Robin Williams: Smutna twarz komika

Nie było w Hollywood aktora, który z takim autentyzmem wcielałby się wcześniej w postaci życiowych outsiderów, barwnych ekscentryków i prawdziwych oryginałów. Obchodzący dziś 60. urodziny Robin Williams chwile największej sławy ma już jednak za sobą.

Jeśli spojrzeć na jego filmografię z ostatnich kilku lat, nietrudno zauważyć, że jej trzon stanowią głupawe, bądź tylko konwencjonalne amerykańskie komedyjki w stylu: "Licencji na miłość" ,"Nocy w muzeum", czy "Starych wyg".

Reklama

"Wiele osób mówiło mi, że świetnie bawiło się ze swoimi dzieciakami na tym filmie" - tłumaczył się dziennikarzowi "Guardiana" z decyzji o wystąpieniu w komedii "Stare wygi". "Czasem musisz robić filmy tylko po to, żeby zarobić na chleb" - dodawał jednak, precyzując, że nie oczekuje od tych filmów inteligentnych scenariuszy. "Wiem dokładnie, w co się pakuję. Wiem, że to tylko wygłupy. Wszystko w porządku" - zapewniał.

Oglądając jego ekranowe chichoty z Johnem Travoltą łatwo jednak zatęsknić za starym, dobrym Robinem Williamsem, który rozśmieszał nas jako Adrian Cronauer w "Good Morning, Vietnam", porywał w roli Johna Keatinga w "Stowarzyszeniu Umarłych Poetów", czy wzruszał kreacją Parry'ego w "Fisher Kingu". Nawet komercyjna przebieranka w "Pani Doubtfire" wydaje się dziś szczytem wyrafinowania przy humorze współczesnych komedii, w których oglądamy dziś Williamsa.

Improwizacja komika

Robin Williams zaczynał jednak przygodę z aktorstwem od występów w roli komika. Jako jeden z dwóch uczniów prestiżowej szkoły Juilliard dostał się pod skrzydła weterana aktorstwa i wybitnego producenta Johna Housemana, który opracowywał z nim podstawy aktorskiej wymowy. Drugim z uczniów był Christopher Reeve, późniejszy odtwórca roli Supermana i długoletni przyjaciel Williamsa. Przygoda Williamsa z Juilliard trwała jednak tylko trzy lata, młody aktor od szkolnych ław wolał telewizyjną praktykę. Szybko załapał się do produkowanego przez stację NBC "The Richard Pryor Show". Niestety, program miał krótki żywot, Williams zdążył jednak poznać wybitnego czarnoskórego komika, który pozostanie jednym z jego największych idoli.

Prawdziwym wyzwaniem była jednak rola w serialu "Happy Days" w reżyserii Garry'ego Marshalla ("Pretty woman"). Williams, który wcielał się w postać kosmity Morka, mógł do woli folgować swojej tendencji do improwizacji, szlifując przy okazji charakterystyczną dla późniejszej kariery "grę mimiczną". Postać Morka spotkała się z tak żywiołową reakcją widowni, że z miejsca powzięto decyzję o nakręceniu spin-offu "Mork and Mindy".

Robin Williams w serialu "Happy Days":


Jego pasją była jednak scena, dzięki telewizji HBO mógł na przełomie lat 70. i 80. realizować się w formacie stand-up comedy, podpisując swym nazwiskiem trzy autorskie programy: "Off The Wall" (1978), "An Evening with Robin Williams" (1982) oraz "Robin Williams: Live at the Met". W tym czasie poznał Johna Belushiego, który stał się jego nieodłącznym kompanem i towarzyszem narkotykowych wyskoków. Robin Williams był obok Roberta De Niro ostatnią osobą, która widziała Belushiego feralnego dnia w 1982 roku, kiedy aktor przedawkował narkotyki.

Czekając na Oscara

Przełomem w aktorskiej karierze Williamsa okazał się jednak filmowy występ w wojennej komedii "Good Morning, Vietnam", opowiadającej o szalonym didżeju Adrianie Cronauerze, rozbawiającym amerykańskich żołnierzy podczas wojny w Wietnamie. Oparta na autentycznych wydarzeniach historia radiowego wywrotowca była dla Williamsa idealnym samograjem, który przyniósł mu zasłużoną nominację do Oscara. Mimo że nagrody Akademii nie otrzymał (powędrowała do Michaela Douglasa za "Wall Street"), Williams mógł świętować niewiele mniej prestiżowe wyróżnienie - Złoty Glob.

Robin Williams w filmie "Good Morning, Vietnam":


Zdumiewające, że po tak błyskotliwym początku kinowej kariery, kolejne role Williamsa nie były wcale komediowymi kreacjami. W "Stowarzyszeniu Umarłych Poetów" Petera Weira wcielił się w postać charyzmatycznego nauczyciela angielskiego Johna Keatinga, który inspiruje swoich podopiecznych do kontestacji konserwatywnych reguł obowiązujących w brytyjskim społeczeństwie. Mimo że nie wszystkim przypadła do gustu balansująca na cienkiej granicy między komizmem a powagą rola Williamsa - uznany krytyk Roger Ebert zganił aktora za zepsucie efektownymi wygłupami obiecującej dramatycznej roli - Williams otrzymał drugą w karierze nominację do Oscara. Okrzyk Johna Keatinga "Carpe diem. Chwytajcie dzień, chłopcy. Uczyńcie swe życie wyjątkowym" sklasyfikowany zaś został przez Amerykański Instytut Filmowy na 95. miejscu najlepszych cytatów w historii kina.

Robin Williams w filmie "Stowarzyszenie Umarłych Poetów":


Kolejną nominację do Oscara przyniósł Williamsowi występ w filmie "Fisher King" Terry'ego Gilliama, gdzie wcielił się w postać obłąkanego bezdomnego Perry'ego, bezskutecznie poszukującego Świętego Graala i starającego się dojść do równowagi po tragicznej śmierci swojej żony i utraty pracy jako profesor literatury. Wielowymiarowa kreacja Williamsa zapoczątkowała pewien charakterystyczny trend: w kolejnych obrazach, które wymagały od Williamsa pokazania poważnego oblicza, aktor najczęściej występował z brodą, gładkie policzki zachowując dla komediowych kreacji.

Robin Williams w filmie "Fisher King":


Terapia? Aktorstwo!

Największym aktorskim osiągnięciem Williamsa pozostaje do dziś kreacja w "Buntowniku z wyboru" w reżyserii Gusa van Santa, gdzie wciela się w postać psychiatry Seana Maguire'a, próbującego pomóc niezwykle uzdolnionemu, ale też sprawiającemu kłopoty wychowawcze nastolatkowi Willowi Huntingowi (Matt Damon). Po raz pierwszy i jedyny w swej karierze Williams otrzymał Oscara, deklasując rywali w walce o tytuł najlepszego aktora drugoplanowego.

O tym, że skradł cały film, najdobitniej zaświadcza komentarz Matta Damona dołączony do DVD filmu, w którym późniejszy odtwórca Bourne'a wspomina improwizowane sesje Williamsa. W związku z tym, że autorami scenariusza byli debiutujący Matt Damon i Ben Affleck, pozwalali swemu bardziej znanemu koledze na rozwijanie swojej postaci w trakcie realizacji zdjęć. W efekcie Williams na bieżąco konstruował postać doktora Maguire'a, nierzadko zaskakując swoich młodszych kolegów.

Robin Williams w "Buntowniku z wyboru":


Ostatnia kwestia w filmie, jak również scena terapii, w której bohater Williamsa opowiada o małych dziwactwach swojej żony, zostały w całości zaimprowizowane przez aktora. Operator Jean-Yves Escoffier nie wytrzymał napięcia, w związku z czym oglądając dziś tą scenę możemy zauważyć lekkie rozedrganie kadru. To kamerzysta nie potrafił powstrzymać wybuchów śmiechu.

Odbierając statuetkę Akademii Robin Williams podziękował swojemu ojcu, dodając, że kiedy poinformował go jako młody chłopiec o planach zostania aktorem, ten dał synowi jedną radę; "Dobrze, żebyś miał jednak jakiś awaryjny zawód, np. spawacza".

Narkotyki i alkohol

Rozpatrując aktorską karierę Robina Williamsa nie sposób przeoczyć osobistych problemów gwiazdora, który w latach 80. przeszedł okres uzależnienia od narkotyków; na początku XXI wieku, po 20 latach trzeźwości, wrócił zaś do alkoholu. Stało się to na planie filmu "Bezsenność" (2002) Christophera Nolana - nietypowym w karierze Williamsa, ponieważ przyszło mu się wcielić w postać czarnego charakteru.

Wyludniona Alaska, gdzie realizowano zdjęcia, wprawiła gwiazdora w stan poważnej depresji, z której wyciągnąć miał go alkohol. Niektórzy sugerowali, że do kieliszka Williams zaczął zaglądać, by zagłuszyć smutek po śmierci Christophera Reeve'a, jednak aktor przyznaje, że jego motywacja była o wiele bardziej "samolubna". "Byłem w mieścinie, która może nie była końcem świata, ale z pewnością dało się go stamtąd zauważyć. Pomyślałem sobie: napiję się. Może jeden drink mi pomoże? Czułem się samotny i zagubiony. Ale to nie był najszczęśliwszy wybór" - wspomina Williams.

Robin Williams w skeczu o alkoholu i narkotykach:


Efekt? Nawrot nałogu, który zakończył się wizytą w klinice antyalkoholowej. W uzależnieniu Robina Williamsa nie było jednak nic z gwiazdorskiego ekshibicjonizmu Charliego Sheena. Rzecznik aktora wystosował oficjalne stanowisko, w którym prosił o uszanowanie prywatności rodziny gwiazdora i zapowiedział szybki powrót do pracy.

Czy Robin Williams odzyska jeszcze charakterystyczne dla siebie poczucie humoru, które - zamiast trwonić w marnych komediach - mógłby twórczo wykorzystać przeprowadzając autobiograficzną terapię? Kiedy w 1993 roku wcielał się w tytułową postać w komedii "Pani Doubtfire", był właśnie po rozwodzie se swa żoną, którą rzucił, by poślubić opiekunkę własnego dziecka. W filmie Chrisa Columbusa jego bohater bierze rozwód, po czym sam zatrudnia się jako niania. To Robin Williams, którego kochamy najbardziej!

Robin Williams jako pani Doubtfire:


Zastanawiasz się, jak spędzić wieczór? A może warto obejrzeć film? Sprawdź nasz repertuar kin!

Dowiedz się więcej na temat: Robin Williams | komik | Nie | smutna

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje