Reklama

Jerzy Gruza: Żartował tylko z tych, których lubił

Twórca „Wojny domowej” i „Czterdziestolatka” dawał widzom uśmiech w niewesołych czasach.

Jerzy Gruza

"Nie trzeba wymyślać zabawnych scen, bo takie pomysły szeleszczą papierem" - twierdził Jerzy Gruza, pytany o sekret swoich ponadczasowych przebojów: "Wojny domowej" i "Czterdziestolatka". Należy za to uważnie rozglądać się wokół siebie.

Reklama

"Z natury jestem obserwatorem, chyba wnikliwym" - mówił. "Znajomi często uważają za głupotę moje upodobania do przyglądania się innym. Nieraz zdarzyło mi się zatrzymać na ulicy, by przysłuchać się jakiejś awanturze, albo obserwować, jak służby miejskie wypisują niesfornym mandaty. Nawet kiedy jestem w domu, rejestruję dialogi, które toczą się na ulicy. Wyglądam przez okno, zupełnie jak baba na wsi, której sprawia przyjemność podglądanie sąsiadów. A w tym wszystkim najbardziej pociągający jest komizm i prawda".

Życie jak thriller

Kino pokochał jeszcze przed wojną. Na jednym z filmów Chaplina śmiał się tak głośno, że.... wyrzucono go z sali. Potem jako uczeń podstawówki nawet dramatyczne wydarzenia na ulicach okupowanej Warszawy postrzegał jako coś w rodzaju niezwykłego filmu, w którym przemoc łączy się z groteską.

"To był teatr ulicy - wspominał. - Zbiorowisko rzeczy tragicznych, dramatycznych i śmiesznych. Byli policjanci, handlarze i złodzieje. Kiedyś koło mnie nagle padły strzały. Patrzę, a w kałuży krwi leży niemiecki oficer. Natychmiast robi się ruch, podjeżdżają budy, zaczyna się łapanka, trzeba uciekać...".

Rodzina przetrwała koszmar powstania w Śródmieściu. Po kapitulacji ruszyli do obozu w Pruszkowie, objuczeni resztkami dobytku. Te pakunki natychmiast im ukradziono, gdy próbując znaleźć trochę wody, na moment spuścili je z oczu. Kiedy poskarżyli się jednemu ze strażników, ten powiedział, żeby nie zawracali mu głowy, niczego nie szukali, tylko szybko wsiadali do podstawionego wagonu, którym pojadą w Kieleckie, bo taka szansa może się nie powtórzyć. Tak zrobili, dzięki czemu nikt z nich nie trafił do obozu ani na roboty. "To groteskowe, że złodziej pokierował nas ku wolności"  - wspominał Jerzy Gruza.

Po maturze nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Przez pewien czas chciał być rzeźbiarzem. Potem miał szansę zostać "królem wełny".

"W Centrali Tekstylnej Importu Surowców Włókienniczych UB aresztowało wielu specjalistów, dzięki czemu mieli masę wakatów" - wspominał. "Od razu zrobiono ze mnie referenta w dziale wełny. Byłem kompletnie zielony, a pracowałem tylko z jednym facetem - kierownikiem. On łeb jak sklep, fachowiec od włókiennictwa, a do tego piekielnie zdolny lingwista. Ja może i tępy, ale za to bystry. Zacząłem wtedy czytać najlepsze na świecie pismo o wełnie, australijskie 'Wool Digest'. Wdrażałem się. Wełna była wtedy surowcem strategicznym i szła przez Polskę do Związku Radzieckiego. Byliśmy wtedy największym importerem wełny na świecie".

Wystarczył jeden film

Reżyserem został trochę przez przypadek. Kiedyś spotkał na ulicy kolegę - operatora. Zapytany, co robi, odpowiedział, że właściwie nic. Usłyszał radę, żeby zdawać do filmówki. Przyjął ją bez entuzjazmu, bo znał ten światek dzięki ojcu, który był optykiem w Wytwórni Filmów Fabularnych, gdzie zajmował się obiektywami i przerabiał stare niemieckie kamery na bardziej współczesne. Na dodatek wiedział, że wydział jest oblegany i o każde miejsce stara się kilkunastu chętnych. Postanowił jednak spróbować szczęścia.

W przeddzień egzaminu poszedł do kina na francuski film "Bitwa o szyny". To był strzał w dziesiątkę, bo egzaminujący go Jerzy Toeplitz, współtwórca Filmówki, był entuzjastą nowego kina francuskiego. Przymknął oko na to, że kandydat nie miał nic do powiedzenia o żadnym z filmów, o które go pytano, i wdał się w dyskusję o "Bitwie". Gruza zdał za pierwszym podejściem.

Swoje miejsce znalazł w telewizji, którą współtworzył od czasów pionierskich. "Praca tu była od rana do późnego wieczoru i w noce, i w święta, i w niedziele" - pisał. "Ci ludzie byli jak strażacy, pogotowie, szpital, ostry dyżur. Nie miała znaczenia rodzina, dzieci, choroby, niedyspozycje. Transmisje na żywo, teatry na żywo, napięcie, ciągły strach, że coś się nie uda, coś się zawali, nie strzeli, zgaśnie światło, aktor zapomni tekstu, przewróci się dekoracja w małym studio wielkości 'em cztery', gdzie na żywo szły całe inscenizacje klasyki Teatru Poniedziałkowego, wielogodzinne próby pod reflektorami walącymi światłem i żarem w głowy aktorów i ekipy realizatorskiej, chwytane w pośpiechu kanapki, wrzody na żołądku"...

Czuł się w tym wszystkim jak ryba w wodzie. Zasoby energii miał niewyczerpane. Działał w bardzo różnych dziedzinach. Spod jego ręki wyszły tak lubiane programy rozrywkowe jak "Poznajmy się" i "Małżeństwo doskonałe" oraz kilkadziesiąt spektakli Teatru Telewizji. Reżyserował rewelacyjną "Wojnę domową", a potem "Czterdziestolatka". Były też transmisje festiwali w Sopocie oraz serial "Pierścień i róża". W końcu lat 90. pokazał polskich nowobogackich w "Tygrysach Europy".

"Oglądałem się za kobietami"

Jak znajdował przy tym czas na bogate życie towarzyskie oraz niezliczone flirty i romanse? To był jego sekret. W szarym PRL-u robił wrażenie barwnego ptaka, w kosztownych kolorowych płaszczach, fantazyjnych kapeluszach i szalikach. Odwiedzał lokale lubiane przez twórców, gdzie był duszą towarzystwa. Opowiadał anegdoty prawdziwe i podkolorowane. Trzymał się przy tym jednej zasady: nie żartował z osób, których nie lubił i nie cenił. O nich milczał. Lubił jeździć kabrioletami, bo, jak twierdził, z nich najłatwiej można było podrywać dziewczyny.

Trzy razy się żenił. Trzecią żoną była Grażyna Lisiewska, która w "Czterdziestolatku" zagrała wyzwoloną obyczajowo laborantkę Mariolkę. Ich syn Paweł, z którego był dumny, jest prawnikiem, wybitnym znawcą finansów.

"Niektórzy biorą mnie za playboya, bo zawsze interesowałem się płcią przeciwną" - mówił reżyser.

"Owszem, często oglądałem się za kobietami. Zresztą zwykle po moim spojrzeniu potykały się. Przeżyłem to wielokrotnie, ale nie chcę wyjść na starego samochwałę. Dla równowagi mogę stwierdzić, że z biegiem czasu przestały się potykać. A szkoda".

Walcząc z rozmaitymi dolegliwościami, wciąż był aktywny. Bał  się "odklejenia", czyli nienadążania za współczesnością. Za własne pieniądze nakręcił film "Dariusz", opowieść o starzeniu się artysty. Na jego premierze był już nieobecny z uwagi na stan zdrowia. Odszedł 16 lutego. Żegnający go na warszawskich Powązkach Wojskowych mówili, że był człowiekiem, który dał Polakom uśmiech w smutnych czasach PRL-u.  

IP

Życie na Gorąco Retro

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Gruza

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje