Reklama

Michał Bajor: Już się wykochałem

Michał Bajor: Szaleństwa wywietrzały mi z głowy /Piotr Fotek/REPORTER /East News

Gdy stwierdził, że granie w filmach go nuży, kino się na niego obraziło. Na szczęście piosenka jest mu zawsze wierna.

Reklama

Pamięta moment, w którym obiecał sobie, że będzie sławny. Studiował już w Warszawie w szkole teatralnej. Po zajęciach szedł koło Placu Zamkowego, na którym organizowano kiermasz kulinarny. Pani niosąca kiszone ogórki powiedziała na jego widok głośno  i wyraźnie do pana niosącego oscypki: "Patrz, jaki rudy! Na pewno fałszywy".

"W duchu zapowiedziałem, że za dwa lata będzie mówiła: 'Patrz, Michał Bajor idzie'" - wspomina dziś ze śmiechem artysta scenę sprzed 40 lat. Oczywiście, potem wiele się zmieniło i dziś nie lubi słyszeć za plecami: "O, Bajor, Bajor!". Ma ochotę wtedy odwrócić się i powiedzieć: "Wiem, jak się nazywam!".

Reklama

Artystą postanowił być już jako kilkulatek. Nieraz w przedszkolu wychowawczynie obserwowały, jak w czasie leżakowania opowiadał kolegom wymyślane przez siebie bajki. Maluchy zaciskały z emocji piąstki przy ustach tak, że palce im bielały. A jako Wilk w dziecięcym spektaklu skradł show Czerwonemu Kapturkowi, Babci, a nawet Leśniczemu. Był naprawdę przerażający! W nagrodę dostał od ojca cukierki. To było jego pierwsze honorarium.

Rodzice wspierali małego Michała. Jak zresztą mogło być inaczej, skoro ojciec był aktorem (teatru lalkarskiego, ale o ciągotach dramatycznych). A i babcia, i mama (nauczycielka) były wybitnie uzdolnione muzycznie. "Ojciec, aktor teatru lalki, pokazywał mi, co dzieje się w Opolu - opowiada  Michał Bajor. - Zabierał mnie ze sobą do teatru, ale przede wszystkim do amfiteatru, gdzie odbywały się próby festiwali opolskich. Pamiętam jak debiutowali Wojciech Młynarski i Ewa Demarczyk. Oglądałem wszystkie sukcesy Danki Rinn, Anny Jantar i wielu innych naszych koleżanek i kolegów. To wszystko wpływało na psychikę małego chłopca".

Swoje pięć minut na ogólnopolskiej scenie dostał jako nastolatek. W 1973 r. zaśpiewał na festiwalu piosenki radzieckiej w Zielonej Górze, chociaż... w szkole nie był orłem z rosyjskiego. Co prawda nie miał dwój, ale wyciągał ledwo trzy z minusem. Kiedy jednak pojawiła się motywacja, słownictwo się wzbogacało, a akcent poprawiał z dnia na dzień.

"Nie pamiętam, żeby ktokolwiek mnie namawiał do występu na tym festiwalu, zmuszał, albo szantażował - wspominał. - To był taki spęd radości, młodości... Może gdzieś na górze działy się jakieś rozgrywki. Ale my? Myśmy chcieli zaistnieć dzięki festiwalowi". Michał Bajor mówi, że długo mógłby wyliczać nazwiska sław polskiej estrady, które gościły w Zielonej Górze, dostawały nagrody, zaczynały kariery, a dziś, jak żaba błota, wypierają się związków z piosenką radziecką.

Jemu piosenka o Siemionownej, która tańczyła najlepiej na całej Rusi, przyniosła szczęście. Żartuje, że pewnie będzie to ostatni utwór, jaki zanuci w życiu. "W trakcie festiwalu kończyłem 16 lat i był strach, czy mnie nie zdyskwalifikują, bo byłem za młody - przyznaje. - Po drugie: przyjazd ze mną mamy. Z jednej strony się cieszyłem, że była, a z drugiej denerwowałem się, bo przecież wszyscy byli bez mam. Byłem najmłodszy, a reszta jakieś winko, papieros... Kwitło życie, wszystkim się wydawało, że ho, ho, ho: wielki artysta i dorosły, i samodzielny... A mama mnie pilnowała".

"Siemionowna" porwała widownię i zachwyciła jurorów, tak że gdy trzy lata później Michał Bajor zdawał do szkoły aktorskiej, prof. Aleksander Bardini doskonale pamiętał jego występ. I nie było żadnej dyskusji, czy przyjąć tego kandydata! Na festiwalu w nagrodę dostał kamerę filmową, którą sprzedał, żeby pojechać z rodzicami i bratem na wczasy do Kołobrzegu, a stamtąd na zakupy do NRD. A ocena z rosyjskiego skoczyła  z trójki na czwórkę, co zdenerwowało kolegów. Protestujących szybko poskromiła nauczycielka. Powiedziała, że każdy, kto wygra festiwal piosenki radzieckiej, będzie miał co najmniej czwórkę.

Agnieszka Holland zaprosiła zdolnego nastolatka na zdjęcia próbne do swojego filmu "Wieczór u Abdona", w którym zagrał  u boku Beaty Tyszkiewicz.

"Nie mogłem przypuszczać wcześniej, kiedy zbierałem jej zdjęcia i wklejałem do albumu, że zagram... kochanka tej wielkiej gwiazdy!  - wspominał. - To było ogromne przeżycie. Było między nami dwadzieścia lat różnicy. Przyniosłem na plan ten album i pokazałem go jej. To przełamało lody. Była muzą westchnień chłopaków w moim wieku".

Został również zaproszony na festiwal w Sopocie. Po występie w Operze Leśnej dostał propozycję kontraktu we Włoszech. Wtedy rodzice powiedzieli: stop! Kariera tak, ale najpierw matura!

Po studiach stanął na rozstajnych drogach. Krytycy mówili, że jest wielką nadzieją polskiego teatru, co potwierdzały liczne nagrody. Tylko w 1980 r. na ekrany weszły cztery filmy z jego udziałem. Nie chciał też rezygnować  z piosenki. Zaczęli pisać dla niego teksty i komponować najwybitniejsi twórcy.

Przez 10 lat godził występy na estradzie z filmami, ale po roli w "Alchemiku" Jacka Koprowicza powiedział, że jest zmęczony kinem, że się powtarza i chce sobie odpocząć. Chyba w złą godzinę... "Kino powiedziało mi: To sobie odpocznij, my ciebie nie chcemy. Dostałem karę" - przyznaje. O kolejną rolę po latach przerwy, cesarza Nerona w ekranizacji "Quo vadis", musiał więc sam zabiegać. Napisał list do Jerzego Kawalerowicza. Twierdził, że po dziesięciu latach nagrywania płyt i śpiewania czuje w sobie ogromną energię do powrotu do kina i może ona wybuchnąć tylko w tej roli. Przekonał reżysera.

Chociaż film nie sprostał rozbudzonym nadziejom, to rola Nerona jest znakomita. Cesarz, uważający, że jest wielkim artystą, mającym prawo do każdego szaleństwa i zbrodni, przeraża, śmieszy, a czasami budzi... współczucie. Aktor jest z niej zadowolony, chociaż nie kryje, że chyba Neron odstraszył od niego reżyserów, bo próżno czeka na kolejne propozycje.  

Czasu jednak nie traci. Co dwa lata nagrywa nową płytę w swoim ulubionym gatunku "literackiego popu". Przez siedem miesięcy w roku intensywnie koncertuje dla wiernej publiczności, a potem rusza w kolejną podróż.

A co z życiem osobistym? Jest wzorem dyskrecji. Gdy plotkowano o jego romansie na Florydzie, nie potwierdzał i nie zaprzeczał. Zapytany wprost kilka lat temu, powiedział: "Już się wykochałem. Jestem facetem w mocno średnim wieku. Teraz moją miłością są podróże, przyjaźnie, bliska rodzina, córka brata, rodzice wciąż w dobrej formie, świetna publiczność, płyty, które się sprzedają, nowa wytwórnia, z którą podpisałem kontrakt. Pełne opery, filharmonie i teatry... Szaleństwa mi wywietrzały z głowy".

BP 


Życie na Gorąco Retro

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Michał Bajor

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje