Reklama

Reklama

​Najlepsze i najgorsze momenty oscarowej gali

Za nami 88. ceremonia rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej. Gala obfitowała w momenty zabawne i podniosłe, spodziewane i zaskakujące. Chociaż kilka rzeczy nie wypaliło, w historii zapisze się ona zapewne jako jedna z bardziej udanych w ostatnich latach. Oto najlepsze i najgorsze momenty tegorocznej uroczystości.

Gdy wybuchł skandal "białych Oscarów", związany z brakiem nominacji dla czarnoskórych aktorów, było wiadomo, że prowadzący galę komik Chris Rock odniesie się do niego w mniejszym lub większym stopniu. Nikt nie spodziewał się jednak, że poświęci on problemowi cały otwierający monolog, naśmiewając się z obu stron konfliktu. "Dlaczego bojkotujemy te Oscary? To 88 ceremonia, co znaczy, że tak zwane 'nieczarne Oscary' miały miejsce jakieś 71 razy" - mówił Rock. "Czarni nie protestowali w latach 60., bo wtedy mieliśmy prawdziwe problemy. Byliśmy zbyt zajęci byciem gwałconymi lub linczowanymi, by obchodziło nas to, kto dostał Oscara za zdjęcia. Kiedy babcia została powieszona na drzewie, trudno przejmować się najlepszym dokumentem krótkometrażowym". "Na tegorocznych Oscarach parę rzeczy będzie zupełnie innych. Sekcja 'In Memoriam' (upamiętniająca zmarłych ludzi filmu - przyp. red.) będzie poświęcona czarnym zastrzelonym przez policję w drodze do kina" - żartował dalej Rock, doprowadzając zgromadzonych na gali do wybuchów niepohamowanego śmiechu. Odważny monolog komika został szybko skrytykowany w Internecie. Wielu komentatorów nie szczędziło mu jednak pochwał.

Reklama

Przyznające kolejne nagrody gwiazdy dzielnie dotrzymywały kroku Rockowi. Ryan Gosling i Russell Crowe, którzy w maju zagoszczą w kinach w komedii sensacyjnej "Równi goście", przekomarzali się o ilość otrzymanych przez siebie Oscarów. Z kolei Louis C.K., który prezentował nagrodę dla dokumentu krótkometrażowego, poświęcił chwilę na analizę sytuacji finansowej ich twórców: "Dokument krótkometrażowy? Nie zarobisz na tym złamanego grosza. Ci ludzie przez całe swoje życie nie będą bogaci. Ci ludzie będą mieli tylko tego Oscara, a potem wrócą do domu Hondą Civic".

Dziewięcioletni Jacob Tremblay, który stworzył niezapomniany duet z Brie Larson w "Pokoju", był jedną z gwiazd ceremonii. Wystarczyło kilka krótkich ujęć - gdy cieszył się z wygranej starszej koleżanki z planu lub przybijał z nią piątkę po prezentacji filmu, by ujął wszystkich widzów. Dziecięcy gwiazdor skradł nawet najtwardsze serca zwłaszcza w momencie, gdy w krótkim skeczu na scenie pojawili się bohaterowie "Gwiezdnych wojen": roboty C3PO, R2-D2 i BB-8. Dziecięcy entuzjazm Tremblay'a na widok bohaterów popularnej serii był szczery i ujmujący.

Na kilka minut show ukradł Sacha Baron Cohen, który pojawił się na scenie jako Ali G., brytyjski raper i gangster, którego wykreował na początku swej kariery. W swym wystąpieniu odniósł się on do problemu "białych Oscarów". "Wiem, co sobie myślicie. Kolejny typowy czarny prezenter" - zaczął swój skecz. - "Jak to możliwe, że nie ma nominacji dla ciężko pracujących, małych żółtych ludzików? Z ich małymi przyrodzeniami? No wiecie, Minionków". "Jestem tu, by reprezentować wszystkich pominiętych. Willa Smitha. Idrisa Elbę. I oczywiście niesamowitego czarnego gościa z 'Gwiezdnych wojen' - Dartha Vadera. (...) A teraz obejrzyjcie sobie film o pokoju pełnym białych" - mówił Cohen, zapowiadając prezentację "Pokoju" Lenny'ego Abrahamsona.

Jednym z najbardziej emocjonujących momentów tegorocznej gali było wykonanie przez Lady Gagę nominowanej do Oscara piosenki "Til It Happens to You" z dokumentu "Pole walki", opowiadającego o fali gwałtów dokonywanych na amerykańskich kampusach. Zapowiedział ją wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden. "Zmieńmy kulturę. Możemy i musimy to zrobić" - mówił. - "Żeby żadna wykorzystana kobieta i żaden wykorzystany mężczyzna, jak ci, których dziś zobaczycie, nigdy więcej nie zadawali sobie pytania 'Czym zawiniłam?'".

Wieloletnie starania DiCaprio o statuetkę i kolejne nominacje zaowocowały niezliczoną ilością prześmiewczych memów, a ostatnio także prostą grą komputerową, w której aktor musi m.in. wyprzedzić pozostałych nominowanych oraz przeskakiwać nad Lady Gagą i... górami lodowymi, by zdobyć Oscara. Sytuacji nie uspokajały nawet komentarze samego gwiazdora, który zapewniał, że nagrody nie mają dla niego większego znaczenia. DiCaprio od początku tegorocznego oscarowego wyścigu uchodził za faworyta. Gdy Julianne Moore wyczytała jego imię i wręczyła mu złotą statuetkę, cała sala zgotowała aktorowi owację na stojąco. DiCaprio podziękował twórcom "Zjawy" oraz innym artystom, których spotkał na swojej drodze, przede wszystkim Martinowi Scorsese. Ostatnią część swej przemowy gwiazdor poświecił problemowi globalnego ocieplenia. "Musimy wspierać światowych przywódców, którzy nie stoją za wielkimi zanieczyszczeniami, a za ludzkością (...) Dla dzieci naszych dzieci i dla ludzi, których głos nie przebił się przez politykę chciwości" - przekonywał DiCaprio.

Tegoroczny wyścig oscarowy uchodził za jeden z najmniej przewidywalnych w historii. Nic więc dziwnego, że kolejne nagrody okazywały się sporymi niespodziankami. Wpierw "Mad Max: Na drodze gniewu" wygrał w większości kategorii technicznych, później "Ex Machina" pokonała jego, "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" i "Zjawę" w wyścigu po statuetkę za efekty specjalne. Chwilę potem Mark Rylance został obwołany najlepszym aktorem drugoplanowym - zamiast, będącego faworytem, Sylvestra Stallone'a. Gdy "Zjawa" otrzymała Oscary za zdjęcia, aktora pierwszoplanowego i reżyserię, wydawało się, że najważniejsze wyróżnienie jest tylko formalnością. Tymczasem przyznający je Morgan Freeman po otwarciu koperty z wynikami przeczytał inny tytuł: "Spotlight". Skromny dramat o dziennikarskim śledztwie w sprawie afery pedofilskiej w kościele katolickim stał się tym samym pierwszym filmem od czasu "Rebeki" Alfreda Hitchcocka z 1940 roku, który oprócz Oscara za produkcję roku otrzymał jeszcze tylko jedną statuetkę (za scenariusz oryginalny).

Jak co roku w trakcie ceremonii pokazano montaż zdjęć upamiętniający zmarłych w ciągu ostatniego roku ludzi kina. Oddano hołd między innymi Christopherowi Lee, Leonardowi Nimoy'owi, Chantal Akerman i Alanowi Rickmanowi. Niestety zabrakło niektórych zasłużonych dla kinematografii twórców. W oscarowym "In Memoriam" nie znalazł się aktor charakterystyczny Abe Vigoda, znany przede wszystkim z roli w "Ojcu chrzestnym". Pominięto także reżysera francuskiej "nowej fali" Jacquesa Rivette'a i Gunnara Hansona, który w oryginalnej "Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną" wcielił się w psychopatycznego Leatherface'a.

Tradycyjnie podczas oscarowej gali zaśpiewano nominowane piosenki. W tym roku jednak o występ poproszono tylko trójkę z piątki nominowanych. Pominięto "Simple Song #3" z "Młodości" oraz "Manta Ray" z dokumentu "Ginący świat". Wedle piosenkarki Anohni autorki słów do "Manta Ray", Akademia nawet się z nią nie skontaktowała. Najprawdopodobniej decyzja ta podyktowana była ograniczeniami czasowymi, niemniej pozostawiła ona spory niesmak.

W 2013 roku w kategorii najlepsza piosenka triumfowała Adele i jej utwór promujący "Skyfall", 23. film o przygodach Jamesa Bonda. Jej sukces powtórzył Sam Smith, który na rzecz 24. części przygód agenta 007 pod tytułem "Spectre" zrealizował "Writing's On The Wall". Problem tkwi w tym, że piosenka uchodzi za jedną z najgorszych w całej serii. Nie pomogło zaśpiewanie jej przez Sama Smitha w trakcie ceremonii, gdyż Lady Gaga z "Til It Happens to You" wzbudziła o wiele więcej emocji.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Oscary 2016

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje