Reklama

"Matrixowa" paranoja

Thomas Pynchon - flagowy pisarz postmodernizmu, nie pisze scenariuszy, ale gra w "Simpsonach", jego książki nie są ekranizowane, ale wpływają na kino, telewizję i całą popkulturę z siłą magnum 44. Na rynek, nakładem Wydawnictwa Literackiego, wraca najprzystępniejsza z jego powieści - "49 idzie pod młotek". Clint Eastwood, trzymając tę książkę w ręku, może spytać: "Do I feel lucky? Well, do ya, punk?".

Pewnego letniego popołudnia główna bohaterka powieści Edypa Mass dowiedziała się, że została wyznaczona na wykonawczynię testamentu swojego byłego kochanka - niebotycznie zamożnego Pierce'a Inverarity'ego. To, co dla takiej kury domowej jak Edypa mogło wydawać się z początku, w najlepszym razie, pomyłką, a w najgorszym - czasochłonnym i niechcianym obowiązkiem, okaże się już po kilkunastu stronach wstępem do najbardziej niepokojącej przygody jej życia, balansującej pomiędzy galopującą paranoją a historyczno-politycznym odkryciem stulecia.

Reklama

Wyjazd tej bywalczyni Balów Pań Domu ze spokojnego, małego Kinneret do pustynnego, pozbawionego wyrazu San Narciso, wprawia w szaleńcze obroty koło ruletki zdarzeń. Ruletki, której każde pole stanowi kolejny ślad, dowodzący istnienia podziemnej, tajnej poczty Trystero - organizacji, której korzenie sięgają do czasów tworzenia się europejskiego monopolu pocztowego rodziny Thurn und Taxis. Błądząc po San Narciso, "nie tyle mieście, co nagromadzeniu pojęć architektonicznych", Edypa poznaje powoli historię wiecznej wojny pomiędzy dwiema frakcjami pocztowców, odkrywając także (często dziwnym zbiegiem okoliczności) kolejne poszlaki świadczące o działalności Trystero w Stanach Zjednoczonych. W powietrzu unosić się zaczyna silny zapaszek paranoicznych zwidów i, tak dobrze znany miłośnikom "Z Archiwum X", odorek teorii spiskowych.

Jak w "Imieniu róży"

Pynchon mota wciąż nakładające się na siebie tropy, po których Edypa, a wraz z nią czytelnik, ruchem gramofonowej igły bez tchu pędzi wciąż w spiralnym rowku narracji - wydawałoby się, że w kółko, lecz przecież do celu, jakim jest odegranie całego utworu. Jednak mimo że "49 idzie pod młotek" formalnie bliskie jest kryminałowi, to rozwiązanie zagadki, podobnie jak w przypadku "Imienia róży" Umberta Eco, nie jest najważniejszym celem autora. Prędzej można się go doszukiwać w obserwacji bohaterów pozostawionych samym sobie wobec labiryntu namnażających się znaków, przerażonych migotliwą wizją tego, co mogą odkryć, gdyby ułożyli te znaki w porządku.

Zarówno Edypa, jak i odbiorca tekstu, zostają wciągnięci w swoistą grę pozorów - orzeł czy reszka? - jesteś wariatką, Edypo? - czy też wszechotaczający cię spisek to prawda? A co, jeśli moneta spadnie i stanie na kancie? To pytanie także nie pozostanie bez odpowiedzi.

Jacques Derrida zacierałby ręce

Co więcej, lektura "49 idzie pod młotek" to rozgrywka z podwójnym dnem. Autor mnoży miraże znaczeń, wprowadzając czytelnika coraz głębiej pomiędzy chłodne, milczące wydmy, które mogą pod zwałami literowego piasku kryć tropy wiodące do oazy zrozumienia. Ale wcale nie jest powiedziane, że właśnie tak jest.

Zabawa zaczyna się już od pierwszej linijki: czy imię i nazwisko Edypy Mass tworzy konstrukt znaczeniowy, zbudowany na fundamencie mitologicznej walki z fatum i katolickiej mszy? Albo też "mszy edypalnej", wiec świętokradczej? Inna sprawa, że słowo "mass" to także bawarska miara objętości piwa. A San Narciso - główny węzeł fabularny powieści? Czy to znów kpina z katolickich świętych i ich egoistycznego męczeństwa, obraz samouwielbienia Pierce'a Inverarity'ego, czy miasto-lustro, gdzie ludzie i wydarzenia są tylko odbiciem podświadomości tego, kto na nie patrzy? "49 idzie pod młotek" jest naszpikowana takimi odwołaniami i zgadywankami - w praktyce każda nazwa własna występująca w tekście ma znaczenie wychodzące poza własny desygnat.

Jacques Derrida zacierałby ręce z cwaniackim uśmieszkiem, widząc ten doskonały przykład powieści-maszyny, która sama zmusza czytelnika do tworzenia znaczeń wedle posiadanych kompetencji.

"Ś.M.I.E.T.N.I.K."

Taki zabieg generowania "treściowych naddatków" wykorzystali bracia Wachowscy w trylogii "Matrixa" , z tym odstępstwem jedynie, że w ich przypadku posłużył on bardziej jako katalizator dyskusji na forach internetowych. Pozwoliło to zaludniającym je trzynastolatkom poczuć się elitą hermeneutyki, dekodującą banał "Matrixów" na poziomie informacji zawartych w Wikipedii. Zapewne warto tu wspomnieć, że również powieści Pynchona, z osławioną "Tęczą grawitacji" na czele, były postrzegane w ten sam sposób przez krytyków określających je jako "bełkot". Autora "49 idzie pod młotek", gdziekolwiek jest, zapewne to bawi, Derrida po raz wtóry zaciera ręce, obiektywizm literackich recenzji (z tą włącznie) wyjechał tymczasem na długie wakacje?

Pynchonowska proza jest "gęsta, jakby siląca się na odwleczenie katastrofy" - pisał Rafał Księżyk w "Antenie Krzyku" na okoliczność recenzowania "Tęczy Grawitacji" - to trzeba przyznać, ale w przypadku "49 idzie pod młotek" ta gęstość nie odwleka niczego, raczej osacza atmosferą ciągłej obecności podziemnego świata. Wtajemniczeni porozumiewają się ze sobą jawnie, ale za pomocą znaków, które postronni interpretują jako naturalne, codzienne gesty. Trąbki pocztowe rysowane wśród świńskich wierszyków w szaletach, przypadkowy dwuwiersz wkradający się w tekst sztuki teatralnej, falsyfikaty znaczków pocztowych, czy w końcu pojemnik z napisem "Ś.M.I.E.T.N.I.K.", który nie śmieci zawiera, lecz listy i obietnicę: "Świta Milczące Imperium Epoki Trystero Nieme i Karne" (ang. W.A.S.T.E. - We Await Silent Tristero's Empire" - czyniąc do tego łobuzerskie nawiązanie zespół Radiohead nazwał właśnie tak swój sklep internetowy), wszystko to wskazuje na złowrogą obecność tajnej poczty Trystero.

Pisarz-widmo

Czym może jeszcze być Trystero, poza tym czym wydaje się być w powieści? W pewnym stopniu, na pewno dowcipem Pynchona o samym sobie. W końcu ten autor ma wszelkie predyspozycje, by być tym dla czytającego Amerykanina, czym Stanisław Lem był dla Philipa Dicka w okresie natężonej paranoi tego ostatniego. Tak jak autor "Blade Runnera" zwidywał sobie autora "Solaris" jako grupę literacką stworzoną pod skrzydłami KGB, tak autor "49 idzie pod młotek" może być postrzegany jako fantazmat literacki, pisarz-widmo.

Pynchon, tak samo jak kurierzy Trystero, zszedł do podziemia zaraz po rozpoczęciu kariery literata. Nikt nie wie, jak wygląda, nikt nie wie, gdzie mieszka - sprzyja to tworzeniu się wszelkiego rodzaju apokryficznych relacji i kosmicznych domysłów, tak bliskich prozie samego zainteresowanego. Przez pewien czas sądzono nawet, że jest to J. D. Salinger w przebraniu - jak informował magazyn "Soho Weekly News". Jules Siegel, który rozmawiał z Pynchonem w czasie wywiadu dla "Playboya" w 1977 roku, twierdził natomiast, że pisarz się ukrywa, bo wstydzi się swoich krzywych zębów. Na pewno nie brakuje też zwolenników teorii, że autor obrazoburczej dla prawomyślnych zwolenników american dream "Tęczy grawitacji", to działająca pod dyktando komunistów grupa 20 malezyjskich ekstremistów pod wodzą mózgu Stanisława Lema w słoiku.

Pynchon i kino

Poza wyczuciem "kreacji scenicznej", jaka powinna towarzyszyć kultowym pisarzom, Pynchon jako autor serwuje swoim czytelnikom prozę dość wymagającą, jest erudytą, równocześnie pozbawionym egzaltacji i pozy. Ponadto posiada rzadką umiejętność wychodzenia obronną ręką z nawet najbardziej karkołomnych metafor. Właśnie "dzięki" temu kino nigdy nie pokochało Pynchona. Mimo że "49 idzie pod młotek" uchodzi za najbardziej przystępną w dorobku pisarza pozycję, nie doczekało się do tej pory przeniesienia na ekrany.

Ekranizacji zgodnej z duchem powieści być może podołałby David Fincher, gdyby dopisywała mu forma z okresu, kiedy tworzył "Grę". Na razie tylko "Tęcza grawitacji" doczekała się w 2002 roku filmowej wersji pt. "Prüfstand VII" w reżyserii Roberta Bramkampa. Film przeszedł jednak bez echa.

Wypada przypomnieć, że od wielu lat chodzą plotki o literackim Noblu dla pisarza. Gdyby zdobył nagrodę (możliwe, że zostałaby przyznana tylko po to, żeby wyciągnąć Pynchona z jego kryjówki - "To ostatnia szansa - jeżeli nie Nobla, to niczego nie odbierze osobiście" - szeptają członkowie kapituły, kto wie?), na hollywoodzką wersję "Tęczy?" czy "49?" nie trzeba by chyba długo czekać. Miejmy nadzieję, że producenci po przeczytaniu streszczenia nie dojdą do wniosku, że historia Edypy podobna jest do poszukiwań kuriozalnych szyfrogramów w "Kodzie Leonarda da Vinci", i w głównej roli kobiecej nie obsadzą Toma Hanksa.

Pynchonowski prezent

Pynchon mimo wszystko ma już za sobą wstęp do romansu z amerykańskim przemysłem filmowym - wystąpił we własnej osobie, czy też raczej jako własny głos w dwóch odcinkach kultowego serialu "Simpsonowie". O ile, oczywiście, był to naprawdę on sam.

Domysły można mnożyć w najlepsze, zarówno co do filmowej przyszłości powieści Pynchona, jego owianego tajemnicą życia osobistego, jak i do ukrytych sensów powieści "49 idzie pod młotek". "Przyszłam tylko po to, żeby wybił mi pan z głowy pewną fantazję" - mówi Edypa do swojego psychiatry doktora Hilariusa. "Trzymaj ją! Cóż innego może być ci dane?" - wykrzyknął lekarz w odpowiedzi. Jeżeli więc w trakcie lektury przeniknie do zewnętrznego świata odrobina paranoi i niezdrowych fantazji, to czytelnik nie powinien odrzucać ich ze wstrętem, ale przyjąć ufnie ten Pynchonowski prezent. I podziękować autorowi, wysyłając życzliwy list lub chociaż pocztówkę. Oczywiście przez Ś.M.I.E.T.N.I.K.

49 idzie pod młotek", Thomas Pynchon, Wydawnictwo Literackie, 2009

Bartosz Stoczkowski

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: powieści | Clint Eastwood | thomas | kino | Pisarz | młotek | paranoja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje