Reklama

Kwiatkowska była niepospolitym talentem

Olgierd Łukaszewicz, prezes Związku Artystów Scen Polskich, dyrektor krakowskiego Teatru Stu, Krzysztof Jasiński i Jacek Bławut, reżyser filmu "Jeszcze nie wieczór", w którym wystąpiła w jednej z głównych ról, wspominają Irenę Kwiatkowską.

"To osoba, która od początku swej kariery - jeszcze tej przedwojennej - była obdarzona darem wyjątkowego błysku, zwracania na siebie uwagi. Była talentem zupełnie niepospolitym, wulkanem pomysłów. Wszystkie one były zamknięte, jak oszlifowane kamienie, w bardzo precyzyjnej formie. Każdy gest, spojrzenie, intonacja głosu, jego zawieszenie, pauza - to wszystko było jak muzyczna partytura, zaplanowane przez nią i doskonale wykonane" - opowiada Olgierd Łukaszewicz.

Reklama

"To - przy dzisiejszej skłonności aktorów do naturalnej improwizacji - budzi podziw. Jej mistrzostwo, świadomość kompozycji, która jednocześnie bazowała na niezwykłej pomysłowości, poczuciu humoru, który stawał się natychmiast zaraźliwym, bo zawsze umiała trafić w sedno. (...) Jej drobne role filmowe często przyćmiewały te kreacje, które powinno się zapamiętać jako kluczowe. Ja zapamiętam ją z komedii 'Tysiąc talarów'. Byłem wtedy dzieckiem, kiedy to oglądałem. Miałem też możliwość podglądania pani Ireny za kulisami w Teatrze Polskim, gdzie przez 10 lat grała w przedstawieniu 'Zielona gęś'. W ostatnim przedstawieniu zagrała na scenie Teatru Słowackiego, kiedy Teatr Polski wyjechał tam na gościnne występy z 'Zieloną Gęsią'" - wspomina aktor.

"Irena Kwiatkowska miała też niezwykły epizod w swoim kabaretowo-satyrycznym życiu, kiedy w 1971 roku Gustaw Holoubek zaprosił ją do udziału w sztuce Juliusza Słowackiego 'Fantazy'. Grała tam hrabinę Respektową. Pamiętam to wykonanie, kiedy grała prowincjonalną wielkość, zadufaną w swej wielkości. Język Słowackiego w zetknięciu z jej rytmem estradowym dawał niezwykły efekt. Pani Irena zawsze opowiadała o tremie, która towarzyszyła jej, kiedy grała teksty Juliusza Słowackiego, a jednak pomysł Holoubka był genialny, fantastyczny. Odeszła postać, która od początku była obsypywana odznaczeniami państwowymi, (...) bo każdy, kto tylko mógł, odwdzięczał się jej za to, co nam dawała" - dodaje.

"Irena Kwiatkowska od lat była związana z tym szczególnym miejscem dla aktorów jakim jest Dom Artysty Weterana w Skolimowie. Pewnie pamiętała jego historię powstawania sprzed wojny, pierwszego funkcjonowania tego domu. (...) Pani Irena czuła się tam bardzo dobrze" - podsumowuje Łukaszewicz.

"Udało mi się namówić Irenę Kwiatkowską do udziału w 'Kursie mistrzowskim' w Teatrze Stu. Przekupiłem ją bukietem róż i przyjęła mnie u siebie w domu prywatnie. Podjęła mnie kawą i staromodnymi herbatnikami. To było 47 lat po tym, jak wyjechała z Krakowa. Ona była gwiazdę kabaretu 'Siedmiu Kotów', a potem, już nigdy do Krakowa nie przyjechała. W Krakowie zażyczyła sobie wizyty w Katedrze na Wawelu. Zawiozłem ją do Kaplicy Najświętszego Sakramentu, gdzie długo w skupieniu się modliła. W świecie aktorskim, na tej najwyższej półce pojawiają się co pewien czas indywidualności. To gwiazdy świecące najjaśniej. Irena Kwiatkowska była taką gwiazdą, wymykającą się zwykłym opisom. Miała niezwykłą żywość umysłu. Łączyła w sobie cechy artysty i wspaniałego człowieka. Była niesłychanie rzetelna, pracowita i precyzyjna, co w tym zawodzie bardzo pomaga. Kiedyś w jakimś programie przywitała się ze mną serdecznie, a ja zupełnie spontanicznie wziąłem ją na ręce. Była kruchej budowy, była lekka jak dziecko, aż sam się zdziwiłem, że trzymam w ramionach osobę tak delikatnej postury" - opowiada reżyser Krzysztof Jasiński.

"Jej popisowym numerem przez wiele, wiele lat było 'Ptasie radio'. Numer, jakże prosty, ale właśnie w tej prostocie ujawniało się całej jej mistrzostwo. Zawsze w takich momentach wydaje nam się, że człowiek znika i go nie będzie, a to nie jest prawda. On ciągle zostaje, a my jesteśmy w jakiś sposób zaskoczeni" - tłumaczy dyrektor krakowskiego Teatru Stu.

"Mój kontakt z panią Irenką w ostatnich latach i miesiącach był bardzo osobisty. (...) Pani Irenka była nadzieją, że można w ciepły i pogodny sposób się żegnać (...) Udawała, że wszystko jest w najlepszym porządku. Grała cudownie, niezwykła to była rola w tych ostatnich miesiącach" - wspomina Jacek Bławut.

O współpracy z Kwiatkowską w 2008 roku na planie filmu "Jeszcze nie wieczór", w którym aktorka zagrała siebie samą - mieszkankę Domu Artystów Weteranów Scen Polskich w Skolimowie, reżyser powiedział: "Pani Irenka pojawiała się na planie, w momencie gdy zapalały się reflektory. (...) Intuicyjnie nie mogła się oprzeć, żeby nie pojawić się na planie. Wtedy my wykorzystywaliśmy to i coś zawsze fajnego zagrała, a później znowu zapalaliśmy światła i czekaliśmy, aż znowu przyjdzie do nas. Nie to, że ona nie chciała zagrać w tym filmie, ona po prostu radość czerpała już z innych rzeczy i film był już dla niej czymś odległym. (...) Ostatnie lata życia były dla niej bardzo radosne i szczęśliwe" - podsumowuje reżyser.

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje