Reklama

Kino przyszłości: 3D or not 3D?

Porównanie dwóch najważniejszych filmów 2010 roku: "Avatara" Jamesa Camerona oraz "Incepcji" Christophera Nolana, to porównanie dwóch strategii rozwoju współczesnego kina. Podstawowe pytanie brzmi: 3D or not 3D? Ale w minionym roku emocjonowaliśmy się też innymi filmowymi wydarzeniami.

Reklama

Za kilkanaście dni minie dokładnie rok, kiedy na ekranach kin zadebiutował "Avatar" Jamesa Camerona. Twórca "Titanika" pobił kolejny rekord, ale konsekwencje kasowego sukcesu pionierskiej produkcji 3D wykraczają daleko poza granice finansowej satysfakcji. Ostatnie 12 miesięcy być może wyznaczyły nowy kierunek w rozwoju współczesnej kinematografii.

Kino po "Avatarze"

Mimo że "Avatar" nie znalazł się w żadnym z szanujących się podsumowań roku na najlepszy film 2010 roku [film formalnie wszedł na ekrany kin w 2009 roku], nie ulega wątpliwości, że to właśnie James Cameron zapoczątkował swym obrazem rewolucję technologiczną, której znaczenie może mieć nie mniejszy wpływ na rozwój historii kina, niż powstanie "Obywatela Kane'a". Miłośnicy kina dzielą się na tych, którzy zobaczyli "Avatara" i pozostali pod urokiem technologii 3D, oraz na tych, którzy darowali sobie wycieczkę do kina, uznając, że życie samo w sobie jest już wystarczająco trójwymiarowe.

Paradoks fenomenu "Avatara" polega na tym, że w czasach cyberkultury i nowych mediów, film Jamesa Camerona intencyjnie cofa percepcyjne doświadczenie widza do początków kina. Czołowy polski krytyk Tadeusz Sobolewski w pochwalnej pieśni ku czci "Avatara" zauważył z zachwytem, że współczesnemu trójwymiarowemu widzowi towarzyszą te same emocje, które sprawiały, że publiczność w popłochu uciekała z kina podczas seansu "Wjazdu pociągu na stację Ciotat" braci Lumiere.

Hollywood wystarczą analizy słupków box office'u; film w 3D sprzedaje się lepiej, niż kino w dwóch wymiarach. Dlatego "Alicję w krainie czarów" Tima Burtona wprowadzono na ekrany kin właśnie w formacie 3D, co zapewniło produkcji miejsce w pierwszej 10-tce najbardziej dochodowych filmów w historii kina. Sławomir Idziak, operator pierwszej trójwymiarowej produkcji w polskim kinie, czyli "Bitwy warszawskiej 1920", przyznaje bez ogródek, że decyzja o użyciu nowej technologii związana była z komercyjnym charakterem filmu Jerzego Hoffmana. Dodaje równocześnie, że wraz z 3D zapisujemy nową kartę w historii kina.

- Musimy stworzyć nową gramatykę kina - przestrzega Idziak.

Czy tego właśnie chce Hollywood, które zapowiada już trójwymiarową konwersję całej serii "Harry'ego Pottera"?


Artystyczny blockbuster?

Osobą, która z wielką rezerwą przygląda się technologii 3D, jest Christopher Nolan. Amerykańskiemu reżyserowi udała się w minionym roku rzecz jeszcze bardziej niezwykła od kasowego rekordu Jamesa Camerona. Artystyczny blockbuster? Wydaje się, że połączenie tych dwóch spojrzeń na kino jest niemożliwe. Albo kręcimy kino popularne, którego jedynym celem jest zarobienie dużych pieniędzy z określoną liczbą zer na końcu, albo mamy ambicje artystyczne.

Przypadek "Incepcji" udowadnia, że możliwe jest kino artystyczne dla mas (film zarobił ponad 825 milionów dolarów, plasując się na 24. miejscu na liście najbardziej kasowych produkcji wszech czasów!).

Co jest najciekawsze w podejściu do kina, które proponuje Christopher Nolan? To, że łączy tradycję ze współczesnością, zachowując dotychczasowy proces realizacji filmów. Tam, gdzie James Cameron kazałby popracować swym specom od efektów komputerowych, tam Christopher Nolan pragnie, trochę jak kinowy widz, doświadczyć autentyczności. Kiedy więc w jednej z kluczowych scen "Incepcji" oglądamy wybuch potężnej fortecy, możemy być pewni, że reżyser dołożył wszelkich starań, aby na planie potężny wybuch wstrząsnął prawdziwym budynkiem.

Nolan, który przygotowuje się teraz do realizacji trzeciego już z serii filmów o Batmanie, na pierwszej konferencji prasowej dotyczącej produkcji "The Dark Knight Rises" miał jedną konkretną rzecz do przekazania. Poza podaniem do publicznej wiadomości tytułu oczekiwanego filmu, reżyser podkreślił też z całą stanowczością, że wbrew naciskom ze strony studia Warner Bros, nie zamierza kręcić go w technologii 3D. Czyżby był ostatnim rycerzem Hollywood stojącym na straży tradycyjnego kina?


Filmy, które nie powstały

Jednymi z najbardziej oczekiwanych tytułów, jakie miały zostać zrealizowane w 2010 roku, były filmy, które ostatecznie do dziś nie powstały. W ciągu całego roku informacjom o fatalnym stanie finansowym wytwórni MGM towarzyszyły rewelacje dotyczące obsady i ekip dwóch wysokobudżetowych produkcji: ekranizacji "Hobbita" i kolejnego filmu o Jamesie Bondzie.

Realizacja filmu na podstawie "Hobbita" stała się w Nowej Zelandii sprawą wagi państwowej, w którą zaangażowali się nawet członkowie rządu, namawiając filmowców, by nie przenosili produkcji filmu do Australii. Ciągłych opóźnień spowodowanych niepewną sytuacją MGM nie wytrzymał w końcu reżyser Guillermo del Toro, od kilku lat pracujący nad scenariuszem filmu. Niedługo po tym, jak meksykański reżyser zrezygnował z realizacji "Hobbita", wytwórnia dała produkcji zielone światło. Do świata stworzonego przez Tolkiena powrócili więc nie tylko IanMcKellen, Cate Blanchett i reszta obsady "Władcy Pierścieni", ale też Peter Jackson. Guillermo del Toro? Czekamy na autobiografię "Dzień, w którym zrezygnowałem z reżyserii 'Hobbita'".

Pod górkę miał też w 2010 roku legendarny bohater MGM - James Bond. W przypadku agenta 007 sytuacja jest jednak bardziej klarowna. Wiadomo, że na razie nikt nie zastąpi odtwórcy tytułowej roli, Daniela Craiga. Kiedy więc pod koniec roku pojawiły się pierwsze nieśmiałe sugestie, że "Bond 23" pozostaje na tapecie MGM, wystarczyło zaplanować produkcję filmu z wyprzedzeniem, tak aby dopasować ją do grafika brytyjskiego aktora. Zdjęcia do filmu mają ruszyć "gdzieś w 2011 roku".

Z reżyserskiej fuchy nie zrezygnował Sam Mendes. On miał w tym roku inne powody do zmartwienia: co prawda dostał Bonda, ale stracił żonę Kate Winslet.

Remake, reboot, sequel

Pamiętacie wielką popularność azjatyckiego kina grozy w Stanach Zjednoczonych, która na początku mijającej dekady kazała każdemu szanującemu się producentowi w Hollywood zrealizować remake jakiegoś azjatyckiego horroru? W tym roku Hollywood oszalało na punkcie Skandynawii (ale to chyba nie z powodu Norway Grants?). Amerykanie jeśli już decydują się na podróbkę, to wyłącznie towaru najwyższej jakości. Horror "Pozwól mi wejść" Thomasa Alfredsona, zanim nakręcony został na nowo przez Matta Reevesa, uznany został za jedno z największych odkryć poprzedniego roku; z kolei zrealizowana na podstawie książek bijącego rekordy popularności Stiega Larssona "Trylogia Millennium", którą na amerykański grunt przenosił będzie David Fincher, to już fenomen w skali światowej.

Co ciekawe, "Pozwól mi wejść" Matta Reevesa został przez wielu amerykańskich recenzentów (oraz mistrza powieści grozy Stephena Kinga) uznany za najlepszy amerykański film roku. Chciałoby się napisać coś odkrywczego o toczącej Hollywood chorobie braku oryginalności, kiedy człowiek uświadamia sobie, że już w 2007 roku Martin Scorsese dostał Oscara za "Infiltrację", remake hongkońskich "Infernal Affairs".


Poza remake'ami, niesłabnącą karierę robią w Hollywood sequele (ciekawostka: gwiazdę szwedzkich filmów serii "Millennium" Naomi Rapace, zobaczymy w przyszłym roku w sequelu "Sherlocka Holmesa", oto jak Hollywood nagradza zagranicznych aktorów!) oraz rebooty.

Czym jest reboot? Próbą ożywienia jakiegoś tytułu lub całej serii sprzed lat. Chodzi o to, by nakręcić coś jeszcze raz. Nie trzeba się wysilać nawet na nowy tytuł, wystarczy ten, który publiczność już zna, tylko zdążyła go trochę zapomnieć. "Karate Kid" kontra "Drużyna A"? Pod pewnymi względami za najbardziej oryginalny reboot 2010 roku należy jednak uznać "Niezniszczalnych" Sylvestra Stallone'a!

Złota Palma, Oscar, Złoty Lew

Mijający rok przyniósł nam również najbardziej ekscentryczną Złotą Palmę w historii festiwalu w Cannes. Amerykańskich recenzentów odstręczył już sam tytuł zwycięskiego filmu Apichatponga Weerasethakula "Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia". Przewodniczący canneńskiego jury - Tim Burton - dokonał rzeczy niebywałej: dawno nie zdarzyło się, by laureat Złotej Palmy miał tak miażdżące recenzje! Film tajskiego reżysera to propozycja wybitnie arthouse'owa. O ile w ubiegłych latach filmy, które zdobyły Złotą Palmę, otrzymywały przynajmniej nominację do Oscara w kategorii "najlepszy film nieanglojęzyczny", o tyle w przypadku tegorocznego laureata nie możemy być nawet pewni tego, czy dziennikarze nauczą się poprawnie wymawiać nazwisko reżysera!


Jeśli zaś o Oscarach mowa - tegoroczna edycja była wyjątkowa pod jednym względem. Po raz pierwszy w historii nagród Akademii zdarzyło się, by statuetkę dla najlepszego reżysera odebrała kobieta. Kathryn Bigelow ("The Hurt Locker") utarła nosa swemu byłemu mężowi Jamesowi Cameronowi i została pierwszą reżyserką uhonorowaną Oscarem.

Pierwszą w historii nominowaną w tej kategorii była Sofia Coppola (za film "Między słowami"), która ze swym najnowszym obrazem "Somewhere" triumfowała w tym roku w Wenecji, zdobywając Złotego Lwa. Niektórzy twierdzą, że jej najnowszy film jest sequelem "Między słowami". Różnica między artystami a rzemieślnikami jest taka, że artyści powtarzają się w mniej oczywisty sposób.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: note | Christopher Nolan

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje