Reklama

Nazywam się Bond, James Bond

Nazywam się Bond, James Bond - tak przedstawia się najbardziej znany na świecie agent Jej Królewskiej Mości o kryptonimie 007. Te dwa zera oznaczają, że ma prawo zabijać w imieniu Korony, ponadto lubi wódkę z martini (wstrząśniętą, nie mieszaną), kobiety (lgną do niego jak muchy do miodu), szybkie i dobrze wyposażone samochody. O przygodach Bonda nakręcono 21 filmów, obecnie na ekranach mamy ostatni - "Casino Royale".

Nieprzerwanie od 43 lat heros popkultury i superman dla dorosłych włada masową wyobraźnią. Uniwersytet Londyński wspólnie z World Entertainment News Network przeprowadzili w Wielkiej Brytanii głosowanie na najsłynniejszy cytat pochodzący z filmów serii, którego bezkonkurencyjnym zwycięzcą okazało się właśnie zdanie: "Nazywam się Bond, James Bond".

Reklama

Najpierw był Fleming

Kiedy w styczniu 1952 roku Anglik Ian Fleming, mieszkający w tym czasie na Jamajce, usiadł do maszyny do pisania, z pewnością nie miał bladego pojęcia, że daje początek "bondomanii", która rozpocznie się za 10 lat i później opanuje świat. Wbrew powszechnemu mniemaniu pierwszy film o superagencie - "Dr No", nakręcony w 1962 roku - wcale nie był pierwszą książką Fleminga, w której pojawił się James Bond. Anglik po raz pierwszy użył tego nazwiska w książce "Casino Royal", która ukazała się na księgarskich półkach w 1953 roku, a nazwisko "pożyczył" od pewnego znajomego ornitologa. Kilka lat później żartował, że jeśli Bond-ornitolog odkryje jakiś wyjątkowo podły gatunek ptaka, to niech go nazwie Ian Fleming.

Rok później książka została przeniesiona na ekran jako nadawana na żywo 48-minutowa adaptacja telewizyjna (21 października 1954 roku, w roli Bonda - Barry Nelson), a następnie powstał na jej podstawie film fabularny (1967), w którym główną rolę zagrał Dawid Niven. Film był parodią dotychczas zrealizowanych filmów o agencie 007, zagrała w nim aktorska czołówka (oprócz Nivena m.in. Jean-Paul Belmondo, Peter O'Toole, Anjelica Huston, Ursula Andress, Woody Allen, Peter Sellers), ale nigdy nie został zaliczony do bondowskiego "kanonu".

Wróćmy jednak do Fleminga. Pisząc o szpiegach i walce wywiadów korzystał on częściowo ze swoich doświadczeń, bowiem w trakcie II wojny był on... szpiegiem, a konkretnie adiutantem admirała Johna Goodferya, szefa NID, wywiadu brytyjskiej marynarki wojennej. Jak wspominają biografowie Fleminga, właśnie stamtąd zaczerpnął on kryptonim Bonda - 007, bowiem kod tajnych informacji przesyłanych wtedy przez admiralicję zaczynał się od dwóch zer.

Pisanie książek o Bondzie Fleming traktował jako hobby. Powstawały one podczas jego corocznego, dwumiesięcznego pobytu na Jamajce. Pytany o Bonda tłumaczył: "To wszystko czysta fantazja, marzenia, które wylęgały się w młodocianym mózgu. A ja mam właśnie taki mózg". Książka "Casino Royale" nie rzuciła czytelników na kolana, za pierwszym podejściem wydrukowano tylko 7 tys. egzemplarzy i wydawcy doszli do wniosku, że wystarczy. Fleming nie zraził się jednak i zaczął produkować kolejne powieści z superagentem w roli głównej: "Żyj i pozwól umrzeć" (1954), "Moonraker" (1955) "Pozdrowienia z Rosji" (1957), "Doktor No" (1958), "Goldfinger (1959), zbiór opowiadań "Tylko dla twoich oczu" (1960), "Operacja Piorun" (1961), "Szpieg, który mnie kochał" (1962). Kolejne książki zyskiwały sobie coraz większe grono zwolenników, wydawcy zacierali ręce i wkrótce okazało się, że po 10 latach od wydania pierwszej powieści łączny nakład wszystkich o przygodach Jamesa Bonda wyniósł prawie 40 mln. W tej sytuacji agentem 007 nie mógł nie zainteresować się przemysł filmowy.

Bond wkracza na duży ekran

Na początku 1961 roku ludzie z Hollywood zwrócili się do Fleminga w sprawie ekranizacji jednej z książek, wybór padł na początku na "Operację Piorun", ale doszło do nieporozumień pomiędzy autorami scenariusza i zdecydowano się na "Dr No". Negocjacje szybka zakończono, ruszyły zdjęcia i w październiku następnego roku film wszedł na ekrany. O ówczesnej popularności książek Fleminga niech świadczy fakt, iż do roli Bonda w filmie "Dr No" zgłosiło się ok. 1000 kandydatów (w tym jeden, który naprawdę nazywał się James Bond), sam autor miał swoją kandydaturę i chciał, aby to jego kuzyn, Christopher Lee, zagrał rolę agenta 007. Producenci zdecydowali się jednak na szkockiego aktora Seana Connery'ego i wybór chyba był słuszny, do dzisiaj bowiem, zdaniem wielu "bondologów", Connery najlepiej "wszedł" w tę rolę.

32-letni wówczas aktor nie miał za sobą oszałamiających sukcesów: zagrał niewielką rólkę w musicalu "South Pacific", kilka epizodycznych ról w telewizyjnych spektaklach, zauważony został przez krytykę w wojennym obrazie "Najdłuższy dzień". Przy obejmowaniu roli Bonda Connery miał sporo wątpliwościami, ale zdecydował się. Była to chyba najtrafniejsza decyzja w jego życiu, bo film o przygodach superagenta zyskał sobie olbrzymią popularność, której spora część przypadła odtwórcy głównej roli. W książkach Fleminga Bond był całkiem inny niż na ekranie. Autor pisał o swoim bohaterze: "Bond nie jest bohaterem ani nie jest opisany jako ktoś sympatyczny czy godny podziwu... Nie jest też złym

człowiekiem, ale jest bezwzględny i pobłaża sobie. Lubi walczyć i lubi zdobywać łupy". Connery stworzył inną postać. Przysłowiowy później bondowski humor połączył z bezwzględnością, nadając superagentowi "męskie rysy", przez co bardziej go uwiarygodnił, musiał też podobać się jego stosunek do kobiet (a są one w filmach o agencie 007 niezmiernie ważne i bez nich poszczególne filmy z pewnością wiele by straciły), które bez problemu zdobywał i czarował swoim urokiem twardziela. Nie wszystkim jednak Bond-Connery przypadł do gustu. Po premierze pierwszego filmu z serii, amerykański tygodnik "Time " zatytułował swą recenzję "No, a Thousand Times No" (Nie, tysiąc razy nie). Amerykanie pisali wówczas o pierwszym odtwórcy Bonda "włochaty cukierek ślazowy" (hairy marshmallow), który "z pewnością zadowoli popularne gusta". Zadowolił publiczność, zadowolił producentów i zagrał rolę superagenta siedmiokrotnie, w tym raz filmie niezaliczonym do serii - "Nigdy nie mów nigdy" (1983).

Film "Dr No" wyreżyserował Terence Young, scenariusz napisał Richard Maibaum, za kamerą stanął Ted Moore, a muzyka była autorstwa Johna Barry'ego. Ta ekipa spotykała się jeszcze nie raz na planach kolejnych Bondów. Young reżyserował jeszcze "Pozdrowienia z Moskwy""Operację Piorun", Moore siedmiokrotnie stawał za kamerą filmując przygody Bonda, Maibaum był scenarzystą aż trzynastu odcinków serii, natomiast Barry napisał muzykę do 11 części, w tym temat przewodni, który od pierwszego filmu obecny jest we wszystkich częściach.

"Święty" i inni

Płynęły lata, ale popularność filmu nie malała. Na kolejne części widzowie oczekiwali z niecierpliwością i tłumnie zapełniali sale kinowe. Mówiło się wówczas, że producenci podjęli niezłomną decyzję realizowania filmów z Bondem "w nieskończoność", a przynajmniej dopóty, dopóki publiczność będzie chciała je oglądać. Sean Connery był jednak już zmęczony Bondem i zapowiedział, że film z 1971 roku "Diamenty są wieczne" będzie jego ostatnim w tej roli. Aktor w międzyczasie zagrał kilka znaczących ról w innych filmach, na "bondach" nieźle zarobił (za rolę w "Dr No" dostał 20 tys. funtów, a za kreację w "Diamentach..." już 1 mln 250 tys. dolarów, co było rekordowym na owe czasy honorarium i trafiło do księgi Guinessa) i postanowił się wycofać. Nie całkiem jednak, bo po dwunastu latach przerwy powrócił jednorazowo jako Bond w filmie nie zaliczonym do serii - "Nigdy nie mów nigdy".

Producenci rozpoczęli poszukiwania kogoś, kto w godny sposób zastąpiłby Connery'ego i ich wybór padł na australijskiego aktora i modela George'a Lazenby. Jego gra niektórym się podobała, ale tzw. szeroka publiczność nie zaakceptowała nowego Bonda i film "W tajnej służbie Jej królewskiej Mości" nie odniósł takiego sukcesu jak poprzednie. Krytycy są zdania, że być może była w tym wina scenariusza, które trochę odbiegał od pozostałych "bondów" W filmie Bond zakochał się, a jego wybranka została zamordowana zaraz po ślubie. Widzowie oczekiwali na lekką rozrywkę, a tymczasem w części zaserwowano im dramat.

W kolejnej części przygód superagenta - "Żyj i pozwól umrzeć" (1973) - zagrał Roger Moore, który sławę zyskał jako telewizyjny "Święty". Producenci Bonda, Broccoli i Saltzman, chcieli ponoć, aby Moore zagrał już w "Dr No", ale wtedy miał podpisany kontrakt na 126 odcinków "Świętego", natomiast przed "W tajnej służbie Jej królewskiej Mości", zajęty był serialem "Detektywi z wyższych sfer" ("Het Persuaders"), który również reżyserował. Wieść niesie, że do filmu "W tajnej służbie..." przymierzany był również późniejszy Bond - Timothy Dalton, ale odmówił, twierdząc, że jest za młody.

Roger Moore wcielał się w rolę Bonda aż osiem razy, początkowo podnosiły się głosy, że "Święty" niezbyt nadaje się na agenta 007, ale szybko zyskał uznanie, przede wszystkim pań. Przystojny aktor ze zniewalającym damy uśmiechem miał przez cały czas pracy nad kolejnymi "bondami" spory dystans do granej postaci, traktował ją z przymrużeniem oka i sprawił, że James Bond przestał być odbierany poważnie, a stał się trochę supermanem dla dorosłych, wyjętym z komiksu. To właśnie za "kadencji" Moore'a zaczęły pojawiać się w filmie najbardziej wymyślne szpiegowskie gadżety i techniczne nowinki, których nagromadzenie zaczęło budzić u widzów przesyt. Roger Moore jako Bond pokazał się po raz ostatni w filmie "Zabójczy widok" (1985). Aktor miał wówczas 58 lat, co było widać, gdy akcja na ekranie wymagała większego wysiłku fizycznego, więc pora na rezygnację z roli agenta 007 była najwyższa.

Z wspomnianego olbrzymiego nasycenia gadżetami zrezygnowano częściowo w pierwszym filmie z nowym Bondem - Timothy Daltonem, który to film nosił tytuł "W obliczu śmierci" (1987). Pojawiło się natomiast więcej polityki. Trwała wojna w Afganistanie i tam właśnie trafił Bond, wraz z czechosłowacką wiolonczelistką, która wcześniej związana była z pewnym generałem KGB. Jak pisali krytycy, Dalton jako Bond jest poważny, bardziej w typie Seana Connery niż Rogera Moore'a. W 

"Licencji na zabijanie" (1989) Bond po raz pierwszy działa jako prywatny człowiek: chęć zemsty przedkłada ponad służbę.

O Pierce Brosnanie, przedostatnim odtwórcy roli Jamesa Bonda, mówi się, że wprowadził agenta 007 w XXI wiek i "bondomania" odżyła na nowo. Nic zresztą dziwnego, bo na kolejne filmy z jego udziałem wyłożono grube miliony dolarów, olbrzymie kwoty wydatkowano również na promocję. W wywiadach Brosnan przyznaje, że wzorem dla niego jest Connery, ale sporo wziął również od Moore'a. Producent filmu Michael G. Wilson stwierdził: "Żeby pisać scenariusz o Bondzie, trzeba Bonda mieć przed oczyma. Kluczowy stał się wybór aktora. Pierce Brosnan był idealny. Po pierwsze - jest dobrym aktorem. Po drugie - ma wdzięk i poczucie humoru, po trzecie - dobrze wypada w sekwencjach akcji. No i wygląda na człowieka wyrafinowanego i doświadczonego, a Bond jest przecież agentem-weteranem." Brosnan zagrał w czterech "bondach" (ostatni to "Śmierć nadejdzie jutro" z roku 2002) i mówi, że wystarczy: "To koniec. Nie mam już nic więcej do zaoferowania w tej roli" - stwierdził w jednym wywiadów.

Bondospory

Kolejny "bond" pojawić się miał na ekranach w listopadzie 2005 roku, ale premiera opóźniona została o rok. Zanim jednak rozpoczęto prace nad filmem przez cały niemalże świat przetoczył się spór oto, kto

powinien został kolejny odtwórcą roli najsłynniejszego agenta Jej Królewskiej Mości. Kandydatem na nowego 007 był 26-letni australijski aktor Heath Leder, gdyby więc wcielił się w postać Jamesa Bonda, byłby najmłodszym ze wszystkim dotychczasowych odtwórców tej roli. W kilku internetowych serwisach filmowych pojawiły się informacje jakoby do roli superagenta przymierzany był 27-letni Orlando Bloom, znany ostatnio lepiej jako Legolas z trylogii "Władca pierścieni".

Pojawiały się też często nazwiska kolejnych Australijczyków: Hugh Jackmana i Juliana McMahona, niektórzy widzieli w tej roli wokalistę Robbie'ego Williama, irlandzkiego aktora Colina Farrella, pojawiło się też nazwisko Moore, a chodziło o syna Rogera Moore'a, Geoffrey'a. A może James Bond powinien być czarnoskóry? Do tej opinii przychylali się ci, którzy typowali na agenta 007 rapera P. Diddy. Z bardziej szokujących typów należy wymienić jeszcze piłkarza Dawida Beckhama. Do tej kolekcji należy jeszcze dołączyć takie nazwiska jak: Colin Farrell, Hugh Jackman, Clive Owen i Jude Law.

Wszystkich pogodził Daniel Craig. Producentka Barbara Broccoli zapewniała, że Daniel Craig od początku był kandydatem numer 1 do roli Jamesa Bonda w nowym "Casino Royale". Broccoli twierdzi, że zdecydowała się na obsadzenie Craiga natychmiast po tym, jak postanowiła zakończyć współpracę z Pierce'em Brosnanem.- Te wszystkie doniesienia i spekulacje na temat obsady były bardzo dziwaczne, ponieważ od samego początku byliśmy zdecydowani na Daniela i naszym jedynym problemem było przekonanie go do przyjęcia tej roli. Media spekulowały na temat castingów przez ponad rok, ale Daniel był jedynym aktorem, któremu wysłaliśmy scenariusz - mówiła w jednym z wywiadów producentka.

Gdy oficjalnie poinformowano obsadzeniu roli Jamesa Bonda rozpętała się prawdziwa burza. Aktywność przeciwników Craiga-Bonda była tak duża, że ponoć producenci poważnie zastanawiali się nad zmianą. Do zmiany aktora jednak nie doszło, a czy Craig w roli Bonda się sprawdza, możemy się przekonać osobiście w kinach.

Ireneusz Kutrzuba

MWMedia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje