​River Phoenix: Nieoszlifowany diament

Historia kina zna wielu aktorów, którzy zdecydowanie za szybko kończyli swoje kariery. Ludzi, którzy nie potrafili odnaleźć się w rolach hollywoodzkich gwiazd, podskórnie czuli, że nie pasują do otaczającego ich świata. Właśnie taką osobą zdawał się być River Phoenix. Zbuntowany, zagubiony artysta, który przedwcześnie i przymusowo zakończył swoje bardzo owocnie zapowiadające się życie. 23 sierpnia ta jedna z najbardziej niespełnionych nadziei kina skończyłaby 45 lat.

W niedzielę, 23 sierpnia, River Phoenix świętowałby 45 urodziny. Mógł być teraz u szczytu sławy...

Kiedy patrzy się na fotografie Rivera Phoeniksa, od razu rzuca się w oczu podobieństwo do Jamesa Deana. W spojrzeniu, postawie. Oczywiście nie należy popadać w kulturowe kalki. Życie i kariera Rivera odpowiadała na inne problemy i odzwierciedlała zupełnie inne dylematy niż te, z którymi mierzył się Dean. Z pewnością łączy je jednak to, że obie zostały zakończone równie nagle i równie przedwcześnie.

River Phoenix urodził się jako River Jude Bottom 23 sierpnia 1970 roku w miejscowości Madras w stanie Oregon. Był najstarszym spośród pięciorga rodzeństwa - po nim na świat przyszli jeszcze Joaquin oraz Summer, Liberty i Rain. Te niecodzienne imiona nie są przypadkowe. Państwo Bottom byli hipisami, którzy poznali się podczas podróży autostopem. Para znana była z tego, że kontestowała konsumpcyjny styl życia. Nie posiadali domu ani dużego majątku. Często zmieniali miejsce zamieszkania. Prowadzili ekologiczną farmę na zachodnim wybrzeżu USA, potem przenieśli się do Kanady.

Reklama

Sam aktor przyznawał, że ten "koczowniczy" tryb życia miał spory wpływ na jego późniejsze losy. W wywiadzie udzielonym w 1988 roku mówił: "Częste podróżowanie wystawiło mnie na wiele doświadczeń, na nowe style życia. Musiałem dostosowywać się do tych specyficznych sytuacji. Zapewniło mi to pewne umiejętności aktorskie. Rodzaj stapiania się z postacią. W nowym mieście czy szkole nie możesz być po prostu dziwnym, nowym chłopakiem. Tak samo jest z graniem".

Kiedy River miał kilka lat, jego rodzice dołączyli do religijnej instytucji Children of God (Dzieci Boga). Uczestnictwo w tej organizacji, wiązało się z licznymi zagranicznymi wyjazdami na tzw. "misje". Najpierw rodzina wyjechała do Portoryko (tam urodził się Joaquin), a później do Wenezueli. Szybko okazało się jednak, że Children of God to groźna sekta prowadzona przez dewiantów. Dzieci, które znajdowały się w tej wspólnocie, namawiane były do seksualnych eksperymentów. Do podobnych praktyk zachęcane były także kobiety.

Przerażona para wróciła wraz z dziećmi do Stanów. Powrót okazał się jednak bolesnym rozczarowaniem. Rodzice Rivera nie posiadali bowiem żadnego wykształcenia i mieli poważne problemy z adaptacją do neoliberalnej Ameryki.

Bottomowie postanowili więc zacząć wszystko od nowa. Zmienili nazwisko na Phoenix i osiedlili się na przedmieściach Los Angeles, zaczęli szukać własnej drogi. To był moment, w którym River rozpoczął swoja karierę. Kilkunastoletni chłopak stał się motorem napędowym całej rodziny.

Jak wspominał William Richert, reżyser, który spotkał Phoeniksów w połowie lat 80: "River był liderem tego zespołu. To był jego pomysł, aby rodzina zaczęła utrzymywać się z aktorstwa. Wiedział, że w show-biznesie można zarabiać duże pieniądze bez jakiegokolwiek wykształcenia".

Początki kariery samego Rivera były skromne. Chłopiec zagrał w kilku reklamach i serialach. Przełom nadszedł w roku 1985, kiedy to 15-letni wówczas chłopak wystąpił w przygodowym filmie "Odkrywcy". Chociaż nie była to rola, która pozwalała na rozwinięcie aktorskich skrzydeł, River został doceniony, a propozycję zaczęły się mnożyć.

1986 rok to dwie znaczące kreacje w filmografii młodego aktora. Pierwsza w "Wybrzeżu Moskitów" Petera Weira u boku Harrisona Forda, druga w głośnym dramacie o dojrzewaniu i przyjaźni - "Stań przy mnie". Dwa lata później świat zobaczył Pheoniksa w dramacie "Stracone lata". Głośny film o rodzinie, która przez siedem lat ukrywała się przed FBI, przyniósł Riverowi nominację do Oscara.

Wydaje się, że młody aktor nie czuł się wówczas komfortowo tylko w jednej ze swoich ról. Mowa tutaj o roli młodej gwiazdy kina. Riverowi o wiele bardziej zależało na prowadzeniu cichego, alternatywnego stylu życia. Kariera w Hollywood szybko pokazała mu jednak, że znacząco odbiega to od wizji "chłopca z plakatu", jaką dla niego kreowano.

Szansa na uwolnienie się z tej klatki przyszła wraz z filmową propozycją Gusa Van Santa, który zaprosił młodzieńca do pracy nad filmem "Moje własne Idaho". Rola, którą zaproponował mu Van Sant była szczególnie kusząca. Trudno wyobrazić sobie lepszy sposób na uwolnienie się od wizerunku "nastoletniej gwiazdy" niż zagranie w społecznym dramacie i wcielenie się w postać męskiej prostytutki.

Film miał swoja premierę w 1991 roku i stał się jednym z najlepszych niezależnych dzieł początku dekady. Obraz był trampoliną do kariery innego znanego obecnie aktora - Keanu Reevesa.

W tym miejscu warto dodać, że inną wielką pasją Rivera była muzyka. Od końca lat 80. był członkiem kilku zespołów. Wielu z jego "muzycznych" znajomych doczekało się światowej sławy - River był m.in. przyjacielem Michaela Stipe'a, wokalisty zespołu R.E.M.

Phoenix szybko zanurzył się w rockandrollowy styl życia. Coraz więcej mówiło się o szalonych imprezach na jakich bywał i narkotykowych ekscesach z nim w roli głównej. Jego przyjaciele wspominają, że byli świadkami, kiedy na jednej z imprez River zażywał na zmianę kokainę i heroinę. Młody aktor nie chciał jednak zwalniać tempa...

W 1992 roku zaangażował się w prace nad filmem "Dark Blood". Nie wiedział, że będzie to jego pożegnanie z kinem. Praca nad nowym projektem nie układała się dobrze. Na planie dochodziło do ciągłych starć scenarzysty z reżyserem, zdjęcia wciąż się opóźniały. River był zmęczony. Zdecydował się wrócić na kilka dni do Los Angeles, aby odgonić złe myśli.

Tragedia wisiała jednak w powietrzu. Młody aktor miał depresję. Jedna z ostatnich wiadomości pozostawiona przez niego na telefonicznej sekretarce przyjaciela, brzmiała: "Mam trudności żeby utrzymać się na powierzchni".

W nocy z 30 na 31 października River bawił się w jednym z klubów w Los Angeles. W toalecie spotkał jednego ze swoich znajomych, który wręczył mu tajemniczą substancję, obiecując lepsze doznania i dłuższą zabawę. River zdecydował się zaaplikować tajemniczy narkotyk. Już nigdy się nie obudził. Aktor zmarł tej samej nocy w szpitalu. Jego ciało skremowano.

Trudno powiedzieć, jak potoczyłaby się dalsza kariera Rivera Phoeniksa. Czy skończyłby jako zapomniany aktor? A może jego gwiazda rozbłysłaby w pełni i dziś mówilibyśmy o nim jako o ikonie kina? Tego się nie dowiemy. Jednak z całą pewnością, trudno wskazać aktora, który swoimi rolami tak żywo namalowałby społeczne problemy swojego pokolenia. Może zatem, przy okazji jego urodzin, warto odświeżyć sobie jego filmografię?

Konrad Pytka

Dowiedz się więcej na temat: River Phoenix

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje