Reklama

"Niebo o północy": Sto lat świetlnych banału

George Clooney w scenie z filmu "Niebo o północy" /materiały prasowe

Reżyserska droga George'a Clooneya to genialny start i wybitny pierwszy skok, po których nastąpiła seria mniej lub bardziej kompromitujących potknięć. "Niebezpieczny umysł", jego debiut, był elektryzującą historią twórcy telewizyjnego show "Randka w ciemno", który okazywał się szpiegiem i zabójcą na usługach rządu. Drugi film, "Good Night and Good Luck", był niemal antyhollywoodzki. Owe dzieło - nakręcone w czerni i bieli, umiejętnie korzystające z materiałów archiwalnych i niemal fizycznie oddające szczególną aurę amerykańskiej telewizji, powstającej w oparach papierosowego dymu - przyniosło mu nominację do Oscara dla najlepszego reżysera, scenarzysty i producenta.

Niestety, wtedy zaczął się spadek formy, a kolejne projekty Clooneya zawodziły przez nieumiejętne stosowanie hollywoodzkich wzorców, nieznośny patos lub błędne próby odczytania tekstu twórców lepszych od siebie (jak z napisanym przez braci Coen "Suburbiconem"). "Niebo o północy" nie jest na pewno najgorszym filmem w karierze telewizyjnego doktora Rossa (tutaj bezkonkurencyjni pozostają "Obrońcy skarbów"), niemniej powtarza ono większość błędów jego dotychczasowej twórczości.

Fabuła ma miejsce w niedalekiej przyszłości, w której szereg załóg kosmicznych wyruszyło w kosmos w poszukiwaniu planety zdatnej do życia. Dwa lata po rozpoczęciu ich misji Ziemię dotyka niesprecyzowana katastrofa, która doprowadza niemal do całkowitego wymarcia życia na niej. Zamiast szukać ratunku w strefie bezpieczeństwa, śmiertelnie chory naukowiec Augustine (George Clooney) postanawia pozostać w bazie na Arktyce. Za wszelką cenę chce skontaktować się z załogą statku Æther i przestrzec ją przed powrotem na Ziemię.

Reklama

"Niebo o północy" stanowi połączenie dwóch estetyk. Pierwsza połowa filmu przywodzi na myśl kino survivalowe pokroju "Zjawy" lub "Arktyki", natomiast druga - walkę o przetrwanie w kosmicznej pustce w rodzaju "Grawitacji" i "Marsjanina". Niestety, Clooney nie potrafi ich za bardzo połączyć w spójną całość. W rezultacie w pierwszej kolejności staramy się zaangażować w historię Augustine'a, by nagle opuścić piekielne mrozy dalekiej północy i przenieść się do gwiazd - do piątki astronautów opierających się bardziej na charyzmie odtwarzających ich aktorów, niż dobrze zarysowanych portretach psychologicznych. Demián Bichir i Kyle Chandler są jak zawsze wspaniali i starają się wycisnąć, ile można z ogranych archetypów "samotnego poczciwca" oraz "ojca rodziny, który poleciał na ostatnią misję". Natomiast Felicity Jones nie ma do zaoferowania nic poza pustym uśmiechem.

Sam Clooney często psuje inscenizację niepotrzebnymi dodatkami, przede wszystkim nachalnie ilustrującą muzyką Alexandre'a Desplata. Weźmy scenę we wraku samolotu, której dramatyzm zostaje zupełnie zniszczony przez zbędną warstwę dźwiękową. Clooney na tym nie poprzestaje i często idzie w patos lub wymuszony tragizm, dystansując tym samym widza od losu swych postaci. Finał przyjaźni Augustine'a z niemą dziewczynką (debiutująca na ekranie Caoilinn Springall) jest oczywisty niemal od jej pojawienia się jej w życiu uczonego. Podobnie wszystkie dramatyczne zwroty, skumulowane w niecałej godzinie wątku kosmicznego. Boleśnie nachalny i na siłę optymistyczny jest także wydźwięk samego filmu. Zdaję sobie sprawę, że w obecnych czasach nagięcie logiki świata przedstawionego - w celu uzyskania pozytywnego zakończenia - można wybaczyć, ale całość należy wtedy odpowiednio poprowadzić (jak np. w niedocenionym, tegorocznym "Sokole z masłem orzechowym").

Clooney potrafi zebrać imponująca obsadę (sam pozostaje zresztą świetnym aktorem) oraz budżet pozwalający mu na imponującą scenografię i efekty specjalne. Co z tego, skoro jako twórca nie ma zbyt wiele do powiedzenia, a moralizatorskich banałów nie potrafi nawet ubrać w atrakcyjną formę. Jeśli jego kolejne filmy miałyby być takie, jak "Niebo o północy", to życzyłbym sobie, by laureat (jak najbardziej zasłużonego) Oscara za "Syrianę" skupił się w najbliższej przyszłości wyłącznie na aktorstwie.

4/10

"Niebo o północy" (The Midnight Sky), reż. George Clooney, USA 2020, dystrybucja: Netflix, premiera: 23 grudnia 2020 roku.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Niebo o północy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama