Reklama

Kręte ścieżki młodości. O kinie wchodzenia w dorosłość

Ostatnio zaprezentowaliśmy siedem polskich filmów o dorastaniu, których nie chcielibyście obejrzeć z dziećmi. Lecz nie tylko polscy reżyserzy mają tendencję do demonizowania nastolatków. Współczesne filmy o młodzieży proponują nam wizje, które Walta Disneya przyprawiłyby o mdłości. Niewielu jednak wie, że zbłąkani nastolatkowie są obecni w kinie przynajmniej od lat 50. XX wieku, a artyści od początku nie dawali im taryfy ulgowej. O życiu młodzieży często opowiadali bez hamulców i "ku przestrodze".

Kadr z filmu "Mięso"

Wytyczanie drogi

Nastolatkowie stali się wspólnotą dopiero na przełomie lat 40. i 50. ubiegłego stulecia na skutek powojennych przemian gospodarczych i przeobrażeń mentalności Amerykanów. Wcześniej takie zjawisko nie występowało - "dziecko" automatycznie stawało się "dorosłym". Nową społeczność połączyła przynależność do subkultur, slang i nonkonformizm - dzięki fali zbuntowanej młodzieży na ulicach pojawiły się gangi motocyklowe, do głosu doszli beatnicy, a poziom przestępczości wśród nieletnich znacząco wzrósł. Nie trzeba było długo czekać na reakcję Hollywood. Już w 1948 roku kino odpowiedziało na ten młodzieńczy entuzjazm filmem o sugestywnym tytule "Oni żyją w nocy" Nicholasa Raya, dając początek całemu nurtowi. Film opowiadał o trzech młodych skazańcach, którzy uciekają z więzienia i tworzą przestępczą szajkę.

Reklama

Jeszcze słynniejszym prekursorem kina o dorastaniu był kolejny film Raya: legendarny "Buntownik bez powodu", który wykreował ikonę popkultury - Jamesa Deana. Film ten o problemach młodych traktował bardzo serio, stając w rozkroku między potrzebą karcenia, a próbą zrozumienia nowego. Powstanie nurtu przypieczętowała tragedia - na niespełna miesiąc przed kinową premierą "Buntownika..." 24-letni Dean zginął w wypadku samochodowym, dzieło Raya automatycznie wynosząc do miana manifestu pokoleniowego. To wtedy ostatecznie ukształtowała się nowa silna grupa, która do dziś jest jednym z ulubionych tematów filmowców: niezależna, silna i zbuntowana młodzież.

W tym samym czasie także do Polski dotarło echo poczynań młodych łobuzów, przyjmując formę tzw. "czarnej serii", propagandowej tendencji początkowo obejmującej jedynie dokument ("Uwaga, chuligani!"), później również fabułę ("Koniec nocy"), która wprowadziła do polskiego kina mit zbuntowanego nastolatka - agresywnego rozrabiaki, postrachu żyjących w najbliższym otoczeniu staruszek. Mit mający z rzeczywistością tyle samo wspólnego, co współczesne filmy Katarzyny Rosłaniec ("Galerianki").

Hollywoodzcy producenci po pierwszych sukcesach błyskawicznie pojęli, że młodość się "sprzedaje" i nurt coming-of-age stories, który rodził się w dość niezależnych warunkach, wkroczył do mainstreamu. Wtedy też filmy o dorastaniu porzuciły jednorodną formułę, która nakazywała młodzieńcze problemy pokazywać w ciężkim, przyprawionym melancholią kluczu i uciekły w stronę gatunkowych i stylistycznych hybryd. Mimo że klasyczne dramaty o kryminalnych wybrykach nastolatków dalej powstawały ("Przestępcy" Roberta Altmana), szczególną popularnością cieszyły się produkcje wykorzystujące najbliższą młodym formę sztuki - muzykę.

Jazz, blues i rock'n'roll wypełniły sale kinowe, a widzów szturmem wzięły musicale, w których główną rolę grał symbol pokolenia, Elvis Presley ("Więzienny rock"). Były one przedstawicielami drugiego podejścia filmowców do młodości, łączącego w sobie elementy komedii i dramatu. Trzecie stanowiły filmy, które wymykały się klasyfikacjom - produkcje z wątkiem nadprzyrodzonym, o dojrzewaniu opowiadające przy użyciu metafor. Nie musiały być to metafory wyszukane, najważniejsze by były atrakcyjne, jak udowadniał film "Byłem nastoletnim wilkołakiem", inicjujący cykl młodzieżowych horrorów.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje