nie lubię być rozpoznawalny, i wcale nie mówię, że przez to jestem lepszy od tych, którzy lubią!

Umie pan żyć bez pracy?

- Nie. Nie znam definicji pracoholizmu, ale gdybym znał, to pewnie by pasowała do mnie. Muszę nauczyć się odpoczywać, mieć wolne, gdzieś pojechać i przez tydzień nic nie robić. Od wielu lat nie byłem na wakacjach, wydaje mi się, że jak pojadę, to stracę czas.

A na czytanie książek?

- Przy moim nawale pracy wiele czasu mi nie zostaje...

Katarzyna Sobkowicz

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Grabowski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje