Agnieszka Grochowska: Zbyt silne emocje

Potrafi grać dyskretnie, wykorzystując ciszę, skupienie i wyraz oczu. Bywa też lwicą, gdy jej bohaterka o coś walczy - jak Basia, którą zagrała w "Obcym niebie" Dariusza Gajewskiego. To za tę kreację otrzymała nagrodę na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Gdyni.

W sumie pracuję zaledwie około 3,5 miesiąca w roku. Poza tym po prostu jestem mamą - wyznaje Agnieszka Grochowska. Gwiazda na 40. Festiwalu Filmowym w Gdyni zdobyła trzecie w swojej karierze aktorskie Złote Lwy

Trzydzieści pięć lat, trzydzieści pięć filmów. To nie jest mizerny bilans. Do tego gdyńskie "Złote Lwy" za pierwszoplanowe role w filmach "W ciemności" i w "Obcym niebie".

Reklama

Agnieszka Grochowska: - Mam nadzieję, że to nie jest żadna górka, z której będę teraz zjeżdżać na sankach! Chcę się jeszcze trochę powspinać. To, co teraz, to dobry początek - tak myślę.

Wysoko pani mierzy.

- Praca jest moja pasją. Idę na plan i wcale nie wydaje mi się, że idę do pracy. I nie myślę, że mierzę wysoko. Raczej, że byłoby świetnie, gdyby się okazało, że za chwilę za zakrętem znów coś fajnego się przydarzy. Coś równie fascynującego jak "Obce niebo" Darka Gajewskiego albo "System" z Tomem Hardym, albo jeszcze zupełnie co innego. Choćby i film z zerowym budżetem, zrobiony gdzieś, z kimś... Nie wykluczam takich sytuacji.

Z zerowym budżetem? Czyli też bez przyzwoitego honorarium?

- Może i tak. Za to na przykład bez wielomiesięcznych przygotowań i w rygorze, który nieco mniej ograniczyłby moją swobodę działania. Jestem otwarta na różne scenariusze. Dlatego mówię, że to, co mam teraz, to początek.

Pani mąż - Dariusz Gajewski - jest reżyserem. Razem bywacie na planie, więc życie z pracą miesza się w państwa życiu.

- Pracujemy razem raz na dziesięć lat! W międzyczasie różne rzeczy robimy oddzielnie. Ale rzeczywiście, praca łączy się z moim życiem, to jeden nurt... Nie umiem inaczej.

Proszę spojrzeć wstecz i wymienić kilka zdarzeń, które były dla pani przełomem. Pewnie spotkanie męża jakoś ukierunkowało pani życie zawodowe. Poznaliście się na planie "Warszawy"?

- Wcześniej, jeszcze w szkole. Darek prowadził z nami warsztaty filmowe. Ekstra pomysł, bo jako studenci Akademii Teatralnej mogliśmy choć trochę zobaczyć, jak pracują filmowi reżyserzy. Poznałam wtedy świetnych ludzi, równolegle miałam zajęcia m.in. z Xawerym Żuławskim, Łukaszem Barczykiem. Świetny czas. I ważna lekcja, choć ja już wtedy dużo grałam w teatrze, myślałam, że już w tym teatrze zostanę.

Słyszę żal w pani głosie?

- W pewnym sensie ubolewam, że mnie tam nie ma, ale...

Nie da się być i tu, i tu?

- Właśnie chciałabym, żeby się dało, ale z niechęcią muszę podpisać się pod tym, że - z równą intensywnością - jednak się nie da. Pytała pani o przełomowe momenty - na pewno "Warszawa". A przedtem jeszcze, na początku trzeciego roku, spektakl w Teatrze TV "Beatryks Cenci" - mój ogromny dług wobec Jana Englerta, opiekuna mojego roku, który dał mi zagrać z wielkimi aktorami w momencie, kiedy ja jeszcze zupełnie nic nie umiałam...

O, kokieteria?

- Na trzecim roku zagrać w teatrze główną rolę? Abstrakcja! To był cud, prezent z nieba. Mój mocny start. Od początku miałam szansę robienia fajnych rzeczy w świetnym towarzystwie. Nie zdążyłam skończyć szkoły, kiedy dostałam etat w Teatrze Studio, gdzie debiutowałam w "Amadeuszu" u boku wspaniałego Zbigniewa Zapasiewicza. Sama bym przecież tego lepiej nie zaplanowała! Po czym grałam w "Mewie" z Krystyną Jandą, Krzysztofem Kolbergerem, Jerzym Kamasem, a z teatru szłam na plan telewizyjnej "Zaginionej", serialu, w którym wystąpiłam z Danutą Stenką i Janem Fryczem. Nigdy nawet nie marzyłam, żeby grać z nimi wszystkimi! Miałam wtedy nieco ponad 20 lat.

Ja panią zapamiętałam z "Pręg" u Magdy Piekorz. Skąd się pani tam wzięła?

- Podobno Michał Żebrowski powiedział Magdzie, że jest taka dziewczyna, która grała w "Amadeuszu", prosił, żeby mnie zobaczyła w teatrze. Więc tę rolę zawdzięczam Michałowi.

Czyli Jan Englert uruchomił łańcuszek rekomendacji. Gdyby w którymś momencie zaliczyła pani jakąś spektakularną wpadkę, łańcuszek by się przerwał? Najbardziej intryguje mnie moment, kiedy na dobre wystartowała pani za granicę. Tym razem zaczęło się od tego, że w 2007 roku PISF rekomendował panią na berlińskie European Shooting Stars, imprezę promującą młodych aktorów. Niezła gratka.

- Fart, bo byłam jedną z nielicznych, która spełniała wymagane kryterium - zdążyłam zagrać w zagranicznym filmie, niemieckim i szwedzkim. Ale długo nic z tego wyjazdu do Berlina nie wynikało. Trafiały się propozycje jakichś nic nie znaczących ról, ale były bez sensu. Musiało minąć 6 lat, żeby Nancy Beshop, reżyserka castingu, którą wtedy w Berlinie poznałam, odezwała się do mnie po raz pierwszy. I z tego wyniknął "System".

Nie byle co!

- No tak. Myślałam, że berlińskie kontakty się zdezaktualizowały. A jednak! Skutek jest taki, że po światowej premierze "Systemu" więcej odbyłam castingów zagranicznych, niż przez cały poprzedni rok. Ale jakoś nie skaczę z tego powodu do nieba. Na 20 zdjęć próbnych może trafi się jedna rola?

Zanim dostała pani rolę w "Systemie", była pani na zdjęciach próbnych za granicą?

- Nie, dziś zdjęcia próbne kręci się samemu na białej ścianie, w warunkach w miarę komfortowych, niezależnych od mojej w tym dniu dyspozycji, spokojniej niż na klasycznym castingu. Ogląda się potem te zdjęcia 50 razy w komputerze, wybiera najlepsze i takiego "gotowca" wysyła przez internet. A potem... czeka z miesiąc, żeby w końcu usłyszeć "dziękuję" albo coś tam.

A jak było z filmem "Wałęsa" czy wcześniej z "Ekipą"?

- Też byłam na próbnych zdjęciach.

Nigdy nie skorzystała pani z protekcji męża reżysera?

- Nie. Byłoby to nieskuteczne. Zresztą cóż mąż może powiedzieć obiektywnego o żonie? Natomiast może zatrudnić mnie w swoim filmie, co ostatnio zrobił.

Pani zapewne zarządza domowymi sprawami, pan Dariusz rządzi na planie. To nie było przyczyną niesnasek?

- I w domu, i na planie jakoś dajemy sobie radę. Ale film jest szalenie emocjonalny, więc było ciężko, pokłóciliśmy się z milion razy, bo te emocje udzielały się i aktorom, i ekipie. Byłam zdumiona, że tak ciężko jest mi to grać, bo na ogół na planie umiem kontrolować emocje. Tym razem mnie zalewały, były zbyt silne.

Musiała pani uwierzyć, że zabierają pani dziecko. Najgorszy lęk, strach. Widz czuje tę wysoką temperaturę, napięte nerwy.

- Każdy z nas myślał, co by to było, gdyby z dnia na dzień, jak w "Obcym niebie", ktoś chciał odebrać nam dziecko z niezrozumiałych powodów. W wyniku nieporozumienia, innego kodu kulturowego. Z tym że film nie jest tylko o tym - także o dorastaniu do rodzicielstwa, jak zawalczyć o sensowną, dobrą relację, wreszcie - na ile jesteśmy kontrolowani na co dzień i jaką musimy cenę płacić, żeby żyć w rzekomo bezpiecznym świecie. To nas wszystkich dotyczy - nie tylko Szwedów. Takie rzeczy dzieją się naprawdę. Nie kiedyś, dawno! Dziś.

W filmie grają też szwedzcy aktorzy. Nie oburzali się, że w taki sposób widzicie państwo ich kraj?

- Obawialiśmy się reakcji Szwedów, bo scenariusz "Obcego nieba" jest naprawdę mocny. Byliśmy pozytywnie zaskoczeni, gdy podczas wstępnych rozmów mówili, że taki film koniecznie trzeba zrobić. Każdy z nich ma w rodzinie czy wśród znajomych taką historię albo często jeszcze bardziej drastyczną. Rok temu nie mówiło się o tym zbyt głośno. Teraz pękła jakaś bańka. Szwecja jest świetnym krajem, być może jednym z najlepiej urządzonych w Europie, ale są też cienie, pewien element nie działa. Być może nie da się stworzyć państwa idealnego. Państwa, które będzie decydować w każdej dziedzinie. Żeby być ludźmi, musimy zachować w sobie zdolność rozróżniania dobra i zła. Bez niczyjej pomocy. Musimy to wiedzieć, czuć.

Rozmawiała Bożena Chodyniecka.

Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Grochowska | Obce ciało

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje