Reklama

Reklama

"Sztuka jest zadawaniem pytań"

"Julia wraca do domu" Agnieszki Holland to opowieść o współczesnej Kanadyjce, której małżeństwo rozpada się, a jednocześnie walczy ona o życie synka umierającego na raka. Kiedy medycyna zawodzi, Julia postanawia udać się do uzdrowiciela, który leczy dotykiem. W tym celu jedzie z Kanady do Polski. Uzdrowicielem jest podróżujący po świecie, przebywający akurat w Polsce, Rosjanin. Kobieta zdobywa coś więcej niż tylko pomoc dla swojego dziecka.

Po krakowskim pokazie filmu "Julia wraca do domu", konferencji prasowej z udziałem twórców filmu przysłuchiwała się Magdalena Voigt, która rozmawiała również z Agnieszką Holland.

Reklama

Film "Julia wraca do domu" przepełniony jest emocjami, bolesnymi problemami, a przy tym nadzwyczaj "otwarty" – pozostawia widza z tymi problemami i zachęca do własnych interpretacji. Nie można w nim znaleźć jasnych odpowiedzi. Czy dlatego, że pani sama nie znajduje na palące pytania jednoznacznych odpowiedzi?

Agnieszka Holland: Dokładnie tak. Myślę, że cały czas szukam odpowiedzi. I pewnie nigdy ich nie znajdę. Na tym polega droga przez życie, że szuka się odpowiedzi. I trzeba zadawać pytania, ponieważ jeśli nie zadajemy pytań, to znaczy, że jesteśmy... głupi.

W bardzo dyskretny sposób zostawia pani widzowi tego filmu własne ścieżki interpretacyjne. Nie narzuca pani żadnego światopoglądu.

Agnieszka Holland: Zależy mi, aby trzymać napięcie przy pomocy emocji. Nie chodzi oczywiście o manipulację widzem! Narracja "Julii..." jest bardzo nasycona emocjami. Oczywiście ma fabularne "węzły", ale główną linią narracyjną jest linia emocji. Zależało mi na tym, aby "trzymać" widza, aby śmiał się, płakał, w momentach, które założyłam. Jeśli chodzi o konkluzje filozoficzne, znaczeniowe, to rzeczywiście zostawiam te kwestie otwarte. I amerykańska widownia zwykle miewa kłopoty z tego typu opowiadaniem, ponieważ oni lubią odpowiedzi. Byłam jednak zaskoczona, jak dobrze przyjęli "Julię...".

Pokazywałam ten film na kilku festiwalach i miał fantastyczny odbiór wśród widzów. Do tego stopnia, że kiedy był pokazywany na dużym festiwalu w Seattle, podczas którego prezentowano ponad 300 filmów, to w rankingu widzów plasował się na trzecim, czwartym miejscu, w zależności od kategorii, czy to "Najlepszy film", czy to "Najlepsza reżyseria". I to mnie zaskoczyło, ponieważ myślałam, że to jest projekt "europejski". To krytycy mają kłopoty interpretacyjne z tym filmem. Mówią o mistyce, irracjonalności. To są oczywiście tematy tego filmu, ale drugorzędne. Znacznie ważniejszy jest wątek egzystencjalny.

Wyeksponowany jest wątek zdrady – czysto fizycznej, jakiej dopuszcza się główny bohater, oraz - jak się okazuje - znacznie bardziej bolesnej, zdrady emocjonalnej, której dopuszcza się bohaterka.

Agnieszka Holland: Bohaterka sama musiała zdradzić, właśnie tak głęboko, żeby zrozumieć, że zdrada męża nie była aż tak ważna. Nasza droga w życiu polega na tym, że przechodzimy przez bolesne i dwuznaczne wybory i doświadczenia. Nie ma recepty na to, co jest lepsze, co gorsze. Mając wszystkie narzędzia analityczne, jakie w długim historycznym procesie wytworzyła ludzkość, ciągle nie znamy odpowiedzi na podstawowe pytania – co w naszych wyborach jest słuszne, a co nie. Próbowała na te pytania znaleźć odpowiedź literatura, szczególnie XIX wieku, próbowała XX-wieczna psychologia, próbuje religia. Te pytania nieustannie się więc aktualizują.

W filmie ważny jest także motyw akceptacji, co jest o tyle dziwne, że jest pani postrzegana jako buntowniczka.

Agnieszka Holland: Chciałam wprowadzić rozróżnienie pomiędzy buntem i akceptacją. Jest coś takiego, jak niezgoda na rezygnację, a w pewnym momencie dojrzenie do akceptacji. Możemy się buntować wobec rzeczy, które jesteśmy w stanie zmienić. Są jednak rzeczy, które są ważką częścią naszego losu. W momencie, w którym się przeciwko nim buntujemy, możemy zgubić prawdę o swoim losie.

Film "Julia wraca do domu" zrodził się podobno z osobistych przeżyć i doświadczeń. Na ile trudno jest realizując film podejść do własnych przeżyć w sposób obiektywny?

Agnieszka Holland: To sprawa mojego gustu, wrażliwości. Chcę być emocjonalna, ale nie sentymentalna. Kiedy coś jest sentymentalne, to nawet kiedy uruchamia pewne emocje, to jest dla mnie fałszywe. To po prostu sprawa poczucia fałszu i prawdy. Scenariusz "Julii..." napisałam zanim zrealizowałam "Trzeci cud" i "Strzał w serce". W pewnym momencie po prostu zaczęły wokół mnie krążyć podobne, zbieżne wątki.

Ten scenariusz dojrzewał we mnie dosyć długo. Powodem, dla którego w ogóle zaczęłam myśleć o tym filmie, były zdarzenia, które miały miejsce wiele lat temu i które bardzo podobne są do tego, co w filmie – w sensie fabularnym – zostało opowiedziane. Te zdarzenia dotyczyły kogoś mi bliskiego, było to więc bardzo intensywne, bolesne przeżycie. I dlatego ta historia we mnie tkwiła i dojrzewała, jednak bardzo długo nie miałam dystansu, by spróbować ją opowiedzieć, żeby spróbować się zastanowić, dlaczego chcę to opowiadać, jakiego typu pytania mogłabym w związku z tą historią sformułować.

Potem, kiedy pisałam scenariusz, wszystko się "ufikcyjniło" - filmowe postaci nie są zbieżne z prawdziwymi postaciami, a znaczenie, jakie ta historia miała dla jej prawdziwych bohaterów, jest inne, niż znaczenia, które chciałam sformułować. Trochę podobnie, jak z filmem "Olivier, Olivier", punktem wyjścia była prawdziwa sytuacja, która wydawała mi się lustrem tajemnicy. Tajemnicy losu ludzkiego.

Czy ten film nie miał być także symbolicznym powrotem do Polski?

Agnieszka Holland: Kiedy pisałem ten scenariusz - a to był pierwszy scenariusz, który pisałam od momentu "Olivier, Olivier", ponieważ w międzyczasie robiłam kilka filmów, głównie w Stanach Zjednoczonych, które były oparte na scenariuszach, które pisał ktoś inny - to bardzo chciałam wrócić tym filmem do polski – w sensie produkcyjnym, a także w sensie pewnych wątków, które są w tym filmie zawarte.

Co zadecydowało, iż główną rolę w filmie powierzyła pani Mirandzie Otto?

Agnieszka Holland: Już kiedy obsadzałam "Trzeci cud" i szukałam aktorki, która mogłaby zagrać w tym filmie, obejrzałam kilka filmów Mirandy. I zachwyciłam się nią. To jedna z najciekawszych, najuczciwszych, najgłębszych aktorek swego pokolenia. W rezultacie w "Trzecim cudzie" zagrała Anne Heche, ale wróciłam do Mirandy przy "Julii...". Julia musiała mieć kilka twarzy – musiała być na tyle "przeciętna", że widz uwierzyłby, że w jakimś prowincjonalnym, kanadyjskim miasteczku jest żoną jakiegoś profesora, a z drugiej strony powinna mieć w sobie piękno, siłę, uduchowienie, niezbędne, by w miarę rozwoju akcji dojrzewała. I żeby miała temperament, gwałtowność, spontaniczność, a jednocześnie nie miała w sobie histerii. Trudno było znaleźć aktorkę, która podołałaby tym wyzwaniom. I dla mnie Miranda okazała się w tej roli wiarygodna.

Przywiozła pani Mirandę do Krakowa na długo przed rozpoczęciem zdjęć, aby poznała swego filmowego ojca, którego w "Julii..." zagrał Jerzy Nowak. To rzadka praktyka w produkcji filmów.

Agnieszka Holland: Kiedy tylko mogę, staram się tak postępować. Przy tym filmie nie wszystko się udało, ponieważ podchodziliśmy do realizacji aż trzykrotnie. Jednak, kiedy tylko jest to możliwe, to staram się, żeby aktorzy poznali się i spędzili trochę czasu przed rozpoczęciem zdjęć. Rozmawiając. O sobie, o rolach. Zrobiłam tak parę razy i to się świetnie sprawdza. Szczególnie w momencie, kiedy na ekranie musi zrodzić się prawdziwa bliskość. Ponieważ kiedy aktorzy poznają się wcześniej, to na plan przyjeżdżają i mają już jakąś "historię".

Wspomniała pani, że w pewnym momencie zaczęły wokół pani "krążyć" podobne wątki. Wątki metafizyczne.

Agnieszka Holland: Metafizyka w tym filmie jest inna niż w "Trzecim cudzie". Tam założyłam sobie – dość ryzykownie – że chcę uwierzyć, przynajmniej na użytek tego filmu, że cud może być wydarzeniem niemal materialnym, a nie funkcjonującym w warstwie metaforycznej, symbolicznej. W "Julii..." tego nie ma. Jest potrzeba wiary. Metafizyka jest w tym filmie na innym "piętrze", niż cudu uzdrowienia, który jest zresztą wątpliwy. Cud był jedynie inspiracją, zapoczątkował pytania o granice naszej wolności, o rzeczywistość – tę namacalną i tę, którą naszą wiarą chcemy stworzyć. Te wątki pojawiły się już w "Olivier, Olivier".

"Julia wraca do domu" jest jakby drugim rozdziałem tamtej opowieści. Podobna jest funkcja bohaterów historii. Aleksiej i drugi Olivier - obie te postaci są "aniołami", katalizują pewne procesy, decyzje i emocje w życiu bohaterów, ich procesy poznania, akceptacji. Mimo, że ich rola w historii jest ambiwalentna. Ten temat wraca u mnie dość obsesyjnie.

W "Julii..." ważni byli dla mnie główni bohaterowie. Przede wszystkim postać kobiety. We współczesnym kinie postaci kobiet są "płaskie", bohaterki są albo sympatyczne, albo niesympatyczne, albo są to herod-baby, albo symbole seksualne, albo przykładne matki. A mnie się wydaje, że w kobiecie jest wiele sprzeczności. I mimo całej sympatii dla postaci Julii, wiele jest w niej zachowań, czy wyborów, które mogą okazać się bolesne w skutkach, niesłuszne.

Wspomniała pani o dwóch porządkach – o wymiarze metafizycznym i racjonalnym. W filmie jest sygnał, że te dwa porządki nie mogą się złączyć, mogą istnieć tylko wtedy, gdy są rozłączne.

Agnieszka Holland: Według mistyki chasydzkiej jest głęboko niesłuszne, i wręcz niebezpieczne, mieszać te dwa porządki. Nie można być aniołem i człowiekiem jednocześnie. Trzeba wybrać. Pytanie, co jest przyjemniejsze. Zawsze coś tracimy wybierając.

Co stało się z "Janosikiem" i "Hanemannem"?

Agnieszka Holland: Obie te postaci stały się ofiarami braku pieniędzy. "Janosik" jest nakręcony prawie w połowie. Po koszmarnych jesiennych i zimowych zdjęciach w Tatrach, kiedy już wszyscy cieszyliśmy się na zdjęcia w lecie, okazało się, że nie doszła jakaś część pieniędzy i musieliśmy przerwać produkcję. Mam nadzieję, że ten film uda się skończyć. Żal tego, co dotychczas wydaliśmy, naszej pracy i rezultatu.

A na "Hanemanna" w ogóle nie udało nam się zebrać pieniędzy. Te doświadczenia powstrzymały więc na razie moje zapędy powrotu do kraju i zamierzam nadal buszować w rejonach, gdzie jest więcej pieniędzy na filmy.

Przygotowuje pani kolejne projekty. Czy jest pani także autorką ich scenariuszy?

Agnieszka Holland: Mam w zanadrzu projekty paru filmów fabularnych. Żadnego z tych scenariuszy nie napisałam. Dwa rozwijałam, jeden szczególnie długo i brałam udział w jego "koncypowaniu".

Co musi panią zauroczyć, by zdecydowała się pani realizować film w oparciu o cudzy tekst?

Agnieszka Holland: To jest intuicyjne. Jak zakochać się. Widzi się kogoś i zakochuje się w nim. A kiedy się to racjonalizuje, okazuje się, że właściwie to jest to ktoś może niezbyt mądry, niezbyt przystojny, ale się go kocha. I tak samo jest ze scenariuszami. Często moja potrzeba wybrania kolejnego projektu jest inspirowana faktem, rzeczywistym wydarzeniem, które wywołują u mnie potrzebę opowiedzenia historii. I wtedy ją sobie "przyswajam". Nawet kiedy jest to czyjś scenariusz, to zaczynam szybko wierzyć, że on jest mój. "Wchłaniam" go w siebie. Staję się "dybukiem" i nie zaznaję spokoju, dopóki go z nie zrealizuję.

Wciąż szuka więc pani pytań i odpowiedzi. Czy to właśnie jest rolą sztuki?

Agnieszka Holland: Sztuka jest zadawaniem pytań. Przynajmniej ja tak widzę jej funkcję. Gdybym miała gotowe konkluzje, to prawdopodobnie zmieniłabym zawód i została kaznodzieją. Albo politykiem.

Mam nadzieję, że pytań nigdy nie zabraknie. Dziękuje za rozmowę.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Holland

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje