Reklama

Reklama

Krzysztof Kowalewski: Człowiek niespodzianka

To był człowiek niespodzianka, wspaniały. Komik szczególnego rodzaju; to nie był komizm, który by na siłę w człowieku wymuszał śmiech, bezmyślny rechot - powiedział PAP o Krzysztofie Kowalewskim krytyk i historyk teatru Tomasz Mościcki. W piątek w Warszawie odbędzie się pożegnanie aktora.

Krzysztof Kowalewski zmarł 6 lutego. Miał 83 lata

Wiele jest określeń tego wybitnego aktora i niezwykłego człowieka - zauważa w rozmowie z PAP krytyk i historyk teatru Tomasz Mościcki. - Po śmierci Krzysztofa Kowalewskiego jednak niemal na wszystkich portalach społecznościowych żegnano Pana Sułka. "Była to wielka rola, bardzo wyrazista, ale obawiam się, żeby ten wybitny wszechstronny aktor nie został w tym Panu Sułku 'ukamienowany'. Tak mawiał Jerzy Koenig 'ukamienować kogoś w pomnik'. Gdyby tak się stało z twórczością Krzysztofa Kowalewskiego, byłoby to bardzo niesprawiedliwe" - mówi Mościcki.

Zdaniem krytyka Kowalewski był aktorem przewidywalnym. Była to przewidywalność tego rodzaju, że jeśli się szło do teatru na spektakl w którym grał Kowalewski, było wiadomo, że będzie się miało kontakt ze sztuką aktorską najwyższego lotu. "Widziałem wiele ról Krzysztofa Kowalewskiego i nigdy nie widziałem 'położonej' roli" - zaznacza krytyk. Według niego, Kowalewski był zawodowcem, niesłychanie ceniącym sobie rzemiosło aktorskie. Miał niesłychanie poważny stosunek do zawodu, który przyszło mu wykonywać z ogromnym oddaniem przez 61 lat. Jak przypomina krytyk, artysta był dziedzicznie obciążony teatrem, teatrem naznaczony. Jego matka Elżbieta Kowalewska była znakomitą aktorką.

"Kowalewski to aktor nieoczywisty, miał ksywkę środowiskową 'Wuj'. Bardzo do niego przyległa z tą jowialnością, ogromną życzliwością. Duży mężczyzna, postawny, wysoki, wydawałoby się, że na scenie będzie zwalisty, mało ruchliwy. Nic podobnego. On był człowiekiem niesłychanie ruchliwym scenicznie, czasami przez scenę przepływał jak cumulus z ogromnym wdziękiem. Przy jego warunkach scenicznych ta zwinność, sprawność, delikatność były niesamowite. To był człowiek niespodzianka, wspaniały". "Mówi się o nim komik - zauważa Mościcki. - Ale to był komik szczególnego rodzaju; to nie był komizm, który by na siłę w człowieku wymuszał śmiech, bezmyślny rechot".

Reklama

Krytyk przypomina, że Kowalewski był jednym z ulubionych aktorów Stanisława Barei; grywał u niego ludzi, którzy z pozoru byli przystosowani do życia w kompletnie chorej rzeczywistości, ale okazywało się, że owa rzeczywistość stawia przed nimi wyzwania, wobec których są bezradni, a którym muszą sprostać. Modelowa rola  - kierownik produkcji z "Misia" - to zdawałoby się człowiek znakomicie usytuowany w środowisku, znający mechanizmy, a przecież okazuje się naiwny jak dziecko.

Mościcki wspomina role komediowe w Teatrze Współczesnym, wśród nich fantastyczną etiudę w sztuce Francisa Vebera "Najdroższy", a w niej scenę, gdy aktor usiłuje się wdrapać na wysoki barowy stołek. "Walkę Kowalewskiego 'jak ogarnąć barowy stołek' zawsze będę miał przed oczami. Był mistrzem w takich etiudach aktorskich" - mówi krytyk.

"Oglądałem Krzysztofa Kowalewskiego na scenie Teatru Współczesnego od połowy lat 80. - wspomina. - Był to czas przełamywania ról komediowych i zarazem bodaj najlepszy moment kariery aktorskiej, kiedy nabywa się dojrzałości zawodowej, świadomości środków wyrazu pewnego doświadczenia życiowego. Z tego okresu - z 1987 r. - pochodzi znakomita rola Krzysztofa Kowalewskiego w 'Życiu wewnętrznym' w reżyserii Marka Koterskiego" - przypomina Mościcki.

"Monolog aktora - w którym wydobywa, wylewa z siebie nienawiść do świata w którym żyje, do tej marnej egzystencji, której jest częścią - to wstrząsające dla widza przeżycie. Grał w tym spektaklu z Martą Lipińską; lubił grać z tą aktorką - tworzyli wielki, wdzięczny duet aktorski, np. w 'Martwych duszach', w 'Miłości na Krymie'" - dodaje.

"Prof. Aniela Świderska z Akademii Teatralnej mawiała 'postaci zawsze należy bronić' - to wielka teatralna mądrość. Kowalewski też o tym wiedział" - zauważa krytyk. Mościcki przypomina dwie role Kowalewskiego: komediowe i zarazem niekomediowe; dwa mistrzowskie studia brutalności i przemocy. Była to postać pełnomocnika obcego mocarstwa w "Ambasadorze" Sławomira Mrożka w przedstawieniu Erwina Axera z 1995 r.

"To rola wielu poziomów. Śmieszny na początku, staje się bezwzględny, brutalny  ale też jest ogarnięty strachem. Drugim studium bezwzględnej przemocy jest Edek z 'Tanga' Mrożka, które wyreżyserował Maciej Englert w 1997 r. Edek też był śmieszny na początku, potem spadła maska i wydobyła się spod niej silna bestia bez emocji; oprawca bez cienia empatii" - mówi krytyk. "Teraz już wiemy - zaznacza Mościcki - że niezapomnianą będzie rola starszego człowieka, pisarza Andre, którą  - jak sądzę - Kowalewski żegnał się z teatrem, w sztuce Floriana Zellera 'Nim odleci' w reżyserii Macieja Englerta z 2018 r. I był to też ostatni duet z, grającą w tej sztuce rolę żony pisarza, Martą Lipińską".

W tej dziwnej sztuce, według krytyka, Krzysztof Kowalewski stworzył rolę nie komediową, lecz głęboko tragiczną. "Wydawało się, że będzie to nowy etap w życiu artystycznym aktora. Okazał się ostatnim. To było symboliczne pożegnanie ze światem, z teatrem, z ludźmi. Przejmujące" - podsumował Tomasz Mościcki.

PAP
Dowiedz się więcej na temat: Krzysztof Kowalewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama