Reklama

Reklama

"Łowca androidów": Doceniony po latach

W 1982 roku "Łowca androidów" Ridleya Scotta okazał się ogromną finansową i artystyczną klapą. Krytycy się nad nim pastwili, widzowie nie chcieli go oglądać. Jak to się stało, że 30 lat później uznawany jest za najlepszy film science-fiction w historii kina i ma niepodważalny status arcydzieła?

O czym śnią androidy?

"Łowca androidów" jest dosyć luźną adaptacją wydanej po raz pierwszy w 1968 roku powieści "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?", autorstwa jednego z najpopularniejszych pisarzy science-fiction, Philipa K. Dicka. W roku 2019, w którym rozgrywają się wydarzenia, Ziemia jest planetą umierającą. Niemal cała zdrowa populacja wyemigrowała w kosmos. Stało się to w wyniku wojny nuklearnej i zabójczego promieniowania, które spowodowało wyginięcie niemal całej fauny. Zwierzęta zastąpione zostały przez coraz doskonalsze androidy, zwane replikantami.

Te humanoidalne roboty używane są do niebezpiecznych badań i kolonizacji innych planet. W wyniku buntu na jednej z pozaziemskich kolonii nie mają prawa przebywać na Ziemi. Wyłapywaniem zbuntowanych replikantów, którym udało się przedostać na Ziemię, zajmuje się specjalna jednostka policji - łowcy androidów. Byłym łowcą jest główny bohater filmu, Rick Deckard (Harrisom Ford). W trybie wyjątkowym, ponownie włączony do czynnej służby, ma za zadanie zlikwidować czwórkę przybyłych do Los Angeles androidów. Ci wrócili na Ziemię, aby odnaleźć swego konstruktora i zmusić go do przedłużenia ich zaledwie czteroletniego życia.

Reklama

Tak w skrócie wygląda zawiązanie fabuły tego fascynującego filmu, którego pierwszą wersję scenariusza napisał Hampton Fancher. Jego tekstem zainteresował się producent Michael Deeley, który uznał, że byłby to doskonały materiał na pierwszy hollywoodzki obraz Ridleya Scotta, wtedy już cenionego twórcy mającego na swoim koncie przebojowego "Obcego - ósmego pasażera Nostromo" (1979).

Scott, który wtedy zaangażowany był w produkcję "Diuny" (1984), pierwotnie nie wyraził zainteresowania filmem, kiedy jednak prace nad ekranizacją powieści Franka Herberta przedłużały się, zrezygnował z nich, decydując się na reżyserię "Łowcy androidów". Niewiele osób wie, że pierwotnie tytuł filmu brzmiał zresztą "Android", jednak Scottowi się on nie spodobał i na jego prośbę Deeley kupił prawa do wykorzystania tytułu "Blade Runner" wymyślonego przez pisarza Alana E. Nourse'a na potrzeby jego powieści, a później wykorzystanego przez Williama E. Burroughsa w scenariuszu napisanym na jej podstawie.


Zmiażdżył go "E.T."

Prace na planie "Łowcy androidów" rozpoczęły się 9 marca 1981 roku. W ekipie Scotta znaleźli się aktorzy: Harrison Ford, Rutger Hauer, Sean Young, Edward James Olmos i Daryl Hannah oraz projektant Syd Mead, któremu w dużej mierze film zawdzięcza swoją wyjątkową scenografię. Muzykę do filmu - przez wielu uznawanych za jego największy atut - skomponował słynny Vangelis. Ekipie na planie towarzyszył cały czas dziennikarz Paul M. Sammon, który później napisał książkę zatytułowaną "Future Noir: The Making of Blade Runner" - przez fanów określaną mianem "Biblii Łowcy androidów".

Obraz trafił na ekrany 1290. amerykańskich kin 25 czerwca 1982 roku (dziś przypada 30 rocznica premiery!). Data ta została wybrana przez producenta Alana Ladda Juniora, którego wcześniejsze filmy: "Gwiezdne wojny" i "Obcy - ósmy pasażer Nostromo" wchodziły na ekrany w podobnym terminie (25 maja 1977 i 1979 roku), odnosząc ogromne sukcesy. Ladd wierzył, że "25" jest jego szczęśliwym dniem.

Niestety, tym razem intuicja go zawiodła. Po pierwszym weekendzie wpływy z wyświetlania produkcji wyniosły niewiele ponad 6 milionów dolarów, a "Łowca androidów" nie okazał się zbyt silną konkurencją dla bijącego w owym czasie rekordy popularności "E.T." (1982) Stevena Spielberga.

Film nie przeszedł co prawda bez echa - w 1983 roku zdobył dwie nominacje do Oscara: w kategoriach: najlepsze dekoracje i najlepsza scenografia, a także zyskał sobie grono fanów, które bardzo szybko zaczęło się powiększać - ale daleko mu było do statusu dzieła kultowego, za jaki uznawany jest obecnie.

Ford jak Bogart

Zdecydowanej większości widzów i krytyków zajęło trochę czasu, by dostrzec geniusz produkcji Scotta, niewykluczone też, że potrzebowali spojrzeć na nie z odpowiedniej perspektywy czasowej. Wśród krytyków, którzy w 1982 roku wystawili produkcji bardzo niskie noty był jeden z najważniejszych znawców kinematografii w historii, Roger Ebert. Co ciekawe, dziesięć lat później zmienił swoje zdanie co do "Łowcy androidów", zaliczając go do współczesnych klasyków kina.

Podobnie było z innymi znamienitymi krytykami, ale także ze zwykłymi widzami - pierwszy seans "Łowcy..." pozostawił w nich niesmak, kolejne pomogły dostrzec masę ukrytych nawiązań, znaczeń i sensów, którymi wypełniony jest film brytyjskiego artysty.

Osamotniony, ścigający replikantów Deckard to pierwsze nawiązanie do tradycji kina, a konkretnie filmu czarnego (w początkowym okresie twórczości Scott był zafascynowany tym gatunkiem). Ubrany w przeciwdeszczowy płaszcz z podniesionym kołnierzem, przypomina prywatnego detektywa z filmów noir, granych przez Humphreya Bogarta czy Dicka Powella. I tak jak oni jest zmęczonym życiem cynikiem. Mimo że nie ma specjalnej ochoty kolejny raz stawać po stronie prawa i zabijać androidy, bez większych oporów, zgadza się to robić. Dlaczego? Ponieważ jego egzystencja jest żałosna i gdy nie jest detektywem na tropie, w zasadzie jest nikim. Komentarze z offu, które wygłasza Deckard, wyjaśniając swoje motywacje, myśli i odczucia, to kolejny, tym razem formalny zabieg, przypominający film czarny.

Śladami Langa i Godarda

Scott cofa się jednak dalej w historii kina, sięgając do źródeł kina czarnego, czyli niemieckiego ekspresjonizmu. Uczynił to już zresztą, choć w nieco mniej jawnej formie, w swoim wcześniejszym filmie "Obcy - ósmy pasażer Nostromo". W "Łowcy androidów" najbardziej wyraźne są odwołania przede wszystkim do filmów Fritza Langa, m.in. do architektonicznej i scenograficznej wizji futurystycznego Los Angeles, przypominającej tytułowe miasto w tegoż "Metropolis" (1927).

Jednak najważniejsza w kontekście filmowych nawiązań, jest kontynuacja tradycji opowieści o skonstruowanych przez człowieka tworach i robotach oraz sztucznym kreowaniu życia, bardzo popularnej w ekspresjonizmie, niezaprzeczalnie obecnej także w twórczości Langa. Owa tradycja zapoczątkowana została w latach dziesiątych i dwudziestych dwudziestego wieku. Wtedy na ekranach zagościł "Golem", dwukrotnie sfilmowany przez Paula Wegnera (1914 - współreżyseria Henrik Galeen, 1920 - współreżyseria Carl Boese). Ten ulepiony z gliny twór, powołany do życia przez żydowskiego rabina, stanowił kontynuację mitu, sięgającego romantycznego "Frankensteina".

Motyw sztucznego kreowania życia powiązany jest z innym bardzo ważnym zagadnieniem, sterowania i manipulowania losem ludzi, ale także owych tworów, również szeroko obecnym w niemieckim ekspresjonizmie. Taka sytuacja miała miejsce w "Zmęczonej śmierci" (1921) Langa oraz tegoż "Doktorze Mabuse" (1922) i "Nibelungach" (1924), ale także w "Gabinecie doktora Caligariego" (1919) i "Rękach Orlaka" (1925) Roberta Wiene czy "Fauście" (1926) Friedricha Wilhelma Murnau.

Scott w "Łowcy androidów" sięga także do tradycji kina science-fiction. Replikanci: Roy (Rutger Hauer), Pris (Darryl Hannah), Zhora (Joanna Cassidy) oraz Leon (Brian James), walczą o przedłużenie sobie życia, czego zabrania im ludzkie prawo. Rozpaczliwie walcząc o przeżycie, androidy zabijają kolejnych przedstawicieli tego prawa. Najpierw policjanta, przeprowadzającego testowe badanie reakcji emocjonalnych, następnie naukowca, pracownika laboratorium, wreszcie własnego "twórcę" - Tyrella i jego głównego projektanta - J.F. Sebastiana. Dla kontrastu przedstawiciel prawa, Deckard, zabija wyłącznie humanoidalne kobiety, Zhorę i Pris. Symbolicznie odbiera tym samym możliwość dawania życia. Idąc dalej tym tropem prawo ludzkie, które Deckard reprezentuje, a przeciwko któremu występują replikanci, jawi się jako nieprzychylne życiu w ogóle. Jego bezpośrednim przejawem jest skierowanie się przeciw wszelkim uczuciom. Wyraźna to aluzja do takich obrazów, jak: "Alphaville" (1965) Jean-Luca Godarda, "Fahrenheit 451" (1966) Françoisa Truffaut czy "THX 1138" (1971) George'a Lucasa, w których odpowiednio, zabraniano uczuć, starano się je zniszczyć narkotykami, a także zabijano tych, którzy je okazywali.

Miasto - moloch

Niezwykła, zapierająca dech w piersiach, zbudowana na opozycjach - jednocześnie nowatorska i klasyczna, futurystyczna i anachroniczna - jest wizja miasta w "Łowcy androidów". Z jednej strony, reżyser odwołuje się do wspomnianego "Metropolis". Jego Los Angeles, podobnie jak metropolia w filmie Langa, jest dwupoziomowe, i tak jak ono w swoich czasach, zachwyca urbanistyczną wizją przyszłości i monumentalizmem. Z drugiej strony naznaczone jest zniszczeniem i zużyciem, tandetą i nędzą. Obok cudów techniki (kilkusetpiętrowe domy-piramidy), bezustannie widać na ekranie rudery i zgliszcza. Całości obrazu dopełnia zachmurzone niebo, brak słońca i nieustanne potoki padającego deszczu. Scott nawet na moment nie prezentuje otwartej przestrzeni (przedstawi ją jedynie w marzeniu (śnie?) Deckarda o galopującym przez las białym jednorożcu). Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ otwarta przestrzeń w labiryncie, jakim jest Los Angeles w "Łowcy androidów", po prostu nie istnieje.

Jak w takim razie ma zachować się człowiek w takim mieście, aby przeżyć? "Są tylko dwa sposoby ustosunkowania się do niego, bo jak wobec każdego labiryntu nie można wobec niego zachować obojętności, neutralności. Można albo wtopić się w niego i przyjąć wszystkie jego zasady, co równa się zatraceniu własnej osobowości, powolnemu duchowemu, religijnemu konaniu, albo nie godzić się na to wszystko, co się w nim dzieje. Jednak wtedy należy być gotowym do poniesienia największych ofiar - do utraty życia, najbliższych, do klęski" - pisze w swoim tekście poświęconym wizjom miasta jako destrukcyjnego labiryntu w "Łowcy androidów", a także w "Siedem" (1995) Davida Finchera Magdalena Łapińska.

Ofiarę o jakiej wspomina ponoszą właśnie replikanci. Miasto-labirynt niszczy ich, ponieważ wprowadzają chaos do jego pozornie uporządkowanej przestrzeni. Wypowiadając wojnę człowiekowi i jego prawom, pragną żyć, i to głębokim duchowym życiem wewnętrznym. Jednak zostały stworzone, aby żyć życiem jedynie zewnętrznym, w dodatku ograniczonym czasowo. Androidy okazują się zbyt niebezpieczne, ponieważ obudziły w człowieku tęsknotę za rajem, arkadią, czyli czymś, co ten dawno już utracił. Przyniosły informację o innym, lepszym świecie, o otwartej przestrzeni i jej pięknie, którego człowiek labiryntu nigdy nie widział. Replikanci giną, ale miasto opuści także Deckard. Wyjeżdża wraz z Rachael, aby uniknąć ich losu. Wie, że labirynt upomniałby się w końcu i o nią. Wyjeżdżając daje im obojgu szanse na nowe życie oraz lepszą przyszłość.

Inspiracje

Co prawda trochę to trwało, ale po latach "Łowca androidów" doczekał się opinii dzieła kultowego i stał się inspiracją dla wielu innych twórców. Mroczny, cyberpunkowy klimat i futurystyczna scenografia nie pozostały bez wpływu na autorów takich kinowych przebojów jak "RoboCop" (1987) Paula Verhoevena, "Piąty element" (1997) Luca Bessona, "Brazil" (1985) Terry'ego Gilliama czy "Matrix" (1999) Andy'ego i Larry'ego Wachowskich.

Do inspiracji dziełem Ridleya Scotta przyznają się również japońscy twórcy anime, a w szczególności autorzy takich dzieł jak "Akira" (1988, Katsuhiro Ôtomo), "Ghost in the Shell" (1995, Mamoru Oshii) i "Cowboy Bebop" (1998, Shinichirô Watanabe).

Także postać Roya Batty'ego - głównego przeciwnika Ricka Deckarda, bardzo szybko znalazła swoje miejsce w kulturze popularnej trafiając do piosenek takich grup jak Audoslave ("Show me Hot to Live"), White Zombie ("More Human than Human") czy Covenant ("Like Tears In rain").

"Łowca androidów" zainspirował również twórców gier wideo. Między innymi cyberpunkowego RPG-a "Shadowrun", przygodowej gry "Snatcher" czy serii "System Shock" oraz "Syndicate". W 1997 roku powstała gra komputerowa zatytułowana "Blade Runner" inspirowana filmem Ridleya Scotta i rozwijająca niektóre jego wątki fabularne.

Popularność filmu zaowocowała także trzema powieściami opowiadającymi o dalszych losach Deckarda: "Blade Runner 2: The Edge of Human" (1995), "Blade Runner 3: Replicant Night" (1996) oraz "Blade Runner 4: Eye and Talon" (2000). Autorem wszystkich książek jest K.W. Jeter - przyjaciel Philipa K. Dicka.

W 1982 roku wydawnictwo Marvel wprowadziło na rynek komiksową adaptację "Łowcy androidów" według scenariusza Archie Goodwina i z rysunkami Ala Williamsona, Carlosa Garzona, Dana Greena i Ralpha Reese'a. Film Ridleya Scotta doczekał się również dwóch komiksowych parodii: "Blade Bummer" opublikowanej w satyrycznym magazynie "Crazy" oraz "Bad Rubber" Steve'a Gallacciego.

Jak widać, film sprzed ponad 30 lat wciąż inspiruje kolejnych twórców, a ostatnio pojawiają się pogłoski, że powstanie "Łowca androidów 2". Zdjęcia miałyby się rozpocząć na początku 2013 roku, ale wciąż nie wiadomo, czy będzie to sequel, prequel czy remake klasyku z 1982 roku (pewne jest natomiast, że nie zagra w nim Harrison Ford). Wiele niewiadomych sprawia, że produkcja zapowiadana jest jako jeden z najbardziej intrygujących hollywoodzkich projektów. Czy na miarę znamienitego poprzednika, który przeszedł długą drogę, aby móc zostać uznanym za arcydzieło?

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy