Reklama

"Żywot Mateusza": Baśń o człowieku natury

Tytułową rolę w "Żywocie Mateusza" zagrał Franciszek Pieczka /East News/POLFILM

W piątek, 16 lutego, mija dokładnie pół wieku od premiery "Żywota Mateusza", pełnometrażowego debiutu fabularnego Witolda Leszczyńskiego, który do dziś wymyka się prostym definicjom i mówi więcej o naturze ludzkiej niż dziesiątki bardziej znanych i uznanych filmów.

To była jedna z tych niespodzianek, których znaczenie zaczyna zarysowywać się dopiero po latach, gdy okazuje się, że film, którego realizacji nikt z początku nie chciał, który płynął pod prąd wszelkim panującym kinowym modom i trendom, nie stracił nic ze swojej aktualności i zapoczątkował jednocześnie osobny nurt w rodzimej kinematografii. Nikomu nieznany młody dokumentalista nakręcił za marne pieniądze wyciszoną, poetycką przypowieść, która zachwyciła nie tylko krytyków i część publiczności, zdobywając między innymi Złotą Kaczkę czasopisma "Film", ale także selekcjonerów i jurorów zagranicznych festiwali.

Reklama

Reżyser już wtedy zaczął stawać się kronikarzem polskiej wsi i prowincji, składając im później piękne, wielowymiarowe hołdy w "Konopielce" i "Siekierezadzie". Opowieść o tytułowym wrażliwcu o gołębim sercu i duszy dużego dziecka, który czuje się dobrze wyłącznie na łonie natury, a którego zaczyna uwierać sztuczność napierającej zewsząd cywilizacji, przemówiła do widzów na zupełnie innym poziomie niż zaangażowane społeczno-politycznie produkcje polskiej szkoły filmowej.

"Żywot Mateusza", oparty luźno na powieści norweskiego pisarza Tarjei Vesaasa "Ptaki", był dla 34-letniego wówczas Leszczyńskiego fabularnym debiutem i zarazem filmem dyplomowym w szkole w Łodzi. Miał mieć początkowo 20 minut, ale reżyser chciał pełnego metrażu i ostatecznie wyszło niemal godzinę dłużej. Wiązało się to z wieloma ograniczeniami, tym bardziej, że dopiero ingerencja Wandy Jakubowskiej, zwanej dziś "babcią polskiego kina", pozwoliła zebrać odpowiednie środki finansowe na rozpoczęcie zdjęć. Na planie brakowało mimo wszystko i pieniędzy, i ludzi, przez co w postać młynarza wcielił się kierownik produkcji, a sam reżyser zagrał kluczową epizodyczną rolę mężczyzny w luksusowym samochodzie, który reprezentuje przerażającą głównego bohatera hałaśliwą i ironiczną nowoczesność. Operując sugestywnością i sielskością ujęć dziewiczej przyrody, zarejestrowanej na kamerze nad jeziorem Wigry, Leszczyński opowiedział o bolączkach współczesnego mu świata - postępującej mechanizacji społeczeństwa, odcinaniu się od piękna natury, racjonalności wypierającej duchowość. 

Film nie jest jednak ani krytyką, ani satyrą, ani formą ostrego komentarza, lecz zawartą w formule baśni refleksyjną opowieścią o człowieku, który nie pasuje do otaczającego go świata i nie chce się do niego dostosować. Opowieścią uniwersalną w wymowie i pełną łatwo odczytywalnych wizualnych symboli, ale zrealizowaną tak, by nie narzucać jednej wiążącej interpretacji, lecz pozostawić widza sam na sam z głównym bohaterem i pozwolić mu wyrobić sobie własną opinię. I to właśnie odporność na konkretne wyjaśnienia sprawia, że "Żywot Mateusza" do dziś fascynuje i może stanowić wspaniałą przygodę dla młodych, dopiero poznających magię kina ludzi, którzy będą gotowi poświęcić mu trochę czasu.

Sens w pięknie

Mateusz, dla niektórych Matis, jest tylko z pozoru postacią jednoznaczną. Mieszkający z siostrą gdzieś pośród lasów i jezior postawny mężczyzna jest traktowany przez lokalną społeczność jak nieszkodliwy wioskowy głupek - "pomylony", jak go określają dzieci. Bohater rzeczywiście nie przystaje do wartości innych ludzi, nie interesuje go praca zarobkowa - szczególnie przy wycince drzew, które przez lata dawały mu schronienie przed niezrozumiałym światem człowieka - lecz życie w zgodzie z naturą. Potrafi całymi godzinami kontemplować majestat przyrody, podglądać w ekstazie wielkiego ptaka w locie, wypływać na całe dnie na jezioro i zasypiać w łódce, czując się częścią czegoś większego i niezdefiniowanego. Jest niczym maluch w ciele dorosłego człowieka, nie zatracił w sobie dziecięcego zachwytu światem, ale nieubłagany upływ czasu pcha go w kierunku niepożądanych zmian. Do tego stopnia, że to właśnie jego wymarzona praca - przewożenie ludzi łódką z jednego końca jeziora na drugi - sprawia, że ukochana siostra znajduje miłość i rozpoczyna życie, w którym nie ma miejsca na przekomarzanie się z uciążliwym bratem. 

Kontakt z Mateuszem jest kontaktem z szeroko rozumianą innością, która irytuje, korci, nie pozwala łatwo się zdefiniować. Dlatego jak najbardziej zrozumiałe jest określanie bohatera, granego z wielką delikatnością przez Franciszka Pieczkę, jako lenia, nieroba czy właśnie głupka, który nie ma pojęcia o odpowiedzialności. W końcu większość z nas nie może pozwolić sobie na spędzanie czasu na dumaniu nad urokiem leśnego mchu czy pięknem zwierząt w ruchu, więc dlaczego usprawiedliwiać niezmierzające do określonych korzyści poczynania gościa, któremu wydaje się, że jest lepszy od innych? Leszczyński podpowiada jednak umiejętnie zza kadrów, między innymi za sprawą poetyckiej strony wizualnej, która tworzy atmosferę ekscytującej tajemniczości, że ani świata, ani człowieka nie można wciskać na siłę w odgórnie narzucane kategorie. Że każdy powinien mieć prawo do popełniania błędów i wytyczania własnych ścieżek. Co więcej, że być może to Matis ma rację i człowiek "działa" najlepiej i najpełniej w harmonii z cyklami natury, w symbiozie z przyrodą, która umożliwia wyciszenie i poznanie samego siebie.

Brzmi jak kupa banałów, idealistyczne mrzonki kogoś, komu życie nie dowaliło jeszcze na tyle, by pokazać mu, kto tu naprawdę rządzi, ale - wypada podkreślić po raz kolejny - "Żywot Mateusza" nie jest ani nachalną agitką za eko-przyjazną egzystencją, ani zajadłą krucjatą przeciwko materializmowi. To raczej głos w sprawie, która, jakby na to nie patrzeć, dotyczy nas wszystkich - głos oddany przez samoświadomego twórcę, który zamiast kręcić filmy o tym, co nakazywali mu inni, wybrał lekką marginalizację i tworzenie opowieści, które go interesowały. A nie od dzisiaj wiadomo, że w szerszej perspektywie tylko takie potrafią przetrwać próbę czasu. 

Prostota czyni cuda

"Żywot Mateusza" nie jest filmem łatwym w odbiorze, wymaga od widza cierpliwości, empatii i wyrozumiałości dla głównego bohatera, który może drażnić życiową filozofią i postępowaniem. Brak na ekranie pogłębienia psychologicznego, brak objaśnień i konkretów, co znaczą niektóre filmowe wydarzenia. Cieknąca z odgryzionego kawałka drzewa żywica może być odbierana jako przejaw naiwnie dziecięcej złości na świat, a zabicie wielkiego ptaka przez myśliwego jako symbol fatalizmu.

Ale jednocześnie jest to przepiękny film o tym, co w człowieku może być najlepsze, a co nauczyliśmy się cywilizacyjnie tłamsić. W czasach, w których od dziecka jesteśmy przyzwyczajani do bycia ludźmi pracy, wykuwania w szkole na pamięć czarno-białych podziałów, do wyrabiania setek godzin korepetycji, by przygotować się do tempa nowoczesnego życia, postać Matisa może - i powinna - stanowić dla widza moralno-egzystencjalną zagadkę. Warto się z tym filmem skonfrontować, nawet jeśli tylko po to, by go odrzucić. Po pół wieku po premierze "Żywot Mateusza" nie zatracił nic ze swej aktualności i nieuchwytnej filmowej poezji.

Darek Kuźma

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje