Reklama

Reklama

"U Pana Boga" w Sokółce

Mieszkańcy Królowego Mostu powracają. Na Podlasiu trwają zdjęcia do trzeciej części filmu Jacka Bromskiego "U Pana Boga za miedzą". W zimny poniedziałkowy poranek aktorzy i twórcy zgromadzili się w kościele w oddalonej o 40 km od Białegostoku Sokółce.

"Proszę, by zaczynać na odgłos klapsa, a nie na słowo akcja" - krzyczy do kilkudziesięciu statystów kierownik planu.

Ogarnąć taki tłum na małej powierzchni kościółka, jest ciężko, ale jak na razie jakoś się udaje. Po kilku godzinach konieczna jest przerwa na... pogrzeb. Ekipa filmowa jest tu mimo wszystko gościnnie i musi dostosować się do rytmu życia parafii. Gdy statyści zaczynają się rozchodzić, kierownik planu zdąży jeszcze wydać ostatnią instrukcję:

"Bardzo proszę zapamiętać swoje miejsca, każdy patrzy na jakim kaflu stoi!".

Reklama

Tymczasem na tyłach kościoła aktorzy ratują się gorącą herbatą. Wielu już po raz trzeci spotyka się na planie "U Pana Boga...". Pogoda nie dopisuje. Choć nie pada, to zimno i wiatr daje się we znaki. W środku sytuację ratują, a raczej podgrzewają rozstawione reflektory. Reżyser, Jacek Bromski przyznaje, że przydałoby się jeszcze kilka słonecznych dni.

Na poprawę jednak na razie nie ma co liczyć. Raz słońce, raz deszcz. Podobnie w Królowych Mostach kończy się sielanka, a nadchodzą wybory.

Do miasteczka przybywa Marina - atrakcyjna, dojrzała i, co najistotniejsze, samotna instruktorka, która zapozna policjantów z tajnikami komputera. Zza Oceanu przybywa z kolei Amerykan, czyli Staś Niemotko. Po 20 latach pragnie ponownie zamieszkać w rodzinnych stronach. Jednak to nie "obcy" zburzą harmonię Królowego Mostu, a polityka. Szykują się bowiem wybory burmistrza. Tym razem burmistrz będzie miał kontrkandydata - miejscowego przedsiębiorcę, człowieka sukcesu. Czy Królowy Most stanie się "warszawką" w miniaturze?

Kwestia alfabetu

"Oprócz nowych postaci, pojawią się w trzeciej części elementy satyry politycznej - do tej pory nieobecne" - mówi Jacek Bromski.

"U Pana Boga za piecem", pierwsza część opowieści o mieszkańcach pewnego miasteczka na Podlasiu, powstała w 1998 roku. Po prawie 10 latach reżyser i współautor scenariuszy postanowił powrócić do swoich bohaterów. Choć przyznawał, że niechętnie odnosi się do wszelkiego rodzaju sequelów, to rok temu zdecydował się nakręcić "U Pana Boga w ogródku". Podobno na prośby samych widzów. Trzecia część jest już kwestią alfabetu:

"Jak się powiedziało B, trzeba powiedzieć C" - tłumaczy Bromski - "Trzecia część powstaje, bo tak układa się ładny cykl, który można w ten sposób zakończyć".

W swojej komediowej trylogii z góry założył, że w głównych rolach obsadzi aktorów nieznanych z małego ekranu. Stąd mocna ekipa artystów Białostockiego Teatru Lalek. W "U Pana Boga za miedzą" dołączy jeszcze Grzegorz Heromiński, znany z filmu "Kingsajz", który ostatnie 20 lat spędził w Stanach Zjednoczonych.

"Polska o tym aktorze prawie zapomniała. W moim filmie zagra reemigranta, który wraca na stare śmieci" - opowiada reżyser - "Pojawi się też Agnieszka Kotlarska w roli instruktorki Mariny. Ona również ostatnie lata spędziła za granicą".

"A prosiłem, by wyłączyć komórki" - mówi z lekka już podenerwowanym głosem kierownik planu, gdy po raz kolejny w kościele rozlega się dźwięk dzwonka telefonu. "To reżysera" - szepcze stojąca obok kobieta, co wywołuje powszechne rozbawienie.

"U Pana Boga za miedzą" zgromadziła nie tylko aktorów znanych z wcześniejszych części, ale także ekipę realizatorów. W tym najważniejszą osobę - operatora Ryszarda Lenczewskiego, mistrza w obrazowaniu polskiej prowincji (współpracował także z Andrzejem Barańskim). Kościele w Sokółce królował i rządził z wysokości, bo kamerę umieszczono na rusztowaniu. Co po tylu latach przyciąga całą ekipę do Królowego Mostu?

Akcja "Bimber"

"Przyciąga możliwość kontynuacji postaci, bo przecież kto miałby to zagrać?!" - śmieje się komendant, czyli Andrzej Beya - Zaborski.

A w życiu filmowych policjantów niewiele się zmienia.

"Od lat mam ten sam stopień, komendant zresztą też" - żartuje Adam Zieleniecki (policjant Adaś) - "Nadal stoimy ze swoją suszarka w Królowym Moście i łapiemy. Choć mamy tylko jedną celę, więc siłą rzeczy musimy się ograniczać".

Aktor Białostockiego Teatru Lalek wspomina zwłaszcza sceny łapania bimbrowników w lesie.

"Pierwszy raz widziałem, jak taki sprzęt wygląda - " opowiada Zieleniecki - "To potężna rzecz jest! Akcja była ostra, musieliśmy wstać o 4 czy 5 rano, wszystko rozgrywało się w lesie, nad którym unosiły się dymki z bimbrów".

Niektórzy bohaterowie jednak przechodzą małą ewolucję, a czasem nawet rewolucję.

"Śliwiak dojrzewa" - mówi Ryszard Doliński - "Od zbója, który handlował pagerami, zmienia się w człowieka interesu. Dostatek zawitał w jego progi, jest teraz biznesmenem. Przyszła więc i ochota na karierę polityczną".

Wzrok przyciąga niezwykły krawat aktora- w piękne żółte samochodziki. Oczywiście gustownie dopasowany do pastelowej, różowej koszuli.

"Naprawdę nie wiem, skąd oni biorą takie rzeczy" - śmieje się Doliński - "A gdybyście widzieli pozostałe krawaty, które mi pokazali!".

Żywca brak

Ze strojem nie ma problemu najważniejsza osoba w Królowym Moście - ksiądz proboszcz. Krzysztof Dzierma przyznaje, że zdążył się już oswoić z nietypowym kostiumem. Choć na co dzień zajmuje się muzyką i komponuje, to po raz trzeci zdecydował się stanąć na planie filmowych "U Pana Boga...".

"Skoro Jacek Bromski w drugiej części mnie nie uśmiercił, to znaczy, że chciał, bym znowu się pojawił" - mówi - "W tych filmach przyciąga zabawa, troszeczkę poważniej traktowana" - tłumaczy.

To właśnie Krzysztof Dzierma zasugerował reżyserowi dziesięć lat temu, by zawitał do Sokółki i wykorzystał tutejszy kościółek.

"Mieszkam niedaleko stąd i zawsze uważałem, że ten kościółek to taka miniatura Watykanu ze swoją bramą, murem i budynkami gospodarczymi".

W trzeciej części ksiądz proboszcz nie zamierza mieszać się do wyborów. Kończy właśnie 60 lat.

"Reżyser zawsze mówi do charakteryzatorów: Odmłódźcie go, co by wyglądał na te 60 lat" - żartuje Dzierma.

Ksiądz nadal jeździ tym samym rowerem. Nie ma już kur.

"W ogóle nie zauważyłem żadnego żywca, widać mieli problem z inwentarzem" - zastanawia się - "No, ale nalewka została" - dodaje.

Słynne "śledzikowanie"

Dziesięć lat temu "U Pana Boga za piecem" przypomniało całej Polsce o pięknych terenach na wschodzie kraju. Filmy Bromskiego stały się świetną reklamą Podlasia.

"Te filmy dały odwagę tubylcom, wszystkim nam, którzy tu mieszkamy" - mówi Beya - Zaborski- "Pokazały, że mamy czym się chwalić".

A w kwestii słynnego "śledzikowania":

"Nie ma się czego wstydzić!" - mówi Zieleniecki - "Ślązaki mają swoje, Krakusy swoje i Kaszubi. Górale też mają swoje, ni? No to i my mamy swoje śledzikowanie" - śmieje się aktor.

Czasem to właśnie aktorzy sugerują zmiany w dialogach.

"Ja często mówię po swojemu" - tłumaczy Dzierma - "Bo moja składnia jest troszeczkę inna. Choć muszę przyznać, że teraz Jacek Bromski zna mnie na tyle, że pisze dialogi księdza tak, jak ja mówię na co dzień. Przy pierwszej części był z tym problem, bo to był bardziej literacki język".

"To przecież Norwegia, tylko bez fiordów" - zachwyca się pięknem okolic Zieleniecki.

I trudno nie przyznać racji, gdy za oknem pociągu pojawiają się kolejne piękne widoki w drodze do Białegostoku. Temperatura iście skandynawska. Ale i tak Podlasie zachwyca, bez fiordów i bez słońca.

Martyna Olszowska, Sokółka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje