Reklama

Sting nie chce, by powstał o nim film

Sukcesy produkcji biograficznych: "Bohemian Rhapsody" - o Freddiem Mercurym oraz "Rocketman" - o Eltonie Johnie, każą zadać pytanie o to, który znany muzyk doczeka się wkrótce filmu o swoim życiu? Na pewno nie będzie to Sting. "Nie ma mowy! Opowiadam moją historię w artystyczny sposób" - mówi 69-letni gwiazdor w rozmowie z portalem "The Hollywood Reporter".

Sting podczas prac nad musicalem "The Last Ship"

Słowa Stinga odnoszą się do wystawianego w Ahmanson Theatre w Los Angeles musicalu "The Last Ship", który można tam oglądać jeszcze do 16 lutego. Sting napisał do niego muzykę i słowa, a także wcielił się w rolę majstra pracującego w dokach Newcastle. Spektakl opowiada o młodych latach muzyka i dorastaniu w ponurym miasteczku w północnej Anglii. Musical, który można aktualnie oglądać, różni się od pierwszej wersji "The Last Ship", która wystawiana była w 2014 roku na Broadwayu i otrzymała dwie nominacje do nagrody Tony.

Reklama

"To tak naprawdę historia mojego rodzinnego miasteczka" - mówi Sting w wywiadzie dla "The Hollywood Reporter" o musicalu "The Last Ship. "Pochodzę z miasteczka w północnej Anglii. Było znane z mieszczącej się tam stoczni. Na końcu mojej ulicy powstawały największe na świecie jednostki pływające. Był to epicki, a zarazem surrealistyczny ośrodek przemysłowy, którego nie doceniałem jako dziecko. Przerażało mnie, że skończę jak moi przodkowie jako pracownik stoczni. Mijałem tysiące mężczyzn idących do pracy i myślałem sobie, że nie chcę być tacy jak oni".

Sting stwierdził też, że stworzenie musicalu opowiadającego przystępnie o tak poważnych sprawach, było trudnym wyzwaniem. Okazało się jednak, że spektakl nie cieszy się wielkim powodzeniem. "Mieliśmy problemy ze sprzedażą biletów. I wtedy producenci powiedzieli, że muszę w nim zagrać. Nie miałem takiego zamiaru, ale zgodziłem się" - wyznał Sting.

Choć w musicalu są wykorzystane wątki z jego życia, Sting nie chce, by jego biografia stała się kanwą filmu. "Nie chcę, by moja historia była opowiedziana tak jak w filmach "Bohemian Rhapsody" i "Rocketman". Opowiadam ją w artystyczny sposób. Musical "The Last Ship" jest metaforą. To opowieść o mnie, ale występuję w tym przedstawieniu pod wieloma postaciami. Bohater, którego gram, to składowa wielu osób. Mojego ojca, wujków, ludzi, z którymi dorastałem. Tak chciałem to przedstawić" - wyznał.

Jednocześnie Sting nie ma nic przeciwko temu, aby musical "The Last Ship" został zekranizowany. "Czy nadaje się na film? Bezapelacyjnie! Ma w sobie wiele epickich elementów. Ogromne statki, tysiące mężczyzn i kobiet pracujących w dokach. Ta opowieść ma w sobie wiele aspektów filmowych i mam nadzieję, że ktoś z Hollywood pomyśli, że 'The Last Ship' jest świetnym materiałem na film" - powiedział Sting.

Tymczasem kolejnym filmem biograficznym poświęconym muzykowi, jaki trafi na duży ekran, będzie... "Zenek" - opowiadający o karierze Zenona Martyniuka. Zobaczymy go w kinach już od 14 lutego.

PAP life

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Sting

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje