"Rodzina Połanieckich": Pusta Wenecja i pieniądze w majtkach

Anna Nehrebecka w serialu "Rodzina Połanieckich" /INPLUS /East News

Kicz, dłużyzny, pochwała wątpliwego moralnie geszefciarstwa i niewierności - zdradzania mężów, żon, narzeczonych! Serial nakręcony nie wiadomo po co i dla kogo - grzmieli krytycy. Ciepła, pełna uroku opowieść o miłości i "dawnych dobrych czasach" - zachwycali się widzowie. I jedni, i drudzy mieli rację...

Reklama

Jan Serce, bohater popularnego serialu z 1982 r., zwierza się rozmówcy, że poszukuje kobiety, która byłaby podobna do Maryni Połanieckiej. Cóż, nie był w tym oryginalny. W latach 70. i 80. wielu polskich mężczyzn widziało ideał kobiecości w Annie Nehrebeckiej. Po roli Anki w "Ziemi obiecanej" była postrzegana jako subtelna panienka ze szlacheckiego dworku, a choć aktorka wielokrotnie powtarzała, że nigdy nie mieszkała w dworku i nie rości sobie żadnych pretensji do szlacheckich korzeni, wielbiciele i tak wiedzieli swoje. Wykorzystał to reżyser Jan Rybkowski, powierzając jej rolę Maryni Połanieckiej, co jeszcze pogłębiło "szlachecki" wizerunek pani Anny.

Przystępując do realizacji serialu "Rodzina Połanieckich", Jan Rybkowski miał blisko 70 lat i nie cieszył się dobrym zdrowiem - już niedługo stanie się częstym gościem w szpitalu. Ekranizacja rozgrywającej się w XIX wieku powieści Henryka Sienkiewicza stanowiła duże wyzwanie finansowe i organizacyjne. Opowieść o interesach Stanisława Połanieckiego (w tej roli wystąpił Andrzej May) i jego miłości do Maryni Pławickiej toczyła się w licznych sceneriach, w tym także w zagranicznych plenerach.

Historię rozpisano w scenariuszu aż na 7 odcinków, każdy o metrażu niewiele krótszym od filmu kinowego. W 1978 r., w którym powstawały zdjęcia, nadciągający nad polską gospodarkę kryzys dopiero majaczył na horyzoncie. Telewizję stać było jeszcze wtedy na zrealizowanie serialu rozgrywającego się w realiach minionej epoki. W czasach sprawiedliwości społecznej nie było indywidualnych, gwiazdorskich kontraktów. Aktorom płacono według stawek ustalonych przez Ministerstwo Kultury i Sztuki, więc to nie ta pozycja w budżecie spędzała sen z powiek osobom odpowiedzialnym za produkcję. Wielkie sumy pochłaniały za to ubrania "z epoki", no i scenografia.

Noście gorsety!

Reklama

Za kostiumy odpowiadała m.in. Maria Kobierska, znana z dokładności i "nosa" do ich dobierania. To dzięki niej Anna Nehrebecka chadza zawsze w jasnych, pogodnych barwach, Ewa Szykulska (Aneta Osnowska) w fioletach, czerwieni i bordo, a Alicja Jachiewicz (Teresa Krasławska) nosi zieleń. Kolor ubrań pokazuje i wzmacnia charakter postaci. Pani Maria pilnuje każdego szczegółu - upiera się na przykład, by aktorki wbijały się w ciasne gorsety i nie zdejmowały ich przez wiele godzin. Do znudzenia tłumaczy im, że w gorsecie kobieta inaczej się rusza, nie "więdnie" i nawet nieświadomie nie założy nogi na nogę...

Równie dokładny jest scenograf Andrzej Halicki. Wynajduje i na potrzeby serialu remontuje modrzewiowy dwór w Łękach Kościelnych pod Łodzią, który pod zarządem miejscowego PGR-u przez lata mocno podupadł. W serialu "zagra" dwór w Krzemieniu, który Stach odbiera zadłużonemu ojcu Maryni. Mieszkanie Połanieckich i wiele innych wnętrz zbudowano w halach wytwórni filmowej, Pałac Saski i stojący przed nim pomnik księcia Józefa Poniatowskiego odtworzono w skali 1:1 w jednym z łódzkich parków (wprawdzie na potrzeby innego filmu. ale twórcy "Rodziny" skorzystali z niego niejako przy okazji), warszawskie Łazienki z powodzeniem udawały siebie sprzed lat, ale największe wyzwanie stanowiły plenery do podróży poślubnej Stacha i Maryni. Czyli konieczność kręcenia w tzw. strefie dewizowej.

Przed zdjęciami do Włoch pojechała na dokumentację delegacja filmowców: drugi reżyser Janusz Weychert, kierownik produkcji i scenograf. Wyjazd poprzedziło kilka burzliwych, acz konstruktywnych narad. Panowie szybko doszli do wniosku, że choć powieściowi Połanieccy wybrali się w podróż do Wenecji, Florencji i Rzymu, ci filmowi muszą być skromniejsi, bo na zdjęcia w tych trzech miastach na pewno nie wystarczy pieniędzy... Ich wybór padł na Wenecję.

Sposób na złodzieja

Jeszcze przed wyjazdem ustalono, że kasjerem grupy zostanie odpowiedzialny i oszczędny Weychert. Ten, wiedząc, że we Włoszech łatwo można zostać okradzionym, przygotował się do wyprawy bardzo profesjonalnie. Uszył sobie specjalny woreczek na bezcenne dewizy i... wpuszczał go na długim sznurku w spodnie.

Cała fortuna polskich filmowców spoczywała więc na wysokości jego genitaliów, co później okazało się nieco kłopotliwe podczas płacenia rachunków. Zabezpieczeni tak przed kieszonkowcami i zaopatrzeni w suchą kiełbasę oraz alkohole delegaci wyruszyli do Wenecji. Żaden z nich nie znał innego języka, poza polskim. Dlatego za mistrzostwo świata należy uznać fakt, że udało im się dotrzeć do samego naczelnego architekta Wenecji i za jedyne 100 dolarów uzyskać od niego poświadczony pieczęcią dokument, uprawniający do zdjęć w okolicach najcenniejszych zabytków miasta dożów.

Podobny papier, za trochę więcej niż 100 dolarów, panowie uzyskali od biskupa Wenecji. Dwa miesiące później, w czasie zdjęć, okazało się, że ów glejt od architekta jest wprost bezcenny. Na jego widok nawet legitymujący Polaków karabinierzy ochoczo oferowali pomoc.

Zdjęcia, podobnie jak wyjazd na dokumentację, realizowano tzw. sposobem gospodarczym. Nic więc dziwnego, że po opłaceniu gondoli i gondoliera nie starczyło już pieniędzy na statystów... Filmowcy ratowali się jak mogli. Dociekliwi widzowie serialu nieraz zadawali sobie zapewne pytanie, kim jest tajemniczy ksiądz, który krąży na drugim planie? Jakie są jego zamiary wobec Połanieckich? Odpowiedź może dziś wydać się zadziwiająca: ten ksiądz nie miał żadnych zamiarów, a jego jedyną rolą było krążenie w tle; przebrano za niego kierowcę autokaru ekipy filmowej.

Sytuację ratowała również Krystyna Janda, która prywatnie pojawiła się w Wenecji i przypadkowo wpadła na ekipę "Połanieckich". Aktorka zgodziła się pomóc rodakom: założyła kostium i razem z księdzem "robiła tłum" na drugim planie. Mimo tych wysiłków po premierze serialu krytycy narzekali, że Wenecja w "Rodzinie Połanieckich" jest jakaś dziwnie pusta i bezludna. Chwalono natomiast promieniejącą szczęściem i radością Marynię. Mało kto wiedział, że śliczna aktorka, podobnie jak jej bohaterka, właśnie została mężatką - poślubiła Iwo Byczewskiego, swego drugiego męża.

Na zdrowie!

Mimo tych wszystkich kłopotów ekipa bawiła się na planie doskonale. W wieczornych bankietach po zdjęciach za niezłomnego uchodził grający ojca Maryni niezapomniany Czesław Wołłejko. Starszy już wtedy pan miał taką kondycję, że po pierwszych z nim doświadczeniach znacznie młodsi od niego filmowcy unikali go jak ognia, bo starając się dotrzymać bankietowego kroku aktorowi, nie byliby w stanie następnego dnia stawić się do pracy.

Po premierze serial zebrał cięgi od krytyków, chwalono natomiast urodę Anny Nehrebeckiej i charakterystyczną postać Jana Englerta (w roli Hipolita Apolinarego Maszko), który "nareszcie został zwolniony ze swej dyżurnej roli żołnierza-rewolucjonisty". Według danych OBOP-u siedem odcinków "Rodziny Połanieckich" obejrzało średnio 69 procent dorosłych widzów.

PP

Dowiedz się więcej na temat: Anna Nehrebecka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje