Reklama

Teresa Iżewska: Powiedziała za wiele, straciła wszystko

Teresa Iżewska w filmie "Baza ludzi umarłych" /East News/POLFILM

Poczucie krzywdy nie opuściło jej do końca życia. I nie potrafiła sobie z tym poradzić.

Nie ma ucieczki z podziemnego piekła! "Stokrotka" dociąga kanałami rannego i majaczącego powstańca do Wisły. Przed nimi rzeka, zielona trawa, domy na drugim brzegu. Ratunek na wyciągnięcie ręki. Ale oni muszą umrzeć, bo wylot kanału jest zamknięty masywną kratą. "To są ostatnie godziny ich życia" - zapowiada narrator na początku filmu "Kanał". Wiadomo więc, jak potoczą się losy całego powstańczego oddziału... Jednak, gdy sanitariuszka nie pozwala podchorążemu "Korabowi" otworzyć oczu, by nie zobaczył kraty i spokojnie zapadł w ostatni sen, coś ściska widza w gardle. Nic dziwnego, że ta scena przeszła do historii kina, nie tylko polskiego, ale i światowego.

Dla Teresy Iżewskiej, która zagrała "Stokrotkę", wojenna opowieść miała szczególny, osobisty charakter. Sama przeżyła w Warszawie jako 11-latka koszmar Powstania. Widziała śmierć swojego ojca... Pewnie dlatego była tak wiarygodna i przejmująca jako sanitariuszka.

Reklama

Tuż po premierze "Kanał" przyjęto w Polsce chłodno. Przedstawicieli władzy irytowało samo przypomnienie bohaterstwa powstańców. A byli żołnierze Armii Krajowej i ich bliscy oczekiwali czegoś innego. Po latach upokorzeń chcieli patetycznej opowieści o swojej walce, a nie gorzkiej prawdy o daremnych ofiarach. Entuzjazm, jaki film wywołał na festiwalu w Cannes, zmienił wszystko.

"Nagroda jury, czyli jak to się wtedy nazywało, Srebrna Palma, ochroniła mój film przed polską krytyką i publicznością. Trudno się dziwić tej ostatniej, stanowili ją w ogromnej części uczestnicy powstania lub rodziny, które straciły w Warszawie swoich najbliższych. Ten film nie mógł ich usatysfakcjonować. Wylizali już rany, opłakali bliskich i teraz chcieli zobaczyć ich moralne i duchowe zwycięstwo, a nie śmierć w kanałach" - mówił reżyser Andrzej Wajda.

Dla Teresy Iżewskiej film mógł być przepustką do wielkiej, może hollywoodzkiej kariery. Miała zaledwie 23 lata, jeszcze studiowała w szkole aktorskiej, gdy Wajda złożył jej propozycję. W filmie zaprezentowała talent i niemałe już umiejętności aktorskie. Także jej uroda zwróciła uwagę zagranicznych krytyków. Została nominowana do nagrody Brytyjskiej Akademii Filmowej za najciekawszy debiut. Dziennikarze byli zachwyceni dziewczyną zza "żelaznej kurtyny", z którą można było porozmawiać po angielsku i francusku.

Wkrótce po pobycie w Cannes zaczęła dostawać propozycje ról w zachodnich filmach. Może to wszystko działo się zbyt szybko. 20-latka zachłysnęła się wielkim światem, zapomniała, skąd przyjechała i na co musi uważać. W wywiadzie dla francuskiej gazety powiedziała zdanie za dużo. Stwierdziła, że pieniądze, jakie w Polsce aktorzy zarabiają, nawet w wybitnych filmach, są po prostu śmieszne. Rozpętała w ten sposób burzę.

Co z tego, że powiedziała prawdę? Wysocy urzędnicy od kultury uznali to za szkalowanie socjalistycznej ojczyzny. Postanowiono Iżewską ukarać. Sposób był prosty. Zatrzymano jej paszport, który każdy obywatel po powrocie z zagranicy musiał oddać do biura paszportowego, działającego przy Komendzie Wojewódzkiej MO. Na prośby o ponowne wydanie dokumentu, odpowiadano za każdym razem odmownie. Iżewska wiedziała, że jej przyszłość artystyczna zależy od tego, czy skorzysta z zachodnich propozycji. Nie mogła się jednak ruszyć z kraju. Oferty więc traciły jedna po drugiej aktualność. Była zrozpaczona. Poczucie krzywdy nie opuściło jej do końca życia.

Wielu filmowców, którzy wiedzieli, że jest w niełasce, zapomniało o niej. Na szczęście nie wszyscy. W "Bazie ludzi umarłych" stworzyła nową przejmującą kreację. Wanda to kobieta świadoma fascynacji, jaką budzi w mężczyznach, pracujących w bieszczadzkiej głuszy. Kusi ich świadomie, bo chce się wydostać do miasta i liczy na pomoc tego, którego wybierze na kochanka. Seksem emanowała też jako Walentyna w "Ranchu Teksas", Ewa ze "Spotkania w Bajce", Izabella w "Mansardzie" i Baśka z "Nafty". Grała dziewczyny wyzywające, odrzucające tradycyjną moralność. "Te role zaczęły wpływać na moje życie" - wyznała kiedyś.

Co miała na myśli? Też była niestała w uczuciach i nie stroniła od romansów. Córkę urodziła jeszcze przed studiami. Ojcem był śpiewak Andrzej Wincior. Małżeństwo trwało krótko. Potem za aktorką szalał pisarz Janusz Głowacki. Odprowadzał ją z teatru do domu, wystawał pod oknami, ale nigdy nie przestąpił progu mieszkania. Nadzieję stracił, gdy spotkał szczęśliwszego rywala. "Raz, kiedy zatrzymałem się pod jej oknem na dłużej, bo milicjant postanowił na nowo mnie spisać, do klatki schodowej zbliżył się autor 'Pierwszego kroku w chmurach'. W świetle różowej lampy w pokoiku, do którego nigdy nie zostałem wpuszczony, pojawiła się postać Hłaski. Po chwili światło zgasło. Spociłem się, mrówki rozbiegły mi się po plecach i chyba zbladłem" - wspominał Głowacki.

Drugim mężem aktorki był reżyser Piotr Paradowski, którego poznała w Teatrze Dramatycznym we Wrocławiu. "Lubiłam go, był stabilny i solidny" - wspomina go córka aktorki, Ewa Zabawa-Dmitruk. To małżeństwo też zakończyło się rozwodem. Jakiś czas później Teresa Iżewska poznała w Teatrze Wybrzeże młodszego od niej o 11 lat aktora Zbigniewa Grochala. Został jej trzecim mężem. Byli razem 10 lat.

Trzypokojowe mieszkanie Iżewskiej w Gdańsku było domem otwartym. "Lubiła ludzi i była lubiana" - opowiada jej ostatni towarzysz życiowy, Janusz Burza. Wybierała coraz młodszych mężczyzn. Różnica wieku między Burzą a Iżewską wynosiła 15 lat. Ostatnie lata życia spędziła w Gdańsku. Niespełniona artystycznie, zamknęła się w czterech ścianach. Jej mieszkanie było obwieszone lustrami. Prawdę o niej znały tylko one i ukochane koty, z którymi rozmawiała. "Mamą rządziły emocje. Rano była szczęśliwa, a wieczorem nie chciała żyć" - zdradziła córka aktorki.

Aktorka wielokrotnie podejmowała próby zwrócenia na siebie uwagi. Informowała media, że popełni samobójstwo. Była to rozpaczliwa prośba o pomoc. Niestety, nikt jej pomóc nie umiał. Kiedy zażyła zabójczą porcję tabletek nasennych, była sama w domu. Bliscy domyślili się, że dzieje się coś złego, ale na ratunek było za późno. Dwa miesiące przeleżała w śpiączce w szpitalu, koleżanki z Teatru Wybrzeże odwiedzały ją, mówiły do niej, czesały, a nawet malowały paznokcie. Odeszła po cichu, bez świadomości, 26 sierpnia 1982 r.

JR

Życie na Gorąco Retro

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Teresa Iżewska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje