Reklama

Reklama

"Robin Hood: Książę złodziei": Od Oscarów do Złotej Maliny

W 1991 roku Kevin Costner był na szczycie. Właśnie otrzymał dwa Oscary za "Tańczącego z wilkami". Uchodził za jedną z najbardziej kasowych amerykańskich gwiazd. Jeszcze podczas prac nad swoim westernem rozpoczął zdjęcia do "Robin Hooda: Księcia złodziei". Plotki z planu mówiły o jego konflikcie z reżyserem i nieudanym podejściu do postaci. Natomiast po premierze miłość widzów skradł mu kolega z planu. 14 czerwca 2021 roku mija 30 lat od premiery filmu.

Mary Elizabeth Mastrantonio i Kevin Costner w scenie z filmu "Robin Hood: Książę złodziei"

Pod koniec lat osiemdziesiątych scenarzysta Pen Densham wpadł na pomysł reinterpretacji postaci Robin Hooda. Uczynił z niego weterana krucjat, który wraca do rodzinnych włości po latach niewoli i dowiaduje się, że w tym czasie jego majątek został rozkradziony przez złego szeryfa z Nottingham. Ta niesprawiedliwość zmusza go do buntu przeciwko ciemiężcy. Pomysł Denshama znacznie różnił się od poprzednich adaptacji, a jego podejście było o wiele poważniejsze. Wspólnie ze swoim współpracownikiem Johnem Watsonem rozpisał historię, którą szybko zainteresowała się mała wytwórnia Morgan Creek Production, widząca w niej żyłę złota. W lutym 1990 roku nabyła ona prawa do ich tekstu.

Reklama

W tamtym czasie wytwórnie Fox i Tri-Star także zamierzały przenieść na ekrany kin przygody Robina. Ostatecznie z ich planów niewiele wyszło. Niemniej szefostwu Morgan Creek Productions zależało na jak najszybszym rozpoczęciu prac nad filmem. Jednocześnie marzyła im się obsada z najwyższej półki. W pierwszej kolejności znaleźli się w niej Christian Slater, gwiazda młodego pokolenia, oraz Morgan Freeman, który rozpoczął wielką karierę po ukończeniu 50 lat dzięki oscarowym nominacjom za występy w "Cwaniaku" i "Wożąc panią Daisy".

W roli tytułowej producenci widzieli Kevina Costnera. Ten nie był jednak zainteresowany udziałem w blockbusterze. Kończył właśnie prace nad "Tańczącym z wilkami", swoim reżyserskim debiutem, który w ciągu kilku miesięcy miał mu przynieść powszechne uznanie oraz dwa Oscary. Był także zakontraktowany do występu w roli głównej w "JFK" Olvera Stone'a. Wciśnięcie blockbustera między te dwie produkcje byłoby nie lada wyczynem.

Costnera przekonała jednak osoba Kevina Reynoldsa, który został reżyserem "Księcia złodziei". Obaj znali się od lat. W 1985 roku Reynolds obsadził Costnera w swojej komedii "Fandango", tym samym dając mu jego pierwszą dużą rolę. Pomagał także podczas realizacji "Tańczącego z wilkami", między innymi reżyserując scenę polowania na bizony. Reynolds nie miał zresztą złudzeń, że wybrano go głównie z powodu powiązań z aktorem.

Prace przygotowawcze postępowały bardzo szybko. Reynolds miał zaledwie 10 tygodni, by przygotować się do zdjęć. Costner pojawił się na planie zaledwie trzy dni przed pierwszym klapsem. Wciąż nieobsadzone były niektóre z najważniejszych ról, przede wszystkim Lady Marian, ukochanej Robin Hooda, i nikczemnego szeryfa z Nottingham. W roli antagonisty początkowo widziano Richarda E. Granta, który nie mógł się zaangażować z powodu przedłużających się ku jego rozpaczy zdjęć do "Hudsona Hawka". Ostatecznie zdecydowano się na Alana Rickmana, który od czasu "Szklanej pułapki" był jednym z ulubionych złoczyńców w Hollywood.

Natomiast główna rola kobieca powędrowała do Robin Wright. Ta chwilę później musiała zrezygnować, ponieważ dowiedziała się, że spodziewa się dziecka. Rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania innej gwiazdy, która mogłaby ją zastąpić. Gdy okazało się, że w Londynie przebywa Mary Elizabeth Mastrantonio w celu nagrania filmu telewizyjnego dla BBC, tego samego dnia posłano jej scenariusz. Wkrótce to ona zastąpiła Wright. Producentom udało się także zaangażować Seana Connery do epizodu króla Ryszarda Lwie Serce. Aktor pojawił się na planie na dwa dni i otrzymał za to 250 tysięcy dolarów, które przeznaczył na cele charytatywne.

Podczas prac nad filmem Costner był wyraźnie zmęczony. W dodatku często kłócił się z Reynoldsem, przede wszystkim o swój akcent. Aktor uważał, że Robin Hood musi brzmieć jak Brytyjczyk, z kolei reżyser bał się wrażenia nienaturalności i nalegał, by gwiazda "Nietykalnych" mówiła swym zwyczajnym głosem. Jednego dnia stawało na zdaniu pierwszego, kolejnego triumfował drugi z nich - co słychać w samym "Księciu złodziei", w którym akcent tytułowego bohatera zmienia się ze sceny na scenę.

O ile Costner wykłócał się o każdy szczegół dotyczący jego postaci, Alan Rickman dostał od reżysera i producentów wolną rękę. Podczas angażu zaznaczył zresztą, że zgodzi się wystąpić w filmie tylko wtedy, jeśli będzie mógł samodzielnie decydować o kształcie swojej roli. Po przeczytaniu scenariusza bał się, że szeryf wypadnie jednowymiarowo i nijako. Z błogosławieństwem Reynoldsa pozwalał sobie na szaleńcze szarże, karykaturalne zachowanie i dodawanie linijek tekstu.

Jego szeryf raz był rozczulająco żałosny, innym razem, w chwili triumfu, krzyczał, że odwołuje święta Bożego Narodzenia. Aktor poprosił o ubarwienie dialogów swych przyjaciół - komiczkę Ruby Wax i dramatopisarza Petera Barnesa. O zmianach był informowany wyłącznie Reynolds i nikt inny. Według Rickmana pomagało to w sprawdzeniu, czy dowcip działał. Gdy podczas zdjęć ktoś z ekipy zakrywał dłonią usta, by stłumić śmiech, aktor wiedział, że trafił w dziesiątkę. Co ciekawe, Costner nie tylko nie narzekał na nowe pomysły swojego kolegi z planu, ale też nigdy nie wychodził z postaci, gdy na nie reagował.

Gdy pierwsza wersja filmu była ukończona, producenci zdecydowali się na pokaz testowy. Chociaż 92% oglądających dało filmowi pozytywną ocenę, władze Morgan Creek Productions nie były zadowolone. Okazało się, że większość widzów bardziej polubiła nikczemnego i tchórzliwego szeryfa z Nottingham, a nie honorowego i walecznego Robin Hooda. Tymczasem to Costner, nie Rickman, miał być głównym atutem podczas kampanii reklamowej - szczególnie że oscarowy sukces "Tańczącego z wilkami" był wciąż świeżą sprawą.

Zdecydowano się więc na dodanie wcześniej odrzuconych scen, które miałyby wzmocnić obecność tytułowego bohatera. Nie chciał się na to zgodzić Reynolds. Producenci mieli jednak jego zdanie za nic. Stworzenie kolejnej wersji montażowej filmu powierzyli własnemu zespołowi. Gdy reżyser zobaczył wynik ich pracy, nie krył rozczarowania. Niektóre sceny zdawały się dodane na siłę, a kilka wątków pobocznych - między innymi ten, w którym szeryf dowiaduje się, że czarownica Mortianna jest jego matką - zostało zupełnie wyciętych. Reynolds zdecydował się więc porzucić projekt na ostatniej prostej, nie biorąc udziału w dalszych pracach postprodukcyjnych.

Po latach fani odnaleźli w filmie Reynoldsa masę błędów. Drobnych, gdy włosy Robina po wyjściu z wody są od razu suche. Ale też poważnych. Przykładowo, jeden ze statystów ginął kilkukrotnie podczas sceny ataku Celtów. Z kolei na ścianie zamku Marian widoczna jest tablica informacyjna, identyczna jak na wielu innych zabytkach, które można zwiedzać. Grany przez Morgana Freemana Azeem używa teleskopu załamującego, który został wynaleziony dopiero w... XVII wieku.

"Robin Hood: Książę złodziei" okazał się drugim najbardziej dochodowym filmem 1991 roku. Zarobił na całym świecie ponad 390 milionów dolarów. Krytycy byli mniej przychylni od widzów, zarzucając produkcji zbyt mroczną i brutalną tonację oraz krytykując pozbawiony energii występ Costnera. Słowa uznania popłynęły natomiast w kierunku Rickmana, który został uhonorowany za swoją kreację nagrodą Brytyjskiej Akademii Filmowej za rolę drugoplanową. Z kolei Costnerowi przypadła Złota Malina za najgorszy występ pierwszoplanowy.

Aktor i Kevin Reynolds nie zniechęcili się jednak do dalszej współpracy. Obaj spotkali się w 1995 roku przy "Wodnym świecie", który nie miał szans zwrócić swego ogromnego budżetu. Z kolei w 2013 roku zrealizowali telewizyjny miniserial "Hatfields & MCoys: Wojna klanów", który w końcu przyniósł im bardzo dobre recenzje, a Costner otrzymał za niego nawet Złoty Glob i nagrodę Emmy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje