Mark Wahlberg spogląda w oblicze wojny

Kręcenie wojennego filmu to nie to samo, co faktyczny udział w wojnie - ale ani jedno, ani drugie nie jest przysłowiową "bułką z masłem". - Człowiek budzi się rano ze świadomością, że dostanie niezły wycisk - mówi Mark Wahlberg.

Nie chce grzać ławy!

Reklama

Aktora możemy oglądać w nowym wojennym dramacie "Ocalony", opartym na wspomnieniach amerykańskiego komandosa Marcusa Luttrella z czasów jego służby w Afganistanie. - Kaskader, który jako pierwszy zrobił podejście do sceny, w której staczamy się z urwiska, od razu trafił na nosze i do szpitala - wspomina aktor.

- Na planie byli z nami komandosi z Navy SEALs, każdy z nas chciał więc wykazać się, by nie zostać uznanym za mięczaka. Byliśmy niesamowicie zmotywowani. Robiliśmy więc to, co nam kazano, a efektem były guzy i siniaki. Nie było łatwo, ale przynajmniej pod koniec dnia każdy z nas mógł udać się do domu, przytulić żonę i dzieci... Prawdziwym żołnierzom nie jest to dane.

Wahlberg zdradza, że do przyjęcia roli w "Ocalonym" skłoniła go właśnie perspektywa ciężkiej fizycznej przeprawy. - Mam 42 lata. Nie chcę grzać ławy; chcę brać aktywny udział w grze. To nie jest kwestia predyspozycji fizycznych. Wszystko sprowadza się do odporności psychicznej. To ona ma decydujące znaczenie.

- Wiedzieliśmy, że robimy wyjątkowy film; że bierzemy udział w czymś niecodziennym - dodaje. - To nie jest opowieść o wybitnej jednostce, ale hołd złożony wszystkim tym chłopakom, którzy położyli swoje życie na szali.

Wspomnienia Marcusa Luttrella przeniósł na ekran Peter Berg (sam Wahlberg był producentem filmu). Jest to historia feralnej operacji o kryptonimie "Czerwone Skrzydło" z 2005 r., której celem było namierzenie jednego z najważniejszych przywódców afgańskich talibów. Działaniami dowodził Michael Murphy (Taylor Kitsch) mający pod swoją komendą Luttrella (w tej roli Wahlberg), Danny'ego Dietza (Emile Hirsch) i Matthew Axelsona (Ben Foster). Wypadki nie potoczyły się jednak po myśli "Fok". Tragiczny bilans operacji to 19 zabitych komandosów: trzech kompanów Luttrella - tytułowego "ocalonego" - i szesnastu innych, którzy przybyli z pomocą osaczonemu oddziałkowi.

- Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tym pomyśle, przyszła mi do głowy dość samolubna refleksja: "Wow, taka rola to niezła gratka!" - wyznaje Wahlberg. - Dopiero podczas lektury scenariusza zrozumiałem, czego ten film będzie ode mnie wymagać. Całkowicie zmieniłem wówczas swoje nastawienie do tego projektu. Dotarło do mnie, że tu wcale nie chodzi o moją osobę, ani o to, czy podołam tej roli i jakie znaczenie będzie ona miała dla mojej kariery. Liczył się tylko człowiek, w którego miałem się wcielić; prawdziwy Marcus Luttrell.

- Wszyscy na planie czuli, że oddają hołd ludziom, którzy naprawdę tam byli. Jako aktor nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś podobnego podczas pracy nad filmem - dodaje.

Gwiazda "Transformersów"

Początkowo "Ocalony" miał być wysokobudżetowym, nakręconym z ogromnym rozmachem filmem. W miarę postępu prac skala projektu i środki przeznaczone na jego realizację uległy zmniejszeniu - co, jak mówi Wahlberg, paradoksalnie pomogło mu jako producentowi.

- Pierwotne plany zakładały, że nie obejdzie się bez wydania góry pieniędzy, mnóstwa kabli i zdjęć z użyciem blue boxa, ale ostatecznie zrobiliśmy ten film za znacznie mniejsza kwotę. I chyba dzięki temu widz ma wrażenie, że uczestniczy w czymś intymnym i prawdziwym.

Wahlberg nie ma nic przeciwko wysokobudżetowym obrazom i efektom specjalnym (już niebawem zobaczymy go przecież w "Transformers: Wieku zagłady"), ale bardzo zależy mu na tym, aby - obok ról w takich filmach - w jego dorobku pojawiały się również kameralne projekty. W podobny sposób stara się równoważyć liczbę ról komediowych i dramatycznych, a także udział w produkcjach wielkich wytwórni i niezależnych eksperymentach filmowych.

- Szczerze mówiąc, duże gaże związane z udziałem w wysokobudżetowych filmach stresują mnie bardziej, bo jeśli film okaże się klapą, to aktor ma kłopoty. Musi wziąć na siebie ciężar porażki - wyjaśnia.

W "Transformers: Wieku zagłady" Wahlberg wcieli się w Cade'a Yeagera, mechanika, który dokonuje odkrycia o kluczowym znaczeniu dla powrotu Autobotów i Decepticonów na Ziemię.

- To niesamowita historia - opowiada aktor. - Świetne jest również to, że moje dzieci naprawdę cieszą się z tego, że tata gra w "Transformersach". Niektórych filmów z moim udziałem nie pozwalam im oglądać z uwagi na brutalny język lub sceny przemocy. Z "Transformersami" jest inaczej. Dzieciaki kochają te historie. To czysta fantastyka, a w dodatku filmy te niosą ze sobą potężny ładunek emocjonalny. Niemniej ważni w tej historii są zwykli ludzie, tacy jak facet, którego gram. Działania mojego bohatera są podyktowane miłością do jego córki, którą próbuje ocalić.

W Hollywood nie brak takich, którzy "z automatu" zakładają, że kolejna filmowa opowieść o Transformersach będzie finansowym hitem (w końcu pierwsze trzy odsłony cyklu Michaela Baya zarobiły na całym świecie ponad 2,6 mld dolarów) - ale Wahlberg zapewnia, że on sam nie należy do tej grupy.

- Nigdy nie mam takich oczekiwań wobec żadnego filmu, w którym gram - mówi. - Nauczyłem się już, żeby nie dzielić skóry na żywym niedźwiedziu. Nigdy nie wiadomo, czy dany film odniesie sukces.

W samych majtkach na Times Square

Wahlberg dorastał z daleka od blichtru Hollywood, w mało reprezentacyjnej dzielnicy Bostonu. Aktor pochodzi z niezamożnej i licznej rodziny (ma ośmioro starszego rodzeństwa). Wielu jego kolegów popadło w permanentny konflikt z prawem. Przyszły gwiazdor również ma co nieco na sumieniu...

- Nie jestem z tego dumny - przyznaje. - Jako młody chłopak robiłem różne głupie rzeczy. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że moje doświadczenia mogą być dla dzieciaków cenną lekcją.

Seria drobnych zatargów z wymiarem sprawiedliwości w wykonaniu młodego Marka Wahlberga znalazła swój punkt kulminacyjny w 1988 r. To wtedy 16-letni Mark stanął przed sądem, oskarżony o pobicie. Zapadł wyrok skazujący - 45 dni więzienia. -To było jak kubeł zimnej wody na głowę - wspomina aktor. - Dostałem mocno po głowie i dotarło do mnie, że tak dalej już nie można.

Inspiracja była na wyciągnięcie ręki: brat Marka, Donnie Wahlberg, zdobywał właśnie oszałamiającą popularność jako członek boysbandu New Kids on the Block. Mark zdecydował się pójść w jego ślady. Nie minęło wiele czasu, a trzymał w ręku kontrakt na debiutancką płytę, który podpisał jako raper Marky Mark. Album wyprodukował za własne pieniądze Donnie.

Wydawnictwo odniosło ogromny sukces, a Mark zwrócił na siebie uwagę nie tylko świata muzycznego, ale i branży reklamowej. Do najsłynniejszych kampanii z jego udziałem należy pochodząca z tamtego okresu reklama bielizny Calvina Kleina.

- Wyobraź sobie, że jesteś na Times Square ze swoją matką, a tu nagle widzisz siebie samego w bieliźnie - śmieje się Mark. - To bardzo ciekawe doświadczenie życiowe.

Najważniejszy cel w życiu

Niebawem Mark zadebiutował także w filmie. Jego pierwszą znaczącą rolą był występ w komedii "Inteligent w armii" (1994). Rok później zagrał u boku Leonardo DiCaprio w "Przetrwać w Nowym Jorku", a rola ta spotkała się z ciepłym przyjęciem krytyków.

Branża filmowa zaczęła traktować go już zupełnie serio, kiedy pojawił się w "Boogie Nights" jako gwiazdor porno Dirk Diggler. W późniejszych latach Wahlberg zagrał w takich hitach, jak "Złoto pustyni", "Gniew oceanu", "Infiltracja" (nominacja do Oscara dla najlepszego aktora drugoplanowego), "Nostalgia anioła", "Fighter" czy "Ted".

Wahlberg cały czas pozostaje jednym z najbardziej zapracowanych hollywoodzkich aktorów. W 2013 r. zagrał łącznie w czterech filmach: przed "Ocalonym" do kin weszły "Władza", "Sztanga i cash" oraz "Agenci".

- Nie dążę do tego, żeby bić rekordy, ale zdarza się, że w tym samym czasie pojawia się kilka fascynujących projektów. Osobiście jednak wolę dawkować widzom swoją obecność na ekranie, żeby zdążyli się za mną stęsknić.

Nie jest to jednak główne kryterium, którym kieruje się w życiu zawodowym. - Nie martwię się zbytnio tym, czy - mówiąc kolokwialnie - będzie mnie za dużo. Nie można tak na to patrzeć. Dla aktora ważne jest to, by grał na poziomie i w najlepszych możliwych produkcjach. (...)

Od pięciu lat Wahlberg jest mężem modelki Rhei Durrham, z którą ma czworo dzieci. Kiedy nie jest zajęty na planie, aktor najbardziej lubi przebywać w domu, z rodziną.

- Wiodę bardzo zwyczajne życie - mówi. - Młodszy syn budzi mnie około 5:30 rano i wyciąga z łóżka, żebym się z nim bawił. Tak zaczyna się większość poranków w naszym domu. Oglądamy kreskówki i jemy śniadanie. Uwielbiam dni, które mogę spędzać w całości z żoną i dziećmi, od rana do wieczora.

- Kariera filmowa to coś wspaniałego, ale moim najważniejszym celem w życiu jest odnieść sukces w roli ojca - podsumowuje Wahlberg.

© 2014 Cindy Pearlman

Tłum. Katarzyna Kasińska

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Dowiedz się więcej na temat: Ocalony | Mark Wahlberg | wojny

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje