Reklama

Moc ukryta w bezruchu

Jako aktor, John Hawkes może powiedzieć o sobie, że jego kariera nabiera tempa godnego gwiazdy rocka. Ale jako piosenkarz i kompozytor (to jego druga pasja) deklaruje, że nie chce błyszczeć na estradzie.

- Aktorstwo i muzyka są jak noc i dzień - mówi. - Kocham tworzyć muzykę, ale nigdy nie traktowałem jej jako ewentualnej ścieżki kariery. Wydaje mi się, że pod wieloma względami muzykom trudniej jest zarobić na życie. Chyba nawet aktorzy mają łatwiej. Gdybym był członkiem zespołu związanego z jakąś wielką wytwórnią i mógł jeździć w trasy, ni rezygnując jednocześnie z aktorstwa, byłbym szczęśliwy.

Reklama

- Lubię tworzyć - dodaje. - Podoba mi się to, że jestem częścią tego cyrku, do którego należymy my, artyści. To świat, który rządzi się własnymi prawami.

Kilka rzeczy już "zaliczył"

53-letni Hawkes "zaliczył" w swoim życiu kilka zespołów, ale prawdziwy sukces odniósł jako aktor. Po ponad 25 latach zbierania szlifów na planie zarówno wysokobudżetowych, jak i niekomercyjnych produkcji, w których grywał niewielkie drugoplanowe role, jego kariera gwałtownie przyspieszyła. Szerokiemu gronu odbiorców stał się znany dzięki udziałowi w dwóch świetnie przyjętych niezależnych filmach: "Do szpiku kości" (2010) i "Martha Marcy May Marlene" (2011). Za rolę uzależnionego od metaamfetaminy Teardropa w tym pierwszym był zresztą nominowany do Oscara w kategorii najlepsza drugoplanowa rola męska.

Co znamienne, przed kamerą zdarza mu się czerpać z muzycznych doświadczeń. W "Martha Marcy May Marlene" zaprezentował widzom próbkę swoich umiejętności wokalnych. Z kolei na ścieżce dźwiękowej "Do szpiku kości" znalazła się nagrana przez niego piosenka.

Z Johnem Hawkesem umówiłem się w jednym z hoteli na Manhattanie. Aktor, który na spotkanie przyszedł w eleganckim czarnym garniturze, zwierzył mi się między innymi z tego, że muzyka jest dla niego pod wieloma względami tą bardziej kreatywną dziedziną.

- Zająłem się komponowaniem między innymi dlatego, że - jako aktor - wypowiadam słowa innych ludzi - wyjaśnia swoim cichym, spokojnym głosem. - Owszem, jeśli są to świetnie napisane kwestie, to jest to wielka przyjemność. Ale równie dużą radość daje mi wyrażanie moich własnych przemyśleń.

Hawkes nie przyjechał jednak do Nowego Jorku, by rozmawiać o muzyce, ale by promować swój najnowszy film, "Sesje". To kolejny niezależny obraz, który - dzięki komplementom, jakimi na różnych festiwalach obsypali go krytycy i widzowie - zyskał pierwszoligowego dystrybutora, a mianowicie Fox Searchlight Pictures. Tym sposobem zobaczą go kinomani na całym świecie.

Sesje" to oparta na faktach historia Marka O'Briena (w tej roli Hawkes), który na skutek przebytego w dzieciństwie polio jest sparaliżowany od szyi w dół. Mimo że większą część życia spędza w specjalnym respiratorze zwanym żelaznym płucem, mężczyzna nie rezygnuje z walki o jakość swojej egzystencji: ukończył studia, a na życie zarabia piórem, pisząc wiersze i reportaże.

38-letni Mark boi się jednak, że... umrze jako prawiczek. By temu zapobiec, zwraca się do terapeutki, która zahamowania seksualne leczy w praktyce. I tak na scenę wkracza emanująca ciepłem, nieustraszona Cheryl (Helen Hunt), żona i matka, która w trakcie tytułowych sesji będzie starała się pomóc Markowi w spełnieniu jego marzenia.

Bez zbędnego sentymentalizmu

W "Sesjach" urzeka szczególnie to, że jest to historia, która porusza i przemawia do widza, nie siląc się na sentymentalizm. Jak podkreśla Hawkes, jest to zasługą Bena Lewina, reżysera i scenarzysty w jednej osobie, który jako dziecko sam przeszedł polio.

- Na początku sytuacja głównego bohatera uderza nas jako tragiczna - mówi aktor. - W takich okolicznościach najlepszą taktyką jest tak poprowadzić narrację, by rzucić temu wyzwanie. Wystarczyło, że przeczytałem scenariusz i spotkałem się z Benem, a już wiedziałem, że to może się udać. Sam scenariusz był bardzo zabawny, a dla mnie było jasne, że Ben nie chce ogrywać tematu w sposób sentymentalny.

- Jeśli chodzi o postać Marka, to skupiłem się na tym, żeby zwalczyć w sobie współczucie dla mojego bohatera. Kwestia ta rozstrzygała się jeszcze na etapie naszych wstępnych rozmów, kiedy nie było wiadomo, czy dostanę tę rolę. Zarówno ja, jak i Ben chcieliśmy sprawdzić, czy nadajemy się do tego, by razem pracować. Ben powiedział mi, że Mark nie powinien być przedstawiony ani jako ofiara, ani jako święty; że czasami może nawet sprawiać wrażenie poczciwego idioty. Wydało mi się to interesujące.

- To była świetnie dopracowana rola. Nie bez znaczenia była też ogromna dawka humoru. Oto, jak można poradzić sobie ze zbędnym sentymentalizmem: trzeba opowiedzieć daną historię w sposób szczery, nie manipulując widzem. I szukać humoru wszędzie, gdzie tylko się da.


Hawkes, którego niedługo zobaczymy na ekranie w "Lincolnie" Spielberga (gra tam jedną z drugoplanowanych ról), zaznacza, że wcielenie się w Marka O'Briena wiązało się z dużymi wyzwaniami natury fizycznej, mimo iż w grę nie wchodziły żadne gesty czy ruchy. Największa trudność polegała na przedstawieniu niepełnosprawności mężczyzny w sposób wiarygodny, tak, by jego bliscy i przyjaciele rozpoznali w grze aktorskiej prawdziwego Marka.

- Kiedy grasz bohatera mającego pierwowzór w tak zwanym prawdziwym życiu, poczucie odpowiedzialności za efekt końcowy ciąży ci jeszcze bardziej. Ciało Marka było przeraźliwie powykręcane. Scenariusz wspomina również o potwornej deformacji jego kręgosłupa; o tym, że poniżej szyi nie miał absolutnie żadnego czucia w ciele. Aktor musi znaleźć sposób, by odtworzyć takie okoliczności - i poniekąd złożyć hołd swojemu bohaterowi.

- Wpadłem na pomysł, żeby podłożyć sobie pod lewy bok kawał pianki wielkości futbolówki. Ekipa przymocowała ją do mojego ciała za pomocą szerokiej taśmy klejącej Nie rozstawałem się z tym rekwizytem przez cały czas trwania zdjęć. Pomogły mi też informacje zawarte w autobiografii Marka, który w szczegółowy sposób opisał, w jaki sposób funkcjonowało jego ciało. Obejrzałem też krótki dokument o jego życiu, zatytułowany "Breathing Lessons" ("Lekcje oddychania" - red.). Patrzyłem na Marka i słuchałem tego, co mówi; poznawałem jego poczucie humoru i jego stosunek do sytuacji, w jakiej się znalazł. Bez tego praca nad rolą przebiegałaby zupełnie inaczej. Ten film dał mi konkret, który mogłem potraktować jako punkt odniesienia.

Rzeczowa nagość

Helen Hunt w roli terapeutki pojawia się nago niemal w każdej scenie. Dodatkowo nagość tę traktuje w sposób bardzo rzeczowy. Hawkes zaznacza, że on i jego partnerka bardzo troszczyli się o siebie przez cały czas realizacji zdjęć.

- To było nasze pierwsze spotkanie. Wcześniej nie mieliśmy okazji się poznać. Na szczęście Ben dał nam ten komfort, że mogliśmy kręcić sceny w porządku chronologicznym. Dzięki temu więź między nami pogłębiała się w sposób naturalny.

- Większość z tego, co widz ogląda w pierwszej scenie sesji z terapeutką, to materiał zarejestrowany praktycznie bez prób. Tak, czuliśmy zakłopotanie i dyskomfort. Tak, była to dla nas sytuacja dziwna, trudna do ogarnięcia, zabawna i napięta zarazem. A kino ma to do siebie, że jest w stanie zarejestrować emocje "dziejące się" między aktorami, czasami będące emocjami jedynymi w swoim rodzaju. Jak sądzę, udało nam się uchwycić całkiem sporo takich momentów.

Praca na planie zdjęciowym trwała tylko 22 dni, a Hawkes i Hunt każdego dnia czuli się w swoim towarzystwie coraz bardziej komfortowo.

- Każda scena sesji sprawiała, że dowiadywaliśmy się o sobie czegoś nowego - mówi aktor. - Podobnie zresztą rzecz miała się z naszymi bohaterami. Na koniec okazało się, że czujemy się ze sobą bardzo swobodnie, jak Mark i Cheryl. Podchodziliśmy do siebie z szacunkiem i w ten sposób chroniliśmy się nawzajem. Dzisiaj szafuje się słowami "odważny" i "śmiały" w odniesieniu do gry aktorskiej - ale w przypadku tego, co zrobiła Helen, są one jak najbardziej zasadne.

- A to, że trzeba było się rozebrać "na potrzeby roli"? Ten frazes nigdy chyba nie brzmiał bardziej prawdziwie. Nagość w tym filmie jest ukazana w sposób tak niezwykły i szczery, że nie ma w niej nic brudnego. Nikt nie może powiedzieć, że była nadmiernie eksploatowana. A przy tym wszystkim jest potraktowana niesamowicie plastycznie - co sprawia, że jest normalna i po prostu ludzka.

© 2012 Ian Spelling

Tłum. Katarzyna Kasińska

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

The New York Times

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Nie | aktor | film | Helen Hunt | John Hawkes

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje