Reklama

"Nawet czeski film może być popularny"

Zdeněk Svěrák to wybitny czeski aktor i scenarzysta, ojciec Jana Sveraka, reżysera słynnego filmu "Kola". W 1997 roku obaj twórcy odebrali za ten obraz Oscara w kategorii najlepszy film obcojęzyczny. W filmie "Kola" Svěrák zagrał także główną rolę. Jest autorem około dwudziestu kinowych i telewizyjnych scenariuszy, w tym trzech nominowanych do Oskara - "Wsi sielska, wsi anielska" J. Mentzla (1986), "Szkoła Podstawowa" J. Svěráka (1992) i "Kola" J. Svěráka.

Reklama

Najnowszy film Svěráków, "Tmavomodrý svět" ("Ciemnogranatowy świat"), został zgłoszony przez Czeską Akademię Filmową i Telewizyjną do tegorocznego Oscara w kategorii najlepszy film obcojęzyczny.

Ze Zdenkiem Svěrákiem o odbieraniu Oscara, inspiracjach dla jego scenariuszy, czeskich lotnikach i pracy na planie z własnym synem, rozmawiała Anna Kempys.

Film "Ciemnogranatowy świat" jest czeskim kandydatem do tegorocznych oscarowych nominacji. Po sukcesie "Koli", dla pana jest to kolejna szansa na złotą statuetkę. Czy jako członek czeskiej Akademii Filmowej oddał pan swój głos na "Ciemnogranatowy świat"?

ZS: To była dla mnie bardzo trudna decyzja. Nie wszystkie filmy widziałem. Natomiast po tym, co zobaczyłem, wiedziałem, że "Ciemnogranatowy świat" ma największą szansę na nominacje. Wydawało mi się jednak, że to nie w porządku, ani nieuczciwe, że mogę głosować, pomimo że nie widziałem wszystkich filmów. Zrezygnowałem więc z głosowania, nie brałem w nim udziału.

Jak pan sądzi, kto w tym roku ma szansę na Oscara?

ZS: Nie znam wszystkich filmów, które ubiegają się o tę nagrodę, ale widziałem francuski obraz "Amelia". Bardzo mi się ta historia podoba i uważam, że jest to bardzo duży konkurent do statuetki dla naszego filmu.

Kiedy przez kilku laty odbierał pan Oscara za "Kolę", powiedział pan, że być może rodzina Oscarów wkrótce się powiększy...

ZS: Rzeczywiście, w przemówieniu mówiliśmy, że dobrze byłoby, gdyby Oscar miał braciszka, żeby nie było mu w Pradze smutno. Wymyślił to mój syn, ja natomiast uważałem, że takie stwierdzenie to bezczelność. Jan powiedział wtedy, że Amerykanie lubią tego rodzaju zachowania. Teraz największym szczęściem dla mnie byłoby, gdyby film "Ciemnogranatowy świat" został w ogóle nominowany do Oscara.

Jakie to uczucie, kiedy stoi się na środku sceny w Los Angeles i odbiera się Oscara. Czy myśli się, że nic więcej nie można osiągnąć, bo to jest nagroda z najwyższej półki?

ZS: Napięcie w branży filmowców w związku z Oscarami jest ogromne. Właściwie kto dostanie Oscara tak naprawdę nikt do końca nie wie. Zanim otrzymałem tę nagrodę, byłem autorem scenariuszy dwóch filmów nominowanych do Oscara - "Wsi moje sielska anielska" i "Szkoła podstawowa". Dwa razy przeżyliśmy to, że ktoś inny dostał nagrodę. Każdy Amerykanin zawsze radzi, żeby się przygotować na to, iż nie dostanie się tej nagrody. Sukces jest do wytrzymania, ale z porażką bywa gorzej. Siedzieliśmy na sali przygotowani, że znowu nie dostaniemy Oscara. Był z nami mały wykonawca roli Koli, który cały czas mówił: Po co mielibyśmy tak daleko jechać, gdybyśmy mieli nie dostać tej nagrody. On by jedyny, który w to wierzył. W momencie, kiedy ze sceny padło: Nagrodę otrzymuje film "Kola" z Czech, powiedział: "Przecież mówiłem". To była chwila ogromnego szczęścia. Bardzo cieszą mnie nagrody. One uświadamiają nam, twórcom, że zrobiliśmy coś, co jest zrozumiałe dla większej ilości osób, a zwłaszcza tych poza granicami naszego kraju.

Skąd pan czerpie inspiracje do swoich scenariuszy, czy są to historie całkowicie wymyślone, czy jest w nich coś prawdziwego?

Zdenek Sverak: Moim zdaniem jest lepiej, jeśli film zbudowany jest z prawdziwych przeżyć, ale w życiu nie zawsze starcza fabuły na cały film. Na przykład w filmie "Ciemnogranatowy świat" zdążyliśmy zrobić film w odpowiednim czasie. Czescy piloci, którzy brali udział w bitwie o Anglię, jeszcze żyją, ale mają już po 80 lat i decyzja o realizacji filmu zapadła na "pięć minut przed dwunastą".

Przyjdzie nam długo czekać na polską premiera filmu "Ciemnogranatowy świat". Proszę powiedzieć coś o tej produkcji?

ZS: "Ciemnogranatowy świat" to tytuł piosenki, którą skomponował znany czeski międzywojenny kompozytor Jaroslav Jeska. Jest to piosenka bluesowa. Ten film też jest taki. Mówi o smutku i nostalgii czeskich ludzi, którzy brali udział w bitwie o Anglię. Myślę, że Polacy będą doskonale rozumieć ten film, choćby z tego powodu, że wielu Polaków brało udział w tej bitwie. Film rozgrywa się w czasie drugiej wojny światowej i dotyczy okupacji hitlerowskiej Czech, kiedy to oddaliśmy najeźdźcy swoje lotniska i swoją broń. Najbardziej honorowi żołnierze opuścili wówczas Czechy i udali się przez granicę do Polski, żeby walczyć z Niemcami. Po klęsce Polski udali się do Francji, a po klęsce Francji pozostała już tylko Anglia. W filmie przyglądamy się ich losom aż do lat 50. Ci bohaterowie byli uwięzieni w latach 50. w Czechach w więzieniach komunistycznych, jako wrogowie przesiąknięci zachodnim pojęciem wolności. To jest mniej więcej treść filmu. Niczego nigdy nie pisałem tak długo, jak tego scenariusza. Dopiero dziesiąta wersja była tą najwłaściwszą.

Dlaczego wybrał pan taki temat na film? Po "Koli" wszyscy spodziewali się czegoś bardziej współczesnego.

ZS: Ci ludzie jeszcze żyją, mają po 80 lat. Od moich najmłodszych lat byli dla mnie wzorem. Kiedy miałem 12 lat, przeczytałem powieść "Zestrzelony", autorstwa pilota Franciszka Fajfla. Podczas wojny został on zestrzelony nad Francją, uniknął niewoli niemieckiej, przebrany za cywila przeszedł przez Pireneje do Hiszpanii. Potem przez Gibraltar dostał się do Anglii i tam znowu walczył. Dla mnie to był jak epos rycerza. Uczucie do tego bohaterstwa przekazałem memu synowi - uczył się latać. Pewnego dnia wpadliśmy razem na pomysł, żeby zrobić film o tych lotnikach. Chcieliśmy ich uhonorować swego rodzaju pomnikiem, jakim jest film. Sam Franciszek Fajfel był konsultantem przy realizacji filmu. Początkowo baliśmy się, że amerykańska superprodukcja "Pearl Harbor" zniszczy nasz film. Jednak Jan, który był niedawno w Stanach, gdzie pokazywał nasz film, powiedział, że "Ciemnogranatowy świat" zainteresował widzów. Jest to inny rodzaj spojrzenia na wojnę, niż pokazują w swych filmach Amerykanie. Okazało się, że wszyscy, którzy nam radzili, by odpuścić sobie lata 50., bo to spowolni akcję, nie mieli racji. Podczas konferencji prasowej w USA najwięcej pytań padało właśnie o te powojenne czasy. Nakręcenie filmu, który zainteresowałby widzów poza granicami własnego kraju, jest trudne, ale możliwe. Paradoksalnie - im bardziej film jest związany z danym krajem, tym bardziej jest interesujący dla innych. Musi tam być oczywiście historia - fabuła zrozumiała przez międzynarodową publiczność. Nasz poprzedni film "Kola" dostał Oscara, pomimo że według mnie był gorszy od "Szkoły podstawowej". Tak sobie tłumaczę, że historia opowiedziana w "Koli" była bardziej zrozumiała. Trzeba się z tym pogodzić, że zagraniczna publiczność jest w stanie zrozumieć około 70 procent naszego przekazu. Poza tym nie da się wszystkiego przetłumaczyć.

Czy jest jakaś recepta na dobry scenariusz?

ZS: Nie znam. Wszystko zaczyna się od zera. Jeżeli zaproponuje się światu jakiś ciekawy temat, wówczas każdy film może być popularny, nawet czeski. Zawsze tak jest, że można otrzymać Oscara, a następny film okazuje się nieudany. Na dobry tekst, a co za tym idzie na dobry film, składa się mnóstwo rzeczy: wybór odpowiedniego materiału i ludzi, z którymi się pracuje. Następna sprawa to pieniądze. Dla nas najtrudniejsze było zdobycie funduszy na nasz ostatni film. "Ciemnogranatowy świat" był najdroższym filmem w dziejach czeskiej kinematografii. Nigdy wcześniej tak drogi film nie powstał - kosztował 240 mln koron, czyli około 6,5 mln dolarów. Dla nas to ogromna suma. Z drugiej strony Amerykanie w ogóle nie zdają sobie sprawy, że za 6,5 mln dolarów można zrobić wojenny. W Stanach to jest honorarium dla jednej gwiazdy.

Czy oddziela pan bycie aktorem od bycia scenarzystą. Co jest dla pana ważniejsze?

ZS: Mam trzy profesje. Jestem scenarzystą, teatralnym i filmowym aktorem-samoukiem oraz piszę teksty piosenek, w większości dla dzieci. Najbardziej kocham bycie teatralnym aktorem. Stać na scenie i sprawić, że ludzie się śmieją, to coś cudownego. Lubię też pisać teksty piosenek. Jak połączymy tekst z muzyką, i okazuje się, że to do siebie pasuje, jest to wielka radość. Nie lubię natomiast pisać scenariuszy - jest to bieg długodystansowy. Kradnę czas, żeby móc to robić. Zapewne mój syn będzie jeszcze czegoś czegoś ode mnie chciał w tej materii. Zanim nie zwariuję, chciałbym jeszcze coś z moim synem zrobić.

Jest pan aktorem, czy zatem łatwiej gra się w filmie, do którego samemu napisało się scenariusz?

ZS: Dobrze mi się gra, kiedy z góry wiem, że będę w danym filmie występował. Wtedy piszę sobie taki scenariusz, żeby móc zagrać rzeczy, które umiem. W filmie "Kola" wiedziałem, że zagram główną rolę i pisałem tę rolę "pod siebie". Z kolei w filmie "Ciemnogranatowy świat" nie grałem, bo na wojaka jestem już za stary. Mam brodę i wąsy, a w RAF-ie wąsy i brody mogli mieć tylko Hindusi. Tak jak Hitchcock pojawiał się w swoich filmach na kilka sekund, tak też mój syn pozwolił mi przebrać się za żołnierza hinduskiego - w turbanie na głowie i na rowerze przejeżdżam przez ekran, ale w tej scenie jest pełno dymu, więc nikt nie zwraca na mnie uwagi.

Czy pomiędzy panem i synem jest rywalizacja, taka jak między artystami?

ZS: To jest sytuacja dwóch ludzi, którzy mają wspólne filmowe profesje - scenarzysta i reżyser i wspólny lęk - jak to się skończy. To jest tak, jakby się płynęło po morzu na jednej łódce i każdy miał po jednym wiośle. Każdy robi co może, żeby dopłynąć, ale chodzi o to, żeby płynąć w tym samym kierunku. To nasze wspólne ryzyko i przez to praca wiąże nas ze sobą. Absolutnie nie można mówić o jakiejś rywalizacji.

Jak wygląda wasza praca na planie? Kto komu daje wskazówki?

ZS: To zmienna sprawa. Na początku pracy ja byłem tym bardziej doświadczonym, a mój syn początkującym, ale po Oscarze role się odwróciły i muszę go słuchać... śmiech A teraz poważnie - nie konkurujemy ze sobą, raczej współpracujemy - ja jestem scenarzystą, mój syn jest reżyserem. Jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni. Opowiem teraz pewną anegdotę - przed laty na festiwalu w Karlowych Varach widziałem dwie osoby - aktora Jana Machulskiego i jego syna Juliusza - reżysera. Oni prezentowali tam swój znakomity film "Vabank". Mój syn wtedy był jeszcze studentem. Pomyślałem sobie wówczas, że to wspaniałe, gdy syn reżyseruje ojca. Nie spodziewałem się, że też to przeżyję.

Ma pan duże poczucie humoru. To cecha wrodzona, czy też można się tego nauczyć?

ZS: Obawiam się, że to jest dar, którego nie da się nauczyć. Jak się człowiek z tym nie urodził, to nie ma poczucia humoru.

Czy Czechów śmieszy język polski, tak jak Polaków śmieszy czeski?

ZS: Od czasu do czasu. Głównie przez podobieństwo w wymawianiu, ale różne znaczenie. To sprawia, że język wydaje się nam śmieszny i komiczny. Myślę, że Polacy i Czesi mają podobne poczucie humoru. Kiedyś opowiadałem czeski dowcip po angielsku Japończykom i oni się śmiali. To dowód na to, ludzie mogą się zrozumieć, pomimo dzielących ich granic i kultur.

Czy zna pan polskie kino?

ZS: Nie znam polskich filmów. Znajomość polskiego kina zatrzymała się u mnie na Wajdzie i Zanussim. Ich filmy miały na mnie jednak niezwykły wpływ. Jak już wspomniałem, bardzo podobał mi się film "Vabank" Juliusza Machulskiego.

Czego życzyłby pan sobie w Nowym Roku?

ZS: Największym szczęściem jest pogodzenie się z bliźnimi i pogoda ducha. Spokój duszy to coś czego bardzo bym chciał.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje