Kirk Douglas: Nie był ideałem małżeńskiej wierności

Kirk Douglas na planie filmu "Był sobie łajdak" /Warner Bros /East News

Jest wcieleniem amerykańskiego snu: awansował od przysłowiowego pucybuta do milionera. A nawet jeśli sam nikomu nie polerował butów, to tylko przez przypadek...

Reklama

Patrząc na jego dołek w brodzie, chabrowe oczy i złote włosy trudno uwierzyć, że ten najbardziej amerykański z amerykańskich aktorów przyszedł na świat 101 lat temu jako Issur Danielewicz Demski wśród żydowskiej biedoty stanu Nowy Jork. Jego niepiśmienni rodzice pochodzili z Mogilewa na obecnej Białorusi, w domu mówiło się w jidysz. Mama powtarzała mu, że jako Żyd o wszystko będzie musiał starać się dwa razy bardziej, uzależniony od alkoholu ojciec nie wierzył w żadne wysiłki. W ojczyźnie był handlarzem koni, w USA chuda szkapa ciągnęła wózek, z którego sprzedawał gałgany i złom. "Śmieciarz był na samym dole drabiny społecznej. A ja byłem synem śmieciarza" - pisał w swej autobiografii Kirk.

Od najmłodszych lat pomagał utrzymać dom i sześć sióstr. Nieraz głodował i kradł jedzenie. Zaliczył 40 dorywczych miejsc pracy - od sprzedawcy gazet po gońca, a w święta stał w kolejce po darmowy posiłek Armii Zbawienia. "Starałem się nawet o przyjęcie do jednego z żydowskich teatrów, ale powiedzieli mi, że jeśli będą szukać kogoś do roli nazisty, to się zgłoszą" - wspomina. Furtkę do lepszego życia otworzyły mu sukcesy w nauce. Dostał stypendium w lokalnym college’u (gdzie nadal głodował i żebrał o jedzenie), marzył jednak o szkole teatralnej. "Miałem talent, ale, co ważniejsze, miałem też tupet" - uśmiechał się.

Po dyplomie ruszył do Nowego Jorku autostopem (zatrzymała się tylko ciężarówka z nawozem) i z marszu wprosił się do dziekana wydziału aktorskiego uniwersytetu St. Lawrence. Zakomunikował, że czesnego może zapłacić najwyżej 163 dolary, zaprezentował za to teczkę dyplomów za sztuki grane w szkolnych teatrach. Dziekan zatkał nos, ale przyznał chłopakowi zapomogę finansową, pod warunkiem, że odpracuje ją jako ogrodnik i stróż na kampusie. Jego fatalna sytuacja finansowa (pewnego razu z braku miejsca do spania postarał się, by spędzić noc w areszcie) nie odstraszała najświetniejszych dziewczyn z wydziału, w tym Lauren Bacall. Była w nim "szaleńczo zakochana" ale Kirk nie brał jej poważnie, gdyż dzieliło ich 8 lat różnicy wieku.

Mimo tego zarekomendowała go do jego pierwszej filmowej roli. Na casting do "Dziwnej miłości Marthy Ivers" udał się z Nowego Jorku do Los Angeles pociągiem, miał więc mnóstwo czasu, by nauczyć się kwestii. Niestety... "Nauczyłem się roli pierwszoplanowego twardziela zamiast tej, w której widziano mnie - mięczakowatego, uzależnionego od alkoholu męża głównej bohaterki". Na szczęście... "Reżyser kazał mi zapalić papierosa. Nie byłem palaczem i zaraz pobiegłem do garderoby, by zwymiotować" - wspominał. Rolę wymoczka dostał bez problemu. "Wkrótce pracowałem w Hollywood już regularnie - oraz paliłem cztery paczki dziennie".

Reklama

Na przełom musiał poczekać jeszcze trzy lata. Zagrał wtedy w bokserskim dramacie "Champion", i po raz pierwszy nominowano go do Oscara. Wszystkie walki odtwarzał osobiście, a w scenie, w której jego bohater pada na deski, naprawdę został znokautowany.

Upadków z konia, które później przydarzały mu się podczas kręcenia przeróżnych westernów, nie sposób zliczyć. "Chcecie wiedzieć, co powiedziałbym sobie młodszemu? Używaj kaskaderów. Każdego dnia płacę cenę za bycie macho" - żalił się kilka lat temu po operacji wymiany stawów kolanowych. Tej radzie z pewnością przyklasnęłaby Jan Sterling, którą dusił na planie "Asa w potrzasku". "Nim kamery poszły w ruch ustaliliśmy, że Jan da mi znać, gdybym był zbyt brutalny. Gdy zrobiła się sina i omdlała, puściłem ją. 'Dlaczego mnie nie zatrzymywałaś?' - krzyknąłem. 'Nie mogłam - wyrzęziła - bo mnie dusiłeś!'".

Zaangażowanie w filmy miało też inne konsekwencje: w 1951 r. rozpadło się jego małżeństwo z aktorką Dianą Dill, z którą ma dwóch synów: słynnego Michaela i producenta filmowego Joela. Związkowi nie pomógł skandal, jaki wybuchł w trakcie kręcenia "Człowieka z trąbką", gdy w tajemniczych okolicznościach zniknęła jedna z drugoplanowych aktorek. Sprawy nigdy nie wyjaśniono, policji udało się tylko znaleźć porzuconą torebkę, a w niej list zaadresowany do niejakiego Kirka: "Nie mogę już dużej czekać, idę do dra Scotta". Douglas uparcie twierdził, że w żadnym wypadku nie był tym Kirkiem z koperty. Nic dziwnego - zaginiona była w trzecim miesiącu ciąży, a aborcja była wtedy w USA nielegalna.

Miłość na całe życie znalazł dopiero w Paryżu. Niemiecką producentkę, Annę Buydens, poznał podczas trasy promującej jeden z jego filmów. "Grałam trudną do zdobycia!" - śmieje się Anne i rzeczywiście, Kirk musiał się sporo nagłówkować. W końcu zaprosił ją do cyrku, z którym czasem gościnnie występowały francuskie gwiazdy. Na scenie pojawił się zaraz po słoniach. "Wyszedłem i w smokingu, z miotłą i łopatą zabrałem się do sprzątania po moich poprzednikach. Rozśmieszyłem Anne tak, że w końcu udało mi się ją do siebie przekonać" - pisał.

W 1954 r. powiedzieli sobie "tak" w Las Vegas, i to w pośpiechu, gdyż Kirkowi zależało, by zdążyć jeszcze na koncert swego kumpla, Franka Sinatry. To zaniedbanie nadrobił dopiero w ich 60. rocznicę, podczas hucznych powtórnych zaślubin w hotelu Beverly Hills. Cieniem na ich radości kładło się tylko to, że nie mógł im towarzyszyć młodszy z dwóch synów, Eric, który zmarł dekadę wcześniej po przedawkowaniu leków i alkoholu.

Przez te 60 lat małżeństwa Anne zawsze musiała wykazywać się wielką wyrozumiałością. Soczystych historii z Kirkiem i największymi gwiazdami Hollywood - od Joan Crawford ("nieprzyjemny oddech") po Ritę Hayworth ("smutna") - jest mnóstwo. Anne znosiła też dzielnie gigantyczne ego męża, wszak to właśnie jemu zawdzięczał sukces. Gdy aktor nie dostał wymarzonej roli w "Ben Hurze", namówił Stanleya Kubricka, by wyreżyserował "Spartakusa". Na planie Douglas w podwójnej roli (głównego aktora i producenta) objawił się jako narcystyczny despota, ale wiedział, co robi - "Spartakus" okazał się szczytem, ale w pewnym sensie także końcem jego kariery. Nigdy już nie zagrał tak wielkiej roli, choć pracował przez kolejne 44 lata.

Postanowił jeszcze zawalczyć o wstęp na wymarzony Broadway. Jednak "Lot nad kukułczym gniazdem", do którego kupił prawa, już po pół roku zszedł z afisza. Kirk przez 10 lat usiłował znaleźć producenta, który wyłożyłby pieniądze na ekranizację książki z aktorem po 50-tce w roli buntownika. W końcu sprezentował prawa do historii swojemu synowi Michaelowi. "Jesteś za stary" - zgasił nadzieje ojca Michael i w głównej roli obsadził Jacka Nicholsona. Film, jako jeden z trzech w historii, zgarnął 5 Oscarów w najważniejszych kategoriach, w tym dla Nicholsona za rolę pierwszoplanową i dla Michaela za produkcję.

Kirk cieszył się zwycięstwem syna, ale zrozumiał, że nastąpiła zmiana warty. Dziś to raczej on jest "ojcem Michaela Douglasa" niż Michael "synem Kirka". Sam, mimo trzech nominacji, upragnioną statuetkę otrzymał dopiero w 1996 r., za całokształt. Akademia postanowiła go uhonorować, gdy cudem wyszedł cało z wypadku samolotowego oraz przeszedł upośledzający mowę udar. Najwyraźniej obawiano się, że długo już nie pożyje. Niesłusznie.

MP

Dowiedz się więcej na temat: Kirk Douglas

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje