Reklama

Wesley Snipes: Hollywood jest dla białych

Jego upadek był równie dramatyczny, jak role, które grał. Po genialnych latach 90., gwiazdor w 2008 roku trafił do więzienia. Niczym Al Capone. Za niepłacenie podatków. Po odsiedzeniu dwóch i pół roku Wesley Snipes wraca, ale jego pozycja na rynku aktorskim jest zupełnie inna.

Wesley Snipes w filmie "Człowiek demolka"

Nikt już nie pamięta, że Wesley Snipes był pierwszym czarnym superbohaterem jako Blade. Gdyby nie bliscy znajomi z branży, prawdopodobnie nie sposób byłoby go zobaczyć jeszcze w filmie. Z lektury wywiadu, jakiego aktor udzielił dziennikarzowi "The Guardian", wynika, że aktor wini za to przede wszystkim rasizm.

Reklama

Wesley Snipes w rozmowie wydaje się taki, jak w większości granych przez siebie filmów. Dominujący, inteligentny i niekoniecznie chcący iść we wskazaną mu stronę. Niesubordynowany? Co najmniej. Gdy dochodzi do spotkania z dziennikarzem, via Zoom ze względu na pandemię, trudno nie odnieść wrażenia, że 58-letni aktor pytania słyszy, owszem, ale mówi to, co chce powiedzieć.

Podczas wideorozmowy opowiada o założonej przez siebie organizacji - Daywalker Klique. "To globalna społeczność wszechstronnie utalentowanych mistrzów umiejętności, biegłych w robieniu więcej niż jednej rzeczy" - mówi, dodając, że jej celem jest uczynienie świata lepszym miejscem. W jaki sposób, z kim - to już jest tajemnicą. Prowadzący rozmowę dziennikarz nie ukrywa, że zaczyna powątpiewać w to, czy aktor jest w pełni władz umysłowych. Ale rozmowę kontynuuje.

Pyta aktora o to, czy po wyjściu z więzienia otrzymał godne uwagi propozycje - a dodajmy, że przed nim, jako Blade, zarabiał 13 milionów dolarów za udział w jednym filmie. Snipes szybko przytakuje i zmienia temat. Koncentruje się na tym, że on za jednokrotne niezapłacenie podatku został osadzony w więzieniu, zaś Donald Trump, który nie płacił podatków przez 11 lat (odkrył to w zeszłym miesiącu The New York Times) nie spotkał się z najmniejszym nawet oskarżeniem. "Ale to nie jest fizyka kwantowa. To proste. Nie jest ważne, co wiesz, tylko kogo znasz" - dodaje aktor.

Wątek nierówności pojawia się potem wielokrotnie. Niemalże dominuje rozmowę. Aktor wspomina historię, kiedy to został aresztowany za rzekomą kradzież auta i bardzo brutalnie potraktowany przez policję. Dodaje też, że nie wydarzyło się to jeden raz. "Ludzie wierzą, że czarny facet oznacza problemy" - mówi wprost. Gdy dziennikarz przytacza mu słowa kolegi z planu, Pattona Oswalta, z relacji którego wynika, że Snipes grając Blade'a był agresywny na planie, Wesley Snipes dementuje te doniesienia.

"Gdyby dusił reżysera, czarny, umięśniony facet, taki jak ja, nie przeszłoby to bez echa. Już dawno siedziałbym w więzieniu. Tylko białemu mężczyźnie się wierzy. Jego oświadczenie jest traktowane jako prawdziwe" - zauważa aktor.

Nie godzi się również na stwierdzenia, że siedział w więzieniu. Woli określenie "obóz", co oznacza więzienie o najsłabszym rygorze. "Nie zmarnowałem czasu, który tam spędziłem. Mam nadzieję, że zmieniło mnie to w lepszą osobę. Na pewno jaśniejsze jest dla mnie to, dokąd zmierzam" - podkreśla, dodając, że teraz już wie, jak cenny jest czas, zwłaszcza ten spędzony z rodziną.

Wie też, co jest największym problemem Hollywood. To, że jest kierowany przez białych i jest tylko dla białych. Dlatego mówi, że czarni artyści powinni naśladować filmowców z Korei Południowej czy Nigerii.

"Południowi Koreańczycy nie siedzą tam, narzekając, że nie zostali włączeni do Hollywood. Poszli i zbudowali własne. Nigeryjczycy nie czekają, aż nadejdzie Hollywood; mają trzecią co do wielkości branżę na świecie " - podsumowuje Wesley Snipes.

PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Wesley Snipes

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje