Reklama

"Żyję szczęśliwym życiem"

Kevin Costner znany jest nie tylko jako aktor, ale również jako utalentowany reżyser i producent filmu "Tańczący z wilkami", który został w 1991 roku uhonorowany siedmioma Oscarami.

Reklama

Kolejne obrazy, w jakich mogliśmy oglądać aktora, to: "Wysłannik przyszłości", "Tin Cup", "Wodny świat", "Wyatt Earp". Jako bohatera kina akcji mogliśmy podziwiać Costnera w wielkim przeboju "The Bodyguard", którego był również producentem. Aktor zyskał uznanie krytyków za rolę zbiegłego więźnia, jaką stworzył u boku Clinta Eastwooda w "Doskonałym świecie". Inne jego role to: prokurator Jim Garrison w "JFK" Olivera Stone'a, legendarny "Robin Hood: Książę złodziei", chicagowski stróż prawa Elliot Ness w "Nietykalnych" Briana De Palmy oraz enigmatyczny pracownik Pentagonu w "Bez wyjścia". Ostatnie jego filmy to: "List w butelce", "Gra o miłość", "3,000 Miles to Graceland", "Dragonfly".

Z okazji niemieckiej premiery "13 dni", najnowszego obrazu z udziałem Kevina Costnera, z aktorem rozmawiał Robert Kalinowski z Radia RMF FM.

Rozpocząłeś swego rodzaju kampanię reklamową, by przekonać wszystkich obecnych przywódców do oglądania filmu "13 dni"...

Kevin Costner: Nigdy tego nie twierdziłem... Zapytał o to któryś z rzędu dziennikarz, mówiąc coś takiego: "Ponieważ Clinton widział ten film, Bush widział ten film, to czy powinien go obejrzeć również Tony Blair, czy cały świat powinien go obejrzeć?" A ja generalnie odpowiedziałem: "Nie sądzę, żeby to był zły pomysł". I nagle okazuje się, że coś deklaruję. Nie próbuję pouczać, nie próbuję sprawiać, by to, co robię, wydawało się tak ważne, że każdy powinien to zobaczyć. Sądzę, że to, co powinienem robić, to sprawiać, by to, co robię, wydawało się ważne dla mnie. Żeby było to coś, co zabrało trochę czasu i było przemyślane.

Czy nie jesteś dumny, że film został pokazany w Białym Domu?

KC: Cóż, wiem, że pokazuje się tam wiele filmów, więc nie czerpię z tego powodu jakiejś wielkiej chwały. Cieszę się, że go oglądano. Myślę, że opowiada on o ludziach postępujących słusznie w sytuacji kryzysowej. O dwóch ludziach w szczególności - o Johnie Kennedy i Robercie Kennedy, którzy niejako w pojedynkę, bez niczyjej pomocy, sprawili, że uniknięto wojny...

W czasie kryzysu kubańskiego miałeś 7 lat. Czy pamiętasz coś z tamtych czasów?

KC: Byłem po prostu bardzo młody i jak już mówiłem wcześniej, zauważałem, że coś się bardzo zmieniło w moim domu, u rodziców. Ich mowa ciała była taka dziwna... Widziałem to, kiedy przechadzali się korytarzem. Myślałem, że coś jest nie tak z babcią i dziadkiem, ale nie wiedziałem co. Trudno było znaleźć kolegów, z którymi można było się bawić, ludzie zaczynali budować schrony przeciwatomowe, a ja zastanawiałem się, o co w tym wszystkim chodzi. Ale moi rodzice starali się oszczędzić mi strachu. Dla mnie wszystko wyglądało bardzo interesująco. Schrony przypominały forty, a więc miejsca, w których można się było bawić. Dlatego jako dziecko nie odczuwałem wielkiego zagrożenia, tylko tyle, że rzeczy miały się nie najlepiej.

Jakbyś teraz ocenił tamtą sytuację?

KC: Jakbym ją teraz ocenił?

Było niebezpiecznie?

KC: No cóż, to właśnie najważniejszy wniosek tego filmu, jak blisko byliśmy od utraty dwustu milionów ludzi, a co ważniejsze, że to niebezpieczeństwo wciąż istnieje, z powodu Związku Radzieckiego, z powodu Ameryki i wielkiej ilości broni zgromadzonej po obu stronach, będącej wciąż w gotowości. Niebezpieczeństwo nie zostało zażegnane, a świat i wszyscy ludzie są wciąż zagrożeni.

Czy podczas realizacji filmu kiedykolwiek zastanawiałeś się, co by się stało, gdyby kubański kryzys zdarzył się dziś i to George W. Bush byłby przywódcą Ameryki?

KC: No cóż, mam nadzieję, że doszedłby do tych samych wniosków, co John Kennedy. Mam też nadzieję, że ludzie wokół niego nie byliby tak agresywni i nieprzejednani w swej postawie, jak ludzie współpracujący z Johnem Kennedym i Robertem Kennedym. Myślę, że jednym z sukcesów tego filmu, przynajmniej z mojego punktu widzenia, jest to, że zło nie zostało tu przypisane stronie sowieckiej i równocześnie nie "wybielono" strony amerykańskiej. Zło zostało przypisane wojskowym doradcom Johna Kennedy'ego, ludziom, którzy opowiadali się za wojną. A John oraz Robert byli bardzo młodymi mężczyznami i sprzeciwiali się tym facetom, będąc przy tym pod ogromną presją. Myślę, że to jest przyczyna, dla której ich imiona wciąż żyją w historii. Nie dlatego, z kim sypiali.

Polityczna zawartość tego filmu potraktowana jest bardzo serio, a to może nie być temat dla szerokiej publiczności. Wydaje się jednak, że robisz wszystko, by walczyć o ten film?

KC: Tak, ponieważ wierzę, że wielu ludzi czuje podobnie jak ja, a być może to nie jest publiczność, która masowo przychodzi oglądać filmy. Ale filmy mają swoje życie wybiegające daleko poza tydzień premierowy - one żyją wiecznie. A jeśli film podoba ci się, pewnego dnia przekażesz go dalej swoim dzieciom i przyjaciołom. Nie musi to być najbardziej popularny film. Ale będzie miał swoje własne życie i trzeba się nauczyć cieszyć właśnie z tego, a nie z natychmiastowej nagrody, jaką jest fakt, że film okazał się hitem. Każdy chciałby mieć przebój, włącznie ze mną, ale nie kosztem podkręcenia tempa własnego życia i zrobienia czegoś, co jak sądzisz, nie było dobre. Nie twierdzę, by film "13 dni" był ważniejszy niż jakiś inny obraz, który przynosi dużo pieniędzy. Sądzę po prostu, że "13 dni" nie jest mniej ważny dlatego, że nie przyniósł tak dużych pieniędzy, jak jakiś tam gniot.

Czy zmieniłeś zdanie na temat przemysłu filmowego po swoim pamiętnym filmie "Wodny świat"?

KC: Każde studio w Hollywood chciałoby mieć film, który przyniósłby tyle pieniędzy, co "Wodny świat". Oszaleliby, jeśli mogliby zarobić takie pieniądze, jakie zarobił "Wodny świat". To prasa, a nie Hollywood, zrobiła wokół filmu dużo hałasu. Prasa była karmiona niepotwierdzonymi informacjami i połykała je jak duża ryba połyka duży kawałek sera, czy dużego robaka. Rzeczy, jakie czytałem na temat "Wodnego świata", były dalekie od prawdy, a ja właściwie pozostałem jedyną osobą, która odpowiadała na pytania. I jeśli pamiętacie, jeździłem z tym filmem po całym świecie, podczas gdy nikt ktoś inny tego by nie robił. Akceptowałem każde pytanie, dobre czy złe, które się pojawiło. Ale to było OK. To nie był Wietnam, nie byłem aż tak przerażony.

Czy to zmieniło twój stosunek do prasy?

KC: Nie, ponieważ myślę, że rozpoznaję, kto jest źle nastawiony, a kto pyta w sposób przemyślany. Takie jest życie. A ty po prostu idziesz do przodu. Nie jestem tak naiwną osobą, by myśleć, że wszystkim na całym świecie będę się podobał. Jedyna rzecz, jaką mogę zrobić, to pojawić się na spotkaniu i próbować odpowiadać na pytania. A ludzie i tak napiszą, co będą chcieli napisać. I piszą. Ale życie jest o wiele dłuższe niż próby wygrania konkursu na popularność. Myślę, że decyzja, którą podjął John Kennedy, nie była popularną decyzją i dzięki niej pewnie nie zostałby ponownie prezydentem. Ale prawda jest taka, że każdy polityk, który ogląda ten film, życzy sobie być niczym John Kennedy. Życzy sobie takiej odwagi. I czterdzieści lat później świętujemy ten moment i rozumiemy jego odwagę. A żyjemy w społeczeństwie, w którym nikt nie chciałby czekać czterdziestu lat na sprawiedliwą ocenę swoich działań. Mówimy zatem rzeczy sprawdzone, mówimy inteligentnie, robimy wszystko, co możemy, by być popularnymi. I jeśli złapiesz się na robieniu tego, jako że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, miejmy nadzieję, że będziesz w stanie złapać się na tym na tyle szybko, by przestać tak postępować.

Aktorzy często stają się politykami. Czy kiedykolwiek o tym myślałeś?

KC: Kiedy opiekujesz się rodziną, wykazujesz się odpowiedzialnością, osiągnąłeś pewną stabilizację materialną i jesteś dojrzałą osobą, spoglądasz w swoje wnętrze i pytasz siebie o swoje plany: "Co teraz zamierzam robić, czy jestem tu tylko po to, by robić coraz większe pieniądze, czy też wyjrzę niejako na zewnątrz i zorientuję się, do czego zmierzam". Niektórzy ludzie patrzą w sposób polityczny, a to mnie nie interesuje. Moje życie było zbyt bogate. W tym znaczeniu, że eksperymentowałem w wielu różnych dziedzinach, które nie wydają się zbyt chlubne. Twoi polityczni oponenci atakowaliby cię za to, że miałeś więcej niż jedną żonę. Mam bardzo bogate życie i nie jestem zainteresowany, by ludzie mu się przyglądali. Ale mój wybór dotyczący przyglądania się życiu na zewnątrz, to co innego. Patrzę na rzeczy, na które uważam, że mogę patrzeć, dostrzegam coś, co według mnie stanowi problem i próbuję go rozwiązać. Na przykład od jakichś sześciu, siedmiu lat pracuję nad sposobami usuwania plam ropy naftowej z powierzchni wody. Teraz wiem, jak to się robi i będę to robił na całym świecie. I jeśli rządy dadzą mi szansę, by zająć się tym problemem, zrobię to natychmiast.

Czy masz na myśli tę historię z platformą wydobywczą?

KC: Tak. Jeśli nie zabraliby mi sprzętu, którym zbierałem ropę i przewoziłem na plażę... Ale to jest biurokracja tego rządu - trzymają mnie z daleka od tego problemu. To jest jeszcze jedna bitwa, jaką muszę stoczyć. A jako aktor nie zawsze zdaję sobie sprawę, że faktycznie to takie kłopotliwe po prostu zjawić się na miejscu i zlikwidować problem. Ale ponieważ jestem osobą pragmatyczną, wciąż nad tym pracuję i zajmuję się tym przez ostatnie siedem lat. Ale w prasie wszystko to zaistniało zaledwie trzy, cztery miesiące temu, ponieważ dopiero teraz cała rzecz zaczyna się "sprzedawać". Świat zawsze bardziej interesował się moimi sprawami osobistymi i większość ludzi bardziej obchodzi mój związek z Christine, niż to, że zajmuję się likwidowaniem plam z ropy.

A czy zaryzykowałbyś stwierdzenie, że sława i poklask to rzeczy bardzo uzależniające, jeśli nie jest się ostrożnym?

KC: No cóż, każdy chce być akceptowany, ja również. Każdy chciałby być popularny, ale musisz stać się życiowo dojrzałym i zdać sobie sprawę, że to nie są rzeczy, które pozwolą ci trwać. One nie mogą pomóc ci wstać z łóżka, byś robił swoją robotę. Co się stanie, jeśli owacje dla ciebie zamilkną? Czy nagle nie będziesz w stanie wstać z łóżka z tego powodu? Ja czuję się dobrze przyjmowany w świecie, gdziekolwiek bym nie pojechał. I wszędzie jeżdżę sam, nie podróżuję z całym zespołem. Czuję się jakbym był obywatelem świata, więc nie jestem uzależniony od sławy. Ale myślę, że niektórzy mogą być od niej uzależnieni, to jest bardzo zwodnicze, prawda? To oznacza duże pieniądze, wielu ludzi, którzy potrafią ci mówić miłe rzeczy. To bardzo zwodnicze, ale dla mnie cała radość płynie z moich dzieci. Żyję bardzo szczęśliwym życiem. Wystarczająco dojrzałem, by wiedzieć, że nie muszę być najpopularniejszy, muszę być prawdziwy sam dla siebie. Przekonałem się, że to zawsze była rzecz, która faktycznie pozwala trwać. W końcu pojawiasz się w kręgu ludzi, którzy naprawdę są w stanie się tobą cieszyć. Chciałbym myśleć, że dla każdej z osób, z którymi rozmawiam, brzmiałem tak samo pięć lat temu, dziesięć lat temu i de facto wierzę, że to, co mówię, jest prawdą.

Czy to, co stało się w twoim życiu siedem lat temu, było dla ciebie punktem zwrotnym? Wspominałeś o historii z ropą naftową.

KC: Nie, to nie był punkt zwrotny. Byłem w stanie robić dowolny film, jaki chciałem robić. Może nie wszystko co chciałem, ale naprawdę miałem przez ten czas bardzo udane życie. I jak wszyscy oglądam telewizję, zdjęcia z Północnego Atlantyku, z Morza Północnego i po prostu mam tego dość. Zastanawiam się: "Cholera, czy ktoś nie mógłby czegoś z tym zrobić?". Więc po prostu zacząłem, a zacząłem powoli.

Wspomniałeś, że jesteś bardzo pragmatyczny i że cieszysz się udanym życiem, a w jaki sposób historie przedstawione w twych filmach, bohaterowie z pewnymi ideałami, wartościami ludzkimi i politycznymi, kierowali cię na twojej drodze osobistej? W jaki sposób mogli kształtować życie innych ludzi? W jakiej mierze historie, które przedstawiałeś, to po prostu kreacja, zawód, a w jakiej to ty sam?

KC: To takie rozbudowane pytanie. Nie jestem pewien, jak na nie odpowiedzieć. Wierzę w filmy, które robię. Są tylko dwa obrazy, które są trochę inne niż ja. Na przykład zrobiłem "Wodny świat", ponieważ tak naprawdę nigdy wcześniej nie pracowałem nad przygodowym filmem akcji, a chciałem taki zrobić. Do tego chciałem, żeby był wspaniały, chciałem spróbować. Zrobiłem też film zatytułowany "3,000 Miles to Graceland". Zrealizowałem go, ponieważ chciałem pomóc młodemu przyjacielowi. Pozostałe filmy zrobiłem dlatego, że podobały mi się scenariusze, chciałem je zagrać. To były dobre historie do opowiedzenia. Oto dlaczego w nich wystąpiłem. Oglądam się za siebie i nie jestem zażenowany żadnym z tych filmów.

Ale nie do końca odpowiedziałeś na moje pytanie.

KC: Mówiłem ci, że to trudne pytanie.

W swych filmach prezentujesz ideały nie tylko dla ludzi w Ameryce, o to pytałem.

KC: Cóż, cieszę się, że to jakoś daje się odczuć. Jeśli chodzi o mnie, daje mi to poczucie, że jestem dość stały w tym, co próbuję robić. Jestem zakochany w słowach. Tak, kocham wspaniałe słowa. Jestem całkowicie zależny od wspaniałych tekstów, więc w filmach, w których występowałem, grałem postaci zwykle inteligentniejsze, odważniejsze od siebie, bardziej opanowane niż ja. Ale to są postaci amerykańskiego kina, postaci, które oddziałują na ludzi na całym świecie. Ludzie czasami przyswajają te postaci na własny użytek. Ale ja nie jestem żadną z nich. Prawdą jest, że chciałbym być odważniejszy niż jestem, inteligentniejszy niż jestem, chciałbym posiadać wiele cech, które zawierają w sobie te postaci. I jeśli chcesz mieć jedną z tych cech, to kiedy jakaś sytuacja pojawia się w twoim życiu, często możesz grać w ten sposób.

Czy potrafisz powiedzieć, co w twojej karierze było najlepszą decyzją, a co największym błędem?

KC: Najlepszą decyzją w mojej karierze było opowiedzenie się za tym, że będę aktorem. Nie zarobiłem żadnych pieniędzy przez siedem lat, ale i tak była to moja najlepsza decyzja. W jakiś sposób posłuchałem swojego wewnętrznego głosu mówiącego: "To jest to, czym będę się zajmował". Często w Ameryce, jeśli nie zarabiasz żadnych pieniędzy jako aktor, powodujesz zakłopotanie. Gdy mówisz: "Jestem aktorem", a twój rozmówca pyta: "Co do tej pory zrobiłeś?", a odpowiedź brzmi: "Jeszcze niczego nie zrobiłem...", to wywołuje to zakłopotanie. Byłem więc tym zażenowany i przez pewien czas nikomu nie mówiłem, że jestem aktorem. Jednak pewnego dnia pomyślałem, że nie mogę się tak bać i to, że nie zarobiłem jeszcze żadnych pieniędzy, nie oznacza, że nie jestem tym, kim jestem. Więc od tamtej pory, kiedy ludzie pytali mnie, czym się zajmuję, a w Ameryce to pytanie jest pierwszym, jakie każdy ci zadaje, odpowiadałem: "Jestem aktorem". A kiedy pytali: "Co już zrobiłeś?", "Cholera, nic...", mówiłem, ale dodawałem: "Jeszcze nic, ale kształcę się, by być aktorem". Myślałem o tym naprawdę pozytywnie.

Najgorsza decyzja, jaką podjąłem? Tak naprawdę nie wiem, co to było. Nie próbuję tu przedstawić mojego życia jako doskonałego. Życzyłbym sobie, by moje życie prywatne się nie rozsypało, ale tak się stało, więc jedyny wybór, jaki mi pozostał od tamtej pory, to iść do przodu i próbować kształtować życie, w którym unikałoby się tych samych błędów. Ale moje życie jest całkiem podobne do życia większości ludzi. Wielu ludzi wokół jest rozwiedzionych, a nie czyta się o tym w gazetach. A ty prawdopodobnie czytałaś o moim rozwodzie. Nasze życie nie jest doskonałe. Chyba Jim Morisson powiedział: "Nikt stąd nie wyjdzie żywy". Wszyscy w pewnym sensie mamy jakieś urazy, wszyscy jesteśmy zdruzgotani. Myślę, że i ty jesteś zdruzgotany, bo wszyscy tacy jesteśmy, ale idziemy do przodu w naszym życiu. Życie nas trochę kopie, ale nie sądzę, by powinno być pozbawione zabawy. Myślę, że powinniśmy trwać w podnieceniu, a jeśli tak będzie, nie zestarzejemy się. Będziemy jedynie wyglądać staro.

Czy czujesz, że już doszedłeś do siebie po tym wszystkim?

KC: Moje dzieci są bardzo normalne i najlepiej czuję się z tego powodu, ponieważ na tym właśnie koncentrowałem się przez ostatnie siedem lat. Właśnie na nich. Na tym, kim są jako ludzie. Mam udane życie, czuję się dobrze z powodu wielu rzeczy, czuję się źle z powodu niektórych sytuacji, ale to normalne.

Wracając do filmu "13 dni". Są w nim sekwencje, w których jako dialog filmowy wykorzystujecie fragmenty oryginalnych taśm nagranych w Białym Domu w niezmienionym brzmieniu. Czy to było koniecznie? Przecież większość z nas nie wie, co tam się wtedy mówiło.

KC: Racja. No cóż, nie wiem, co jest konieczne, a co nie, ale sądziliśmy, przecież jest to de facto dokument, że powinniśmy spróbować być bardzo autentyczni w sensie tego, co faktycznie zostało powiedziane. Kiedy drzwi są zamknięte, jest tylko John Kennedy i ja. To była dla mnie najbardziej interesująca część filmu, kiedy widzimy Johna Kennedy'ego mówiącego: "Boże, to naprawdę trudne, co mam zrobić?". Uwielbiam patrzeć na niego, kiedy jest po prostu człowiekiem. W tym przypadku musieliśmy stworzyć dialog, ponieważ taśm nie było.

Z Rogerem Donaldsonem, reżyserem "13 dni", zrobiłeś "Bez wyjścia", twój pierwszy ważny film. Co w jego pracy jest dla ciebie specyficzne?

KC: No cóż, nie potrafię tego określić, zrobiliśmy razem dobry film i ponowna szansa realizacji kolejnego filmu razem wydała się nam interesująca, więc spróbowaliśmy.

Czy już zdecydowałeś, że nie będziesz więcej reżyserował?

KC: Nie, jeszcze będę reżyserował. Będzie to musiało być coś specjalnego, abym się za to zabrał. Prawdopodobnie w tym filmie będą konie, ponieważ jak sądzę, jest to coś mojego. W "Wysłanniku przyszłości" są konie, w "Tańczącym z wilkami" są konie, więc myślę, że gdzieś głęboko w moim sercu, choć grałem wiele różnych ról, jestem w dużej mierze kowbojem.

A czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o tym projekcie?

KC: O nie. Nie wiem, co to będzie. Jeśli to zrobię, opowiem o tym. Nie próbuję uniknąć pytania, po prostu nie znam na nie odpowiedzi.

Co w najnowszej kinematografii wydaje ci się interesujące?

KC: W najnowszej? Podoba mi się "Traffic", podoba mi się dużo zagranicznych filmów. Bardzo podoba mi się film "Życie jest piękne". Jest tak wiele filmów, z których czerpię radość. Nie uważam za interesujące obrazów, które są stworzone po to, by przynieść dużo pieniędzy. To jest coś, co sprawia, że o wiele trudniej jest zrobić film taki jak "13 dni", ponieważ ludzie raczej zastanawiają się, jak zarobić dużo pieniędzy, niż jak zrobić dobry film.

Czy ostatnio widziałeś jakiś europejski film?

KC: Ostatnio żadnego nie widziałem, po prostu dlatego, że przez ostatnie siedem miesięcy bezustannie pracuję.

Eliot Ness, Robin Hood, bohater w "Tańczącym z wilkami", Jim Garrison, teraz doradca Kennedy'ego. Czy według ciebie ci bohaterowie mają coś wspólnego? Dla mnie jest to morale, pewna postawa.

KC: Zgadzam się.

Czy lubisz grać takie role?

KC: Cóż, to nie do końca tak. W "3,000 Miles to Graceland" gram złoczyńcę i miałem z tego wielką satysfakcję, podobnie w "Doskonałym świecie". Miałem satysfakcję z różnorodnych ról, ale jak to bywa w życiu, są pewne role, w których podobasz się ludziom. Tak było w przypadku ról w filmach "Bodyguard" czy "Wyatt Earp". Ról, które rozumiem, wiem jak je zagrać. Wiesz co mam na myśli? Zatem to nie jest tak, że one bardziej mnie interesują, po prostu sądzę, że najtrudniejsze zadanie jest wtedy, gdy postaci są bardziej złożone.

Czy to prawda, że zacząłeś pracę nad musicalem? A może porzuciłeś ten projekt?

KC: Próbujemy go udoskonalać, ale czasem jest to dwu, trzyletni proces i nawet wtedy nie wiesz, czy ci się uda. Ale jest zaangażowanie, by spróbować tego dokonać. Jednak jeśli to nie okaże się dobre, nie będę mógł tego robić, bo mogę być krytykowany, nawet jeśli rzecz ostatecznie okaże się wspaniała.

Czy chciałbyś tam również zatańczyć?

KC: Tak, chciałbym.

Czy zmienił się twój stosunek do Niemiec ze względu na twój nowy związek?

KC: Czy jestem w nowym związku?

Czy to zmienia twój pogląd na Niemcy?

KC: Co masz na myśli?

Czy to zmienia twoje myślenie, czy czujesz silniejsze związki z tym krajem, czy jesteś go bardziej ciekaw? Co sądzisz o Niemczech po tym, jak związałeś się z Niemką?

KC: Moje nazwisko, Costner, jest niemieckie. Baumgartner to również niemieckie nazwisko. Zaczęliśmy właśnie zastanawiać się nad tym podczas lotu tutaj. Ktoś podszedł i spytał: "Czy jesteś Niemcem?". Cóż, dla was to nazwisko pochodzące z tego kraju, ale tak naprawdę nikogo tam nie mam, moja rodzina przybyła do Ameryki z Niemiec w XVIII wieku. Ktoś z mojej linii ożenił się z Indianką i potem ruszyli szlakiem w kierunku Oklahomy.

Czy ożenisz się z panią Baumgartner? W tym roku, w przyszłym?

KC: Odpowiem tak. Zajęło mi siedem lat, by powtórnie związać się z kimś na poważnie. Byłem szczęśliwy, że chciałem coś takiego zrobić, bo nie byłem pewien, czy kiedykolwiek jeszcze będę miał na to ochotę. I myślę, że prawda jest taka, czego zresztą chcę nauczyć moje dzieci: nie boję się być zakochanym powtórnie, ale boję się bycia powtórnie rozwiedzionym. Było to bowiem tak upublicznione, tak "międzynarodowe" i tak bolesne, że wciąż mam trochę tego wszystkiego gdzieś w sobie. Rzecz, której chcę nauczyć moje dzieci, coś, czego de facto chcę nauczyć także siebie, to żeby się nie bać. I całkowicie przekonałem siebie, że czworo ludzi musi pokochać Christine: moje dzieci - każde musi ją pokochać, ona musi pokochać je wszystkie i ja także. Więc przed nami jest cały ten proces, w który po prostu wchodzimy. Jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi, a ja jestem szczęśliwszy niż byłem.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje