Reklama

Stanisława Celińska: Pamiętać własne błędy

Znakomita aktorka. Świetna wokalistka. Człowiek, od którego możemy uczyć się mądrości. Magia Stanisławy Celińskiej polega na tym, że jej twarz uspokaja nawet z daleka. Ukojenie niesie też głos.

Stanisława Celińska z nagrodą Kryształowe Zwierciadła 2013

Trudno oprzeć się jej czarowi. Pogodny uśmiech, mądre, trochę smutne oczy, cierpliwość i charyzma sprawiają, że ze Stanisławą Celińską chce się przebywać - jeśli nie jak z przyjacielem, to patrząc na nią na ekranie lub scenie.

Reklama

Po tragicznej śmierci reżysera Marcina Wrony (2015) to ona w Teatrze Muzycznym w Gdyni zaśpiewała "Naprawdę jaki jesteś, nie wie nikt". Nie trzeba jej było namawiać - serce dla zagubionych i życiowych straceńców ma od dawna. Rozumie ich, bo - czego nie ukrywa - sama była kiedyś na dnie.

- Przez moment, a właściwie przez kilka lat, kiedy byłam już dojrzałą kobietą, alkohol zastąpił mi wszystko. I to było najgorsze - czytamy w książce "Niejedno przeszłam" (2012).

Najważniejszy był tata

Urodziła się w Warszawie dwa lata po wojnie - 29 kwietnia 1947 roku. Pierwsze słowo, jakie wypowiedziała, to "woda". Coś w tym jest, bo pływać lubi do dziś. Najważniejszym mężczyzną w jej życiu był ojciec. Miał artystyczną duszę, przepięknie grał na pianinie. - Wychowałam się pod fortepianem taty - wspomina. Niestety, umarł, gdy mała Stasia miała trzy latka. Podobno szukała go potem we wszystkich partnerach. Ciekawą świata, nie zawsze grzeczną psotnicą zajęła się mama Barbara, przede wszystkim zaś babcia Janeczka. To z jej mądrości i praktycznych rad korzysta do dziś - ma je spisane w specjalnym kajecie.

Przygodę z aktorstwem rozpoczęła wcześnie. Grywała w przedszkolu, szkole, na podwórku. Myśl o tym, by zdawać na studia aktorskie, pojawiła się w trakcie lektury: - Czytałam wówczas, w wieku około 12 lat, książkę o Helenie Modrzejewskiej. Zafascynowała mnie. Myślę, że to pod jej wpływem podjęłam ostateczną decyzję. Mam śmieszny pamiętnik. Napisałam wtedy: "Chcę być aktorką. Ale czy podołam?" - zastanawiała się.

Oprócz mocnego głosu i talentu, miała upór, by dopiąć swego. O egzaminie na studia (przygotowała fragment "Ożenku" Gogola) mówi: - Wiedziałam, że jest dla mnie kwestią życia i śmierci. Założyłam sobie, że muszę tak wparować na salę, gdzie siedzieli profesorowie z komisji, żeby przestali mieszać łyżeczkami tę swoją kawę - twierdzi.

Debiut w Cannes

Dziś jej imię to znak jakości. Z "Krajobrazem po bitwie" (1970) Andrzeja Wajdy pojechała do Cannes - tak się złożyło, że jej filmowy debiut miał premierę na Riwierze Francuskiej. Grała Lusię w kultowej komedii Stanisława Barei "Nie ma róży bez ognia" (1974) i Agnieszkę w "Nocach i dniach" (1975) Jerzego Antczaka. Była Lusią (znowu!) w "Zmiennikach" (1986), Kęsikową w "Złotopolskich" (1998-2002), Goździkową w "Galimatiasie 2" (1989) i babcią Jadzią w "Bulionerach" (2004-2006).

Podobała się jako Bożenka w serialu "Alternatywy 4" (1983), ale też jako Janina Kubiak w "Samym życiu" (2002-2010). Grając tę postać, starała się nadać jej cechy ukochanej babci Janeczki... Teraz gra Amelię w "Barwach szczęścia".

To, co w życiu istotne

Praca nad rolą to jej pasja: - Nie znoszę kupować sobie tak zwanych ciuchów, ale mogę godzinami stać i mierzyć kostium, wymyślać najdrobniejsze fałdki. Bo to przecież jest stwarzanie nowego człowieka - mówi. Lubi też przekraczać tabu. Będąc w zespole Krzysztofa Warlikowskiego, ma ku temu sporo okazji. Przykłady? W spektaklu "Oczyszczeni" pokazała się w bieliźnie erotycznej. W "Hamlecie" wykorzystała zapamiętaną z dzieciństwa scenę, gdy tata po śmierci leżał na stole ("Ciało osoby, którą Hamlet przypadkowo zabił, położyliśmy w ten sam sposób").

Na każdym kroku przypomina, jak ważne jest to, by żyć powoli i z namysłem, znajdując czas na kosztowanie każdej chwili. Nie goni za bogactwem, sławą, nagrodami. Lubi pić herbatę. Kocha ludzi, co nie przeszkadza jej delektować się samotnością. Uwielbia drzewa i zwierzęta, a przez 16 lat jej niezastąpionym towarzysze była suczka Tekla. Gdy na festiwalu w Opolu odbierała Honorowy Złoty Mikrofon i podwójną platynową płytę za album "Atramentowa", przypomniała: - Modne są dekadencja i ponurość, a moje przesłanie to miłość i nadzieja, których dziś tak mało.

Przy innej okazji dodała: - Zatrzymajmy się na chwilę i spójrzmy w głąb siebie. Czasy potwornego pędu i wrzasku nas przecież zabijają... Te słowa to cała ona. "Mieć cierpliwość. Umieć czekać. Nie gniewać się. Kochać. Pamiętać własne błędy" ("Dekalog pewnej aktorki...", 2001) - tak brzmi credo Stanisławy Celińskiej.

Maciej Misiorny

Tele Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Celińska Stanisława

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje