Nie bez znaczenia dla Jóhanna Jóhannssona było to, że jako dziecko rodzice posłali go do szkoły muzycznej, aby uczył się grać na fortepianie i puzonie. Co prawda w liceum porzucił kursy, ale nadal pozostał w kręgu muzyki, występując w lokalnych zespołach wykonujących niemal wszystkie gatunki - od metalu po electro. Ponieważ obracał się wśród spadkobierców post-punkowej awangardy, którzy upodobali sobie Reykjavik, sam z czasem zaczął tworzyć niekonwencjonalne dźwięki przy pomocy przesterowanych gitar. Dopiero później dowiedział się, że to drony. - Dron stanowi fundament całej mojej twórczości. To dlatego, że na początku solowej kariery przeczytałem artykuł o Johnie Cage’u, który na uniwersytecie harwardzkim przeprowadzał eksperymenty w komorze bezechowej. Zamykając się w niej człowiek był odizolowany od wszystkich dźwięków z zewnątrz i słyszał tylko wysokie tony emitowane przez jego własny system nerwowy i niskie tony wytwarzane przez krwioobieg. Ten tekst wywarł na mnie wielkie wrażenie. Dlatego oba te rodzaje dźwięków są prawie zawsze obecne w mojej muzyce - tłumaczy Jóhannsson na blogu The Metroplitan Museum Of Art.
Kolejnymi epifaniami islandzkiego muzyka były kompozycje twórców minimalistycznej muzyki współczesnej - co ciekawe, przede wszystkim tych, którzy w swych dokonaniach odwoływali się do sfery sacrum - Arvö Parta, Henryka Mikołaja Góreckiego i Wojciecha Kilara. To sprawiło, że kiedy zaczął tworzyć własne kompozycje, dronowe dźwięki nasycone były głęboko romantyczną emocjonalnością.
Ilustracyjny charakter kolejnych płyt Jóhannssona - od bazującej na archaicznych dźwiękach komputerowych "IBM 1401 - A User’s Manual", po zawierającą muzyczną refleksję nad ukochanym miastem "Copehnagen Dream" - sprawił, że z czasem o kompozycje Islandczyka upomniało się kino. I to ze znakomitym efektem - czego wyrazem były pochwały i nagrody za wspomnianą "Teorię wszystkiego" czy "Labirynt".
- Coś jest takiego w mojej muzyce, że dobrze kojarzy się z obrazami. To dlatego producenci filmowi zwrócili na nią uwagę. Początkowo kupowali licencje na istniejące wcześniej kompozycje, a potem zaczęli zamawiać utwory specjalnie na potrzeby swych realizacji. Bardzo lubię tę formę wyrazu, bo proces powstawania soundtracków jest zupełnie inny od procesu tworzenia autorskich płyt, choć technika w zasadzie jest taka sama - tłumaczy w Pop Matters.
Podczas najbliższej wizyty w Krakowie, islandzki muzyk zaprezentuje swe najnowsze dzieło. "Drone Mass" to współczesne oratorium na głosy, elektronikę i kwartet smyczkowy, oparte na starożytnym tekście Koptyjskiej Ewangelii Egipcjan.
- Zainteresowała mnie gnostycka idea złego demiurga, który uwięził dusze w ludzkich ciałach. Zjedzenie owocu zakazanego w raju było pierwszym krokiem, jaki uczynił człowiek na drodze do wyzwolenia się z więzów tej opresji. Wizja ta skojarzyła mi się z dronem - zarówno w wymiarze dźwiękowym, jako stałym strumieniu dźwięków, ale również w sensie metaforycznym, jako symbolem wszystko widzących oczu, czasem łaskawych, czasem złowieszczych, przenikających przez niebo - wyjaśnia Jóhannsson.
Jak to wypadnie w przełożeniu na dźwięki - dowiemy się już 18 września na Sacrum Profanum. Obok islandzkiego artysty na scenie pojawi się po raz pierwszy w Polsce formacja American Contemporary Music Ensemble (ACME) oraz Theatre of Voices, których bywalcy festiwalu doskonale pamiętają z interpretacji dzieł Stockhausena czy Cage’a.










