Reklama

Reklama

Komediowy western twórcy "Teda"

Kowboje, szalone strzelaniny i atmosfera Dzikiego Zachodu - to wszystko zobaczymy w komedii Setha MacFarlane'a "Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie"! Jej bohater Albert będzie musiał stanąć do pojedynku z brudnym i złym Clinchem Leatherwoodem.

Spokojne życie na Dzikim Zachodzie? Nic z tego! Ci, którzy widzieli zwiastun, wiedzą, że trup ściele się tu gęsto. Wskazuje na to zresztą również tytuł trzymającej od samego początku w napięciu komedii-westernu jednego z najzdolniejszych i najbardziej obiecujących reżyserów młodego pokolenia, Setha MacFarlane'a.

Artysta przed "Milionem sposobów jak zginąć na Zachodzie", zrobił tylko jeden pełnometrażowy film - słynnego, obsypanego nagrodami "Teda", o bardzo niegrzecznym pluszowym misiu. Był za to i nadal jest świetnym aktorem, który zresztą w opowieści o Dzikim Zachodzie gra główną rolę (jest także jej współscenarzystą i producentem).

Reklama

O co w tym wszystkim chodzi? Po pierwsze, jak Dziki Zachód, to obowiązkowo w XIX wieku - bo wtedy działo się naprawdę dużo. Przenosimy się więc w czasie do Arizony roku 1882. Skwar leje się z nieba, kule świszczą, kudłate owce beczą, kowboje ani myślą chować broni w kaburze, a na przypadkowych podróżnych czekają panie lekkich obyczajów w kolorowych sukniach i z mnóstwem pomysłów na relaks.

W miasteczku na końcu świata, maleńkim i zwariowanym Old Stump, tym, co zdarza się najczęściej, nie jest jednak zabawa, lecz... śmierć. Zginąć tu można w każdej chwili i na milion sposobów. Ot, choćby na corocznym jarmarku podczas pozowania do pamiątkowej fotografii lub od uderzenia gigantyczną bryłą lodu w głowę. Może cię też załatwić lekarz, który nie dał rady wyciągnąć drzazgi, zabójcza bakteria cholery albo obłąkany rewolwerowiec.

Wie o tym hodowca owiec Albert Stark (Seth MacFarlane): - Amerykański Zachód to straszne miejsce - twierdzi. - Wszystko, co nie jest tobą, chce cię tu zabić. Wściekli pijacy, głodne zwierzęta, kryminaliści, nawet lekarz. Nic więc dziwnego, że jego największym marzeniem jest wydostanie się z piekielnego miasteczka na zapomnianym przez Boga Zachodzie.

Na domiar złego, jego ukochana Louise (Amanda Seyfried), zamiast dochować wierności poczciwemu owczarzowi, szuka szczęścia u boku właściciela imponujących wąsów, Foya (Neil Patrick Harris). Dlaczego? Bo Foy ma wszystko to, czego brakuje miłemu chłopcu od kudłatych, wiecznie beczących baranków. Poza tym - wstyd żyć ze Starkiem, który stchórzył i nie stanął do pojedynku, mogącego skończyć się tylko... śmiercią.

Sytuacja zmieni się na lepsze dopiero, gdy w miasteczku zamieszka piękna, odważna i świetnie władająca bronią Anna (Charlize Theron). Dziewczyna z rewolwerem wpadnie w oko Albertowi, to pewne! Czy jednak będzie to miłość od pierwszego wejrzenia, czy raczej od pierwszego strzału?

- Okazuje się, że tych dwoje sporo łączy - oboje nie cierpią miejsca, w którym przyszło im żyć i zrobiliby wszystko, by się stąd wyrwać - przyznaje Theron, która współpracę z MacFarlanem uważa za wybitnie udaną.

Miłość miłością - bywa zbawienna, potrafi jednak również napytać biedy. Do Old Stump przybywa bowiem śladami Anny jej zazdrosny mąż, rzezimieszek bez serca Clinch Leatherwood (Liam Neeson). Jak rozwikłać ten galimatias? Owczarz będzie musiał stanąć z Clinchem do pojedynku, z którego żywy wyjdzie tylko jeden kowboj...

Jak to w bajkach i westernach bywa, zwycięzca zdobędzie prawo do ręki damy. Uwaga, język, którym mówią kowboje, bywa nieprzyzwoity, niektóre sceny są naprawdę krwawe, zabawa może być jednak znakomita. Czy film powtórzy sukces "Teda"? Przekonajmy się sami, jadąc ze Starkiem, Anną i Clinchem Leatherwoodem (prawda, że też przychodzi na myśl... Clint Eastwood?) na śmiertelnie Dziki Zachód.

Maciej Misiorny

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje