Reklama

"Love, Rosie": Siła miłości

Wyreżyserowana przez Christiana Dittera "Love, Rosie" to urzekająco słodka i wypełniona młodzieńczą energią i świeżością, ale również bardzo życiowa opowieść o ponadczasowej sile miłości.

Z kart powieści na ekran

Reklama

"Love, Rosie" to bogata w wielkie emocje oraz nieprzewidziane sytuacje słodko-gorzka opowieść o skomplikowanej relacji między dwójką młodych ludzi, która została rozpisana na kilkanaście lat, dwa kontynenty oraz dziesiątki uczuciowych wzlotów i upadków. "To historia Rosie Dunne i Alexa Stewarta, którzy bardzo mocno się kochają, ale coś ich nieustannie od siebie odciąga, jakby los nie chciał, żeby byli razem" - wyjaśnia uznana irlandzka pisarka Cecelia Ahern, której powieść "Na końcu tęczy" posłużyła za podstawę do scenariusza "Love, Rosie". "Napisałam 'Na końcu tęczy' dosłownie kilka miesięcy po ukończeniu prac nad 'P.S. Kocham Cię'" - informuje pisarka, która zaczęła tworzyć w wieku zaledwie 21 lat. - "Znałam tych ludzi, rozumiałam emocjonalne perturbacje, przez które przechodzą".

"We wszystkich tworzonych przeze mnie postaciach jest bardzo dużo ze mnie" - kontynuuje Ahern. - "Pisząc 'Na końcu tęczy' ciągle zastanawiałam się, w jakim kierunku zmierza moje życie, kim jestem jako człowiek, co mam ze sobą począć, jaką drogę obrać? 'P.S. Kocham Cię' odniosło właśnie sukces, więc moje życie zaczęło się powoli zmieniać, co było bardzo ekscytujące, ale także mocno dezorientujące - nie wiedziałam, jak się do tego wszystkiego odnieść. Myślę, że właśnie te emocje przelałam na Rosie, tę ciekawość, gdzie cię życie powiedzie, przemieszaną z pewną obawą dotyczącą kształtu przyszłości".

Wydane w 2004 roku "P.S. Kocham Cię" zaznaczyło obecność nowej, utalentowanej pisarki na mapie światowej literatury (do dnia dzisiejszego dziewięć napisanych przez Ahern powieści zostało sprzedanych na całym świecie w 16 milionach egzemplarzy). A że tego typu międzynarodowe bestsellery zawsze przyciągają uwagę przedstawicieli branży filmowej, do drzwi pisarki szybko zapukali producenci. W 2007 roku reżyser i scenarzysta Richard LaGravanese przeniósł powieść na ekran, a filmowe "P.S. Kocham Cię", z Hilary Swank i Gerardem Butlerem w rolach głównych, zarobiło na całym świecie ponad 150 milionów dolarów, stając się jednym z najpopularniejszych filmów roku.

W międzyczasie irlandzka pisarka spotkała się po raz pierwszy z producentem Simonem Brooksem z Canyon Creek Films, który był zainteresowany ekranizacją jej kolejnej powieści - "Na końcu tęczy". "Przedstawiono mnie Cecelii w 2007 roku" - wspomina Brooks, który już wtedy wiedział, że przełożenie tak uwielbianej i stylowej powieści na warunki kinowe będzie bardzo dużym wyzwaniem. - "W jaki sposób nakręcić film na podstawie książki napisanej w formie e-maili i SMS-ów?" - zadawał sobie retoryczne pytanie producent, który ostatecznie znalazł idealne rozwiązanie na poradzenie sobie z epistolarną strukturą wymyśloną przez Ahern na potrzeby "Na końcu tęczy".

Wielką pomocą okazał się hollywoodzki producent Robert Kulzer z Constantin Film, który mniej więcej w tamtym okresie trafił zupełnie przypadkiem do jednej z księgarni w swoich rodzimych Niemczech (warto jednocześnie dodać, że właśnie w tym kraju zawiązała się największa społeczność fanów powieści irlandzkiej pisarki). "Ze zdziwieniem zauważyłem, że spośród dwudziestu najlepiej sprzedających się książek aż pięć napisała ta sama osoba - Cecelia Ahern" - wspomina Kulzer. Zachęcony przez żonę, zagorzałą fankę twórczości Ahern, producent zakupił wszystkie książki i rozpoczął, z początku z lekkim wahaniem, lekturę.

"Przeczytałem wszystkie w dość krótkim czasie i bardzo mi się podobały, ale nie widziałem w nich większego potencjału na projekt dla mnie. Gdy jednak trafiłem na 'Na końcu tęczy' poczułem to przyjemne ukłucie w żołądku, że oto mam przed sobą prawdziwy skarb" - kontynuuje Kulzer. - "Książka była napisana pięknym językiem i opowiadała o bardzo wiarygodnym romansie. Zacząłem interesować się prawami i właśnie wtedy poznałem Simona Brooksa, tego radosnego Anglika, który stał się moim przyjacielem. Nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszej współpracy, więc od razu ruszyliśmy do boju, żeby przerobić 'Na końcu tęczy' na wspaniały film".

Dobry znak

Z zadaniem napisania scenariusza Brooks i Kulzer zwrócili się z do brytyjskiej scenarzystki Juliette Towhidi, która kilka lat wcześniej stworzyła wyborne "Dziewczyny z kalendarza", zamienione potem na film przez reżysera Nigela Cole'a oraz aktorki Helen Mirren i Julie Walters. "Była niczym najlepszy detektyw" - opowiada Kulzer, mając na myśli proces twórczy, który Towhidi stworzyła na potrzeby adaptacji niekonwencjonalnej powieści Ahern. - "Wyciągała z książki najlepsze fragmenty, wątki fabularne, pomysły narracyjne i tworzyła wokół nich stopniowo własny świat - była maksymalnie wierna powieści, jednakże słowa Cecelii stały się dla niej jednocześnie możliwością do kreacji czegoś wyjątkowego, co sprawdzić się mogło tylko na ekranie kinowym".

"Wszyscy doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że ani stylu pisarskiego Cecelii, ani formy 'Na końcu tęczy' nie da się przełożyć jeden do jednego" - opowiada Towhidi, która przeniosła także akcję całej historii w brytyjskie realia. Ahern, która po przeczytaniu ostatecznej wersji scenariusza zadzwoniła do producentów z gratulacjami, wyznaje: "Uważam, że Juliette wykonała fantastyczną pracę. Nie tylko pozostawiła humor z powieści, a także moją emocjonalność, ale dodała do całości wiele od siebie. Najważniejsze było dla mnie jednak to, że w scenariuszu zachowano esencję mojej powieści - jestem za to Juliette niezwykle wdzięczna" - wyznaje autorka.

Simon Brooks i Robert Kulzer nie szukali długo reżysera "Love, Rosie", bowiem już na wstępnym etapie produkcji zadecydowali, by zwrócić się z tą propozycją do młodego niemieckiego filmowca Christiana Dittera. Ditter, dla którego "Love, Rosie" była debiutem w kinie anglojęzycznym, jest absolwentem monachijskiego University of Film and Television i nakręcił wcześniej kilka krótkometrażowych filmów, które wywołały poruszenie w świecie międzynarodowych festiwali. Jego pełnometrażowym debiutem reżyserskim był "Francuski dla początkujących", który w 2006 roku zdominował niemiecki box-office. Następnie Ditter nakręcił dwie adaptacje popularnej serii powieści dla dzieci - "Krokodyle" i "Powrót Krokodyli", a w 2011 roku osiągnął kolejny sukces w niemieckim box-office filmem "Wickie and the Treasure of the Gods".

"Znałem wcześniej powieść Cecelii, można wręcz powiedzieć, że byłem jej fanem, choć z pewnością nie tak dużym, jak wiele moich koleżanek" - wyjaśnia reżyser "Love, Rosie", który zakochał się także w scenariuszowej adaptacji autorstwa Towhidi. - "Juliette doprowadziła mnie zarówno do śmiechu, jak i do płaczu" - mówi Ditter. - "Jej scenariusz wyróżnia się znacznie od innych tego typu tekstów. Czytając scenariusz, myślałem sobie, że sam chciałbym zobaczyć taki film w kinie! A to zawsze dobry znak dla reżysera. Wiedziałem, że muszę pracować przy tym projekcie".

"Najlepsze komedie to takie, które wywołują łzy w kącikach oczu, a najlepsze dramaty potrafią mocno rozśmieszać - tego nie da się w żaden sposób rozłączyć" - wyjaśnia Ditter. - "Scenariusz Juliette do 'Love, Rosie' łączy w sobie najlepsze elementy obu tych światów. Pojawiają się w nim sceny, które bawią do rozpuku, ale także takie, które dogłębnie poruszają. Zarówno powieść, jak i jej scenariuszowa adaptacja były znakomicie napisane i pomyślane, moim zadaniem było jedynie zapewnienie, by sceny zabawne były autentycznie zabawne, a w momenty dramatyczne pokazywały prawdziwe dramaty".

Spośród młodych i nieopatrzonych jeszcze aktorskich twarzy, które zobaczymy w "Love, Rosie", warto wymienić: Jaime Winstone (córkę znanego brytyjskiego aktora Raya Winstone'a), która wciela się w Ruby, najlepszą przyjaciółkę Rosie; pochodzącą z Londynu modelkę Suki Waterhouse ("Pusher" Luisa Prieto), która gra rywalkę bohaterki, Bethany; wschodzącą gwiazdę filmową Tamsin Egerton ("Prawdziwa historia króla skandali" Michaela Winterbottoma) wcielającą się w rolę uroczej Sally; a także Christiana Cooke'a (serial "Miasto cudów) w roli Grega, chłopaka zabiegającego o względy Rosie.

Potężni faceci się rozklejali

Gdy Robert Kulzer wyruszał na poszukiwania aktorki, która idealnie oddałaby młodzieńczą energię oraz witalność tytułowej Rosie, nie spodziewał się, że ta podróż będzie trwała tak krótko. Będąc producentem "Darów Anioła: Miasta kości" z 2013 roku, obserwował Lily Collins każdego dnia na planie w Toronto, podziwiając jej czar, charyzmę oraz sposób, w jaki odnajdywała się przed kamerą. "Kiedy nadszedł czas poszukiwań naszej Rosie, zwróciłem się do Christiana Dittera, żeby zaproponować mu kandydaturę Lily" - wspomina producent. - "Miała akurat wolny okres i taka okazja mogła się już więcej nie powtórzyć, więc musieliśmy kuć żelazo póki gorące!".

Reżyser natychmiast wyraził zgodę, a Kulzer zaaranżował spotkanie ze wschodzącą gwiazdą. "Od razu się dogadali, byłem zachwycony, że wszystko poszło tak gładko" - dodaje Kulzer. - "Robert pozwolił mi obejrzeć fragmenty 'Darów Anioła' zanim film jeszcze został zmontowany i muszę przyznać, że nie mogłem wyjść w podziwu" - mówi Ditter. - "Wsiadłem w samolot, poleciałem do Toronto i spotkałem się tam z Lily. Omówiliśmy projekt 'Love, Rosie', zaczęliśmy rzucać różnymi pomysłami i ustaliliśmy kierunek, w jakim film powinien zmierzać. Nie musieliśmy się jakoś bardzo zapoznawać, to było tak jakbyśmy znali się od wielu lat. Po tym spotkaniu wiedziałem, że nie zgodziłbym się, żeby ktoś innym zagrał Rosie!".

Lily Collins jest uznawana za jedną z największych gwiazd młodego pokolenia, choć zadebiutowała na ekranie relatywnie niedawno, bo w 2010 roku drugoplanową rolą w "Wielkim Mike'u: The Blind Side" Johna Lee Hookera. Zagrała tam między innymi u boku Sandry Bullock, która za swoją rolę została nagrodzona Oscarem. Od tamtego czasu Collins pojawiała się w wielu znakomitych produkcjach, zarówno na obszarze kina niezależnego ("Nauczycielka angielskiego" Craiga Ziska, "Bez miłości ani słowa" Josha Boone'a), jak i wielkich hollywoodzkich produkcjach ("Królewna Śnieżka" Tarsema Singha, "Dary Anioła: Miasto kości" Haralda Zwarta).

"Zakochałam się w tym scenariuszu od pierwszego wejrzenia" - komentuje Collins swoje mocne zaangażowanie w projekt. "Gdy skończyłam czytać, byłam już w roli i nie mogłam sobie wyobrazić wersji, w której nie zagrałabym Rosie!" - dodaje podekscytowana aktorka. - "Wydaje mi się, że każdy z nas ma w sobie coś z tej dziewczyny, ja też widziałam w niej samą siebie. Jest charyzmatyczna, ale potrafi być także zadziwiająco nieśmiała. Jest też bardzo zdeterminowana. Zostaje postawiona w sytuacjach, które każda nastoletnia dziewczyna zna z autopsji, ale nie daje się zepchnąć z obranego kursu. Bywa czasami ekscentryczna, ale ma to swój urok. To silna i niezależna młoda kobieta".

"Bywało, że przy pierwszym ujęciu w ogóle nie dawałem Lily żadnych wskazówek, żeby zobaczyć, jak sobie poradzi instynktownie" - mówi reżyser "Love, Rosie". - "Pozwalałem jej improwizować, czego wcześniej nie robiłem na żadnym swoim planie. Rezultaty były onieśmielające. Nasza ekipa, w której skład wchodzą potężni faceci, często rozklejała się przy tych pierwszych ujęciach, dlatego że Lily grała tak przejmująco!" - dodaje Ditter.

"Nie pracowałam jeszcze z kimś takim jak Christian" - opowiada Collins. "Nie siedział nigdy przed monitorem, był zawsze z nami, dodawał nam otuchy. Obserwował scenę tak, jak ona się rozgrywała, uczestniczył w niej niemalże fizycznie. Jeśli nie czuł żadnych emocji, kazał nam powtarzać całość do momentu aż wyszło dobrze. A jeśli coś poczuł, już wtedy, na planie, wiedział, że wykorzysta to ujęcie czy scenę w gotowym filmie" - kontynuuje aktorka. - "Nigdy wcześniej nie czułam się tak przerażona i odkryta na planie filmu, ale jednocześnie wiedziałam, że jestem bezpieczna, a to dodawało mi motywacji. Nie sądziłam, że potrafię zagrać tak jak zagrałam, ale to wszystko zasługa Christiana, który to ze mnie wydobył".

Druga połówka

Urodzony w angielskim Suffolk, Sam Claflin złapał aktorskiego bakcyla w trakcie studiów na Norwich City College, po czym wyszlifował swój warsztat na London Academy of Music and Dramatic Art, stając się w 2009 roku absolwentem tej prestiżowej uczelni. Rok później pokazał się światu z jak najlepszej strony w dwóch popularnych serialach telewizyjnych - opartych na powieści Kena Folletta "Filarach Ziemi" oraz zrealizowanym na podstawie powieści Williama Boyda "Any Human Heart".

Zdobyta w ten sposób popularność zaowocowała propozycją głównej roli w telewizyjnym post-apokaliptycznym dramacie "Zagubiona przyszłość" Mikaela Salomona, a także zyskaniem uwagi hollywoodzkich agentów poszukujących świeżej krwi. W dosyć krótkim czasie Claflin wystąpił jako Phillip Swift w "Piratach z Karaibów: Na nieznanych wodach" Roba Marshalla, William w "Królewnie Śnieżce i Łowcy" Ruperta Sandersa oraz Finnick Odair w ultra-popularnych "Igrzyskach śmierci: W pierścieniu ognia" Francisa Lawrence'a.

"Sam był naszym pierwszym kandydatem do roli Alexa" - opowiada producent Robert Kulzer. - "Był fantastyczny w 'Piratach z Karaibów: Na nieznanych widach', gdzie ukradł kilka scen największym gwiazdom kina, a w momencie gdy przeprowadzaliśmy casting na ekrany weszła właśnie 'Królewna Śnieżka i Łowca' i zbliżała się wyczekiwana przez cały świat premiera drugiej części 'Igrzysk śmierci'. Wiedziałem, że jeśli uda mi się zdobyć Lily i Sama do naszego filmu, to będziemy już jedną nogą w domu".

Dwójka aktorów sprawdziła się fantastycznie przed kamerą, co tylko potwierdziło założenia producentów. "Kluczowym aspektem tego projektu było znalezienia Alexa, który stanowiłby drugą połówkę Lily. Chemia musiała rozsadzać ekran!" - mówi Simon Brooks. - "Myślę, że upłynęło jakieś 15 sekund ich pierwszego spotkania twarzą w twarz, gdy uświadomiliśmy sobie, że nie musimy szukać dalej" - kontynuuje producent "Love, Rosie". "Czuć było iskry latające w powietrzu" - wspomina Christian Ditter, który także uczestniczył w pierwszym wspólnym czytaniu z udziałem dwójki aktorów. - "Po tym spotkaniu wiedzieliśmy, że musimy mieć ich w naszym filmie".

"Przeczytaj naszą recenzję filmu "Love, Rosie"!

Claflinowi projekt "Love, Rosie" spodobał się z wielu różnych względów. Z początku chodziło o scenariusz oraz możliwość pracy z Lily Collins, ale doszły do tego później takie aspekty jak fakt, iż aktor jest wielkim fanem tego gatunku oraz chciał zmienić nieco swój filmowy wizerunek. "Przeczytałem w ciągu kilku ostatnich lat mnóstwo scenariuszy, ale żaden nie wzbudził mojego zainteresowania tak, jak opowieść o Rosie i Alexie" - wyjaśnia Claflin. "Niesamowita emocjonalna podróż, którą ta dwójka odbywa w tym filmie, w jakiś sposób do mnie trafiła. Chciałem także zagrać w czymś osadzonym współcześnie. Zbierając to wszystko do kupy, nie musiałem się długo zastanawiać nad przyjęciem tej roli" - podsumowuje aktor.

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Love, Rosie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje