Reklama

Reklama

"Nie chcę robić Matrixa"

Adrian Lyne - angielski reżyser; pracuje w Hollywood, mieszka we Francji. Twórca słynnych kontrowersyjnych filmów "9 i 1/2 tygodnia", "Fatalne zauroczenie" (6 oscarowych nominacji w 1988 roku, 450 milionów dolarów światowych wpływów), "Niemoralna propozycja", "Lolita". W lipcu 2002 roku na ekrany polskich kin wszedł kolejny obraz reżysera, "Niewierna", w którym główne role grają Richard Gere i Diane Lane. Z okazji premiery filmu Adrian Lyne odwiedził Polskę.

Podczas krakowskiej premiery obrazu z reżyserem rozmawiała Magdalena Voigt.

Reklama

Motywy przewodnie większości pana filmów to niszcząca namiętność, zdrada, kłamstwo, kryzys zaufania, prowadzące do tragedii. Dlaczego tak obsesyjnie powraca pan do tych wątków?

Adrian Lyne: Chciałbym wiedzieć! (śmiech). Ale obiecuję, już nigdy tego nie zrobię! (śmiech). Koniec żartów. Kolejny projekt, który bardzo chciałbym zrobić, to sztuka. Chciałbym zrealizować spektakl w oparciu o sztukę Harolda Pintera. No, cóż... To także opowieść o niewierności, niemożności porozumienia się. Błyskotliwy materiał! Nie wiem, dlaczego wciąż powracam do tych wątków i dlaczego wszyscy mówią o obsesji. Ale co jest ważniejsze od tych spraw? Nie wiem. "Niewierna" także porusza te motywy. To opowieść o morderstwie, zdradzie, zazdrości, podejrzeniach, winie. Nie wiem, dlaczego wciąż robię o tym filmy. Chciałbym odpowiedzieć na to pytanie, ale... sam nie wiem!

Jest pan uważany za kinowego skandalistę, jednak po debiutach kilku pańskich filmów uważano także, że "zapowiedział" pan nimi pewne wydarzenia. Obraz "9 i 1/2 tygodnia" miał zwiastować koniec "wolnej miłości", "Fatalne zauroczenie" obwieściło erę AIDS. Czy to były celowe zabiegi?

AL: Ludzie twierdzą, że te filmy antycypowały pewne wydarzenia. Szczerze mówiąc, nie wiem co to znaczy (śmiech). To, co sobie uświadomiłem ostatnio, to fakt, iż tak naprawdę robię europejskie filmy w Hollywood. Jestem więc szczęściarzem! Większość z tych filmów jest bowiem bardzo dobrze zrobiona, ale nie są takim typowym hollywoodzkim produktem. Większość domysłów na temat głębszego znaczenia moich obrazów rodzi się w ludzkiej wyobraźni. Kiedy szukam projektu na kolejny film, nie myślę o takich rzeczach, nie myślę nawet o tym, czy dany film okaże się sukcesem kasowym, czy zarobi dużo pieniędzy. Czytając fajny scenariusz myślę jedynie o tym, że nie mogę go odłożyć, przejść obok niego obojętnie. Być może na jego podstawie nakręcę film, obok którego publiczność przejdzie obojętnie – będą na sali wcinać popcorn i popijać go colą. Ale kiedy zaczynam pracować, myślę tylko o sobie – czy kocham historię, którą chcę opowiedzieć.

A "Niewierną" kocha pan ponad trzydzieści lat...

AL: Dokładnie tak! Film "Niewierna żona" Claude'a Chabrola widziałem lata temu i... został ze mną. Zawsze mnie fascynował. Z różnych powodów. Tak naprawdę to film o miłości. Mój bohater dopuszcza się zbrodni, ponieważ tak mocno kocha swoją żonę. A to bardzo poruszająca opowieść. Także bardzo prawdziwa. Chcę robić filmy, w których publiczność może znaleźć odbicie własnych problemów i rozpozna się w twarzach aktorów. Kiedy ludzie na widowni będą mogli powiedzieć: "Mój Boże, to ja postawiony w tak tragicznej sytuacji!". To pozwala się zaangażować.

Większość europejskich filmów – francuskich, włoskich, wiele polskich obrazów, opowiada o związkach pomiędzy ludźmi. A filmy amerykańskie to teraz jakieś "fajerwerki". Podziwiam "Spider-Mana", podziwiam "Matrixa", ale... nie chcę robić takich filmów! Bardzo chętnie chodzę na nie do kina, ale nie chciałbym nad nimi pracować.

Czy właśnie potrzeba wywołania w widzach zaangażowania wpłynęła na decyzję o pozostawieniu w "Niewiernej" otwartego zakończenia? Żeby każdy mógł sam, na podstawie własnych doświadczeń, zadecydować, w którą stronę potoczą się losy bohaterów?

AL: Wydawało mi się, że takie zakończenie bardziej sprowokuje do myślenia. Chciałem potraktować publiczność jak inteligentnego partnera. Oczywiście studio filmowe kazało mi zakończyć film sceną, w której bohater zgłasza się na posterunek policji. Powiedziałem, że nie nakręcę niczego, co wybiega poza przedstawiony scenariusz, w którym wyraźnie było napisane, że film kończy się PRZED posterunkiem policji. Bohaterowie siedzą w samochodzie i nie wiadomo, jaką decyzję podejmą. Może rzeczywiście pójdą na policję, ale może wyjadą do Meksyku, może znikną na zawsze. Pozostawienie takich pytań jest przecież dużo ciekawsze!

W tym filmie pojawia się również inne ważne pytanie: co jest większą zbrodnią - morderstwo, czy zdrada? Paradoksalnie widz jest w stanie bardziej zrozumieć mężczyznę, który zabił, niż kobietę, która zdradziła.

AL: Ironia polega na tym, że chyba trudniej jest wybaczyć kobiecie, matce dziecka, że zdradziła, niż jej mężowi, że zabił rywala. Morderstwo to oczywiście straszna zbrodnia, nie można w żaden sposób porównywać czynów moich bohaterów, ale jednak w jakiś sposób rozumiemy postępowanie tego mężczyzny. Postępowania jego żony nie możemy zrozumieć.

Dramat w "Niewiernej" rozgrywa się pomiędzy trzema osobami. Czy od początku wiedział pan, że główne role w filmie zagrają Richard Gere, Diane Lane i Olivier Martinez?

AL: Richarda Gere znam od dawna. Ale najbardziej spodobał mi się pomysł na zmienienie go w "Niewiernej" w zupełnie inną osobę, inny typ mężczyzny, niż ten, z którym kojarzony był dotychczas. Chciałem, by stał się mniej atrakcyjny, chciałem go ubrać inaczej, chciałem, aby przytył. Regularnie wysyłałem mu ciasteczka, lody i inne łakocie! Chciałem, żeby stał się "typowy". Zmieniliśmy nawet jego chód! Ludzie mówią, że to "stary Richard Gere". Nie! To "nowy Richard Gere"! I praca nad tym procesem była naprawdę świetna!

Diane Lane zobaczyłem kiedyś w filmie "A Walk on the Moon". Była w nim fantastyczna! Studio filmowe oczywiście chciało zaangażować jakąś bardziej znaną aktorkę, ale nie zgodziłem się. I Diane zagrała w "Niewiernej" wspaniale.

Oliviera Martineza zobaczyłem w filmie "The Horseman on the Roof". Był naprawdę dobry. Początkowo nie chciałem do "Niewiernej" angażować francuskiego aktora. Obawiałem się, że to może być "niebezpieczna" decyzja – powielanie pewnych klisz, mit "francuskiego kochanka". Ale kiedy przeprowadziliśmy zdjęcia próbne, Olivier z Diane wypadli razem wspaniale! I wydaje mi się, że filmowi wyszły na dobre jego zabawny akcent, jego "europejskie" gesty, sposób bycia. Może dlatego stał się tak atrakcyjny dla bohaterki?

Bardzo dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Adrian Lyne

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy