Reklama

Zofia Kucówna: Wiele się dzieje

Przed laty szturmem zdobyła polską scenę i do dziś nazywana jest jedną z najlepszych polskich aktorek teatralnych. 12 maja Zofia Kucówna obchodzić będzie 82. urodziny. Nadal jest w znakomitej formie.

- Widzowie są dla mnie najważniejsi. Uświadamiają, kim byłam w przeszłości. Kim jestem dzisiaj. Oni dają świadectwo, że nie zmarnowałam życia - mówi Zofia Kucówna.

Reklama

Jest pani warszawianką od urodzenia. Co pani lubi w tym mieście najbardziej?

- Lubię dzielnicę, w której mieszkam, Ujazdów. To miejsce ma dla mnie szczególne znaczenie. Tu się urodziłam. Z Ujazdowa wyszłam i mam nadzieję, że tu umrę. Mówiąc Ujazdów, myślę o przestrzeni od Agrykoli do Pięknej, o skarpie od Zamku Książąt Mazowieckich aż do Alei Szucha. Tu przed wiekami zaczęła rodzić się Warszawa. Tu powstawało pierwsze osiedle ludzkie - rosło, zamieniło się w miasto, wreszcie książęce osiedle, potem królewski gród. Król Stanisław August duży kawał ziemi oddał wojsku celem założenia Akademii Medycznej. Tu powstał Ujazdowski Szpital Wojskowy i Akademia Medyczna. Szpitale wówczas budowano tak, że wokół głównego budynku - "matki", na dużej powierzchni były rozrzucone nieduże pawilony.

Okupację spędziła pani z rodzicami w Krakowie?

- Tak. Warszawę zobaczyłam w 1946 r., kiedy jechałam z matką do Ostrowi Mazowieckiej, w której spędziłam wczesne dzieciństwo. Byłam wstrząśnięta. Ten krajobraz księżycowy czasem mi się śnił...

Do stolicy wróciła pani w 1958 roku.

- Gdy zostałam zaangażowana przez panią Irenę Babel do Teatru Powszechnego. Zobaczyłam już zmartwychwstałe miasto. Ciągle jeszcze nieuporządkowane, ale wracające do życia.

Które miejsca w Warszawie są pani ulubionymi?

- Łazienki, Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, Marszałkowska i wspomniany Ujazdów.

Gdzie panią można spotkać na spacerze?

- Dawniej pole mojego działania było bardzo szerokie, ale teraz zawęziło się: Aleje Ujazdowskie, Bagatela, Puławska, Rakowiecka, Marszałkowska od Placu Unii do Placu Zbawiciela, MDM i bliżej domu - Aleja Szucha.

Pani miłość, obok teatru, to nadal muzyka?

- Nic się nie zmieniło. Najbardziej lubię jazz, bo niesie radość.

Czasy Krzysztofa Komedy, zazdroszczę...

- Komedę poznałam, ale nie byliśmy znajomymi. Za to z Zosią Komedową byłyśmy zaprzyjaźnione. W ostatnich latach jej życia bardzo często rozmawiałyśmy przez telefon. Nie wychodziła już z domu i łaknęła towarzystwa.

Jazz to też film "Do widzenia, do jutra".

- To kultowy obraz. Został tam utrwalony Bim Bom. Studencki teatr Bim Bom z Wybrzeża, warszawski STS i krakowska Piwnica Pod Baranami - to trzy cuda, które stworzyła młodzież uwolniona od ZMP-owskiego dyktatu. Z rozwalonej skorupy wyfrunęły piękne motyle. Ileż było w nich liryzmu, czułości dla świata, dla ludzi.

Wspomnienia. Wyczytywałam je z pani książek z niekrytą zachłannością. Powstanie kolejna?

- Chciałabym napisać książkę o Skolimowie, o pensjonariuszach Domu Aktora Weterana, w którym przez lata działałam, ale jakoś nie mogę się do niej zabrać. Mam za dużo materiału. Nie wiem od czego zacząć. Może brak mi koniecznego dystansu? Może moje uczucia do Skolimowa są ciągle zbyt żywe?

Proszę zdradzić, co aktualnie pani robi? Jakie ma pani plany?

- Wiele się dzieje. Mam opracowanych pięć programów poetyckich, z którymi sukcesywnie odwiedzam publiczność w Polsce. Ostatnio byłam w Szczecinie, Podkowie Leśnej, Poznaniu oraz w Rzeszowie.

Nie zamierza pani spocząć na laurach?

- Absolutnie nie. Uschnięte laury drapią w czoło!

Rozmawiała Edyta Kolasińska-Bazan

Tele Tydzień

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje