Reklama

Reklama

Luke Perry: W cieniu Dylana

Widzowie pokochali jako Dylana, zbuntowanego młodzieńca z problemami w telewizyjnym hicie "Beverly Hills, 90210". Rola, która przyniosła mu dużą popularność, jednocześnie okazała się przekleństwem, a aktor przez długi czas nie mógł od niej uciec. Gdy jego kariera ponownie złapała wiatr w żagle, przerwała ją nieoczekiwana śmierć aktora. 11 października Luke Perry obchodziłby 55. urodziny.

Luke Perry

Luke Perry przyszedł na świat w Mansfield w stanie Ohio. Nie był najlepszym uczniem, jednak zawsze pociągało go aktorstwo. Gdy w 1984 roku skończył liceum, postanowił przenieść się do Nowego Jorku, by spróbować swych sił w kinie i telewizji. Początkowo nie szło mu najlepiej. By się utrzymać, musiał dorabiać, wykonując inne prace. W końcu pojawił się w małych rolach w telenowelach "Inny świat" i "Loving". Występował także w reklamach. Później wspominał, że zanim otrzymał swój pierwszy angaż, był na ponad 250 castingach.

Reklama

Przełomem okazała się dla niego rola Dylana McKaya w serialu "Beverly Hills, 90210", w którego wcielał się od 1990 roku. Perry przyszedł na casting z myślą o postaci beztroskiego Steve'a Sandersa (ostatecznie zagrał go Ian Ziering). Producenci wiedzieli w nim jednak małomównego buntownika, dręczonego przez wszelakie demony, który powoli otwiera się dzięki znajomym z liceum. Dylan szybko uwikłał się w trójkąt miłosny - musiał wybierać między Brendą (Shannen Doherty) i jej najlepszą przyjaciółką, Kelly (Jennie Garth). Nie potrafił dogadać się ze swoim ojcem, który zbił majątek na szemranych interesach.

Ukojenia szukał w alkoholu, a później także w narkotykach. Dylan, wiecznie szukający szczęścia, szybko stał się jednym z najpopularniejszych bohaterów "Beverly Hills, 90210". Perry z dnia na dzień stał się gwiazdą i zawrócił w głowach tysiącom nastolatek na całym świecie - także w Polsce, gdzie serial był emitowany od 1992 roku.

Kariera Perry'ego nagle ruszyła z miejsca. Pojawiły się propozycje nowych ról. W 1992 roku zagrał miłość tytułowej bohaterki w "Buffy - Postrachu wampirów" - nieudanym połączeniu komedii i horroru, które parę lat później stało się podstawą popularnego serialu. W 1994 roku wcielił się w tragicznie zmarłego mistrza rodeo Lane'a Frosta w biograficznych "Ośmiu sekundach". Poza "Beverly Hills" Perry zaangażował się także w szereg projektów telewizyjnych. W 1993 roku był gospodarzem jednego z odcinków popularnego programu komediowego "Saturday Night Live". W tym samym roku jego animowane oblicze mogli zobaczyć widzowie "Simpsonów".

Perry szybko zdał sobie jednak sprawę, że fani chcą go oglądać przede wszystkim w roli Dylana. Dostawał tysiące listów miłosnych, a tabloidy śledziły każdy jego krok. Zmęczony zamieszaniem wokół swojej osoby oraz poszukujący nowych wyzwań aktor pożegnał się z "Beverly Hills, 90210" w 1995 roku, w połowie szóstego sezonu. Przez trzy lata Perry próbował swych sił w kinie. Pojawił się między innymi w małej roli w "Piątym elemencie" Luca Bessona.

W 1998 roku aktor postanowił powrócić do roli Dylana. Chociaż pojawiał się w serialu do jego zakończenia, w napisach początkowych figurował jako "wyjątkowy występ gościnny". Perry tłumaczył swój powrót chorobą Paula Waignera, producenta telewizyjnego, który walczył wówczas z rakiem. Aktor chciał towarzyszyć przyjacielowi w ostatnich latach życia. Wspominał, że Weigner nauczył go funkcjonowania w przemyśle telewizyjnym. Producent zmarł w 2001 roku. Nieoficjalnie mówiło się także, że gaża za "Beverly Hills" miała znacznie polepszyć sytuację finansową Perry'ego.

Po zakończeniu serialu w 2000 roku Perry nie chciał do niego wracać. Gdy w latach 2008-2013 kręcono spin-off pod tytułem "90210", aktor zaznaczył, że nie pojawi się w nim. Jako główny powód wskazywał śmierć producenta Aarona Spellinga w 2006 roku. Perry jednoznacznie stwierdził, że bez ojca serii nie widzi sensu, by do niej wracać. Jednocześnie przyznawał, że postać Dylana będzie mu towarzyszyć aż do końca jego dni.

Większość kolejnych dwóch dekad upłynęły Perry'emu na szukaniu swojego miejsca w świecie po "Beverly Hills". Starał się zerwać z wizerunkiem ładnego chłopca, występując m.in. w kontrowersyjnym serialu "Oz" stacji HBO. Żaden z jego nowych seriali nie potrafił się jednak przebić, a kolejne lata zdominowały filmy telewizyjne lub projekty zakończone po zaledwie jednym sezonie. Powrót zapewniło mu dopiero "Riverdale" - rozpoczęty w 2017 roku serial dla młodzieży, oparty na ukazujących się od 1941 roku komiksach.

Aktor, któremu popularność zapewniła role nastoletniego buntownika, tym razem wcielił się w Freda Andrewsa, ojca głównego bohatera produkcji - Archie'ego, rudowłosego gwiazdora szkolnej drużyny footballowej. Postać Perry'ego okazywała się najlepszym tatą na świecie, a przy okazji jedynym naprawdę dobrym dorosłym w miasteczku zamieszkałym przez hipokrytów, gangsterów i psychopatów. Prywatnie stał się także mentorem dla młodszych członków obsady. "Uczył nas, a w szczególności mnie, rozsądku - bo sam już przez to wszystko przeszedł" - wspominał go KJ Apa, który wcielił się w Archie'ego. "Ciężko pracuję nad ochroną swojej prywatności, domu, rodziny, najbliższych. Luke mnie tego nauczył".

Perry'emu udało się także zagrać epizod w "Pewnego razu... w Hollywood" Quentina Tarantino. Wcielił się w rolę Wayne'a Maundera, aktora, który zasłynął rolą w serialu "Lancer", westernie opowiadającym o tytułowym klanie. "Widziałem Luke'a w kilku rolach" - wspominał go Tarantino. "Ale on powiedział, że chce być w westernie - bo świetnie jeździ na koniu i kocha ten gatunek".

W swojej scenie Perry miał galopować i efektownie zatrzymać się przed wejściem do baru. Tarantino spytał się, czy aktor potrzebuje pomocy - czy zaznaczyć miejsce, w którym musi stanąć lub czy chciałby skorzystać z pomocy kaskadera. Perry stwierdził, że nie ma takiej potrzeby.

"Mógłbyś rzucić miedziaka na ziemię, a ja bym się na nim zatrzymał. Wykorzystasz ujęcie, w którym wszyscy inni niczego nie popsują" - miał usłyszeć reżyser. Tarantino nazwał go profesjonalistą w każdym calu i z uśmiechem wspominał kręcenie jego scen. Niestety, aktor nie zdążył zobaczyć gotowego filmu.

27 lutego 2019 roku Perry doznał udaru mózgu. Chociaż szybko trafił do szpitala, jego stan był bardzo ciężki. Kilka dni później doznał kolejnego udaru. Gdy lekarze powiadomili najbliższych aktora, że doszło do śmierci mózgu, postanowili oni odłączyć go od aparatury podtrzymującej życie. Perry zmarł 4 marca 2019 roku. Miał zaledwie 52 lata.

Wiadomość o śmierci aktora wywołała poruszenie wśród jego fanów i przyjaciół z branży aktorskiej. Shannen Doherty wspomniała swoje ostatnie spotkanie z nim - w lutym 2019 roku. Perry odnowił z nią kontakt, gdy ta walczyła z rakiem piersi. Określiła go jako cichego, mądrego, skromnego i przepełnionego miłością. "Będę za nim tęsknić każdego dnia" - dodała.

Wkrótce swój żal wyraziły pozostałe gwiazdy "Beverly Hills 90210", które właśnie szykowały się do nowej produkcji - "BH90210", w którym wcieliliby się w fikcyjne wersje samych siebie, dawnych aktorów popularnego serialu dla młodzieży. Jego pierwszy odcinek miał premierę 7 sierpnia 2019 roku i był dedykowany pamięci Perry'ego.

Podobnie było w przypadku "Riverdale". W otwarciu czwartego sezonu z 9 października 2019 roku postać Freda Andrewsa została uśmiercona, a całość stanowiła pożegnanie aktora, który dzięki serialowi mógł wrócić w ostatnich latach swojego życia do dawnej popularności.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Luke Perry

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje