Reklama

Jerzy Bończak: Spełniły się moje marzenia

Mieszkam w starym domu z cegły, który stoi nad jeziorem, przyjaźnię się z sąsiadami a w sadzie mam jabłonie Cesarz Wilhelm - mówi Jerzy Bończak, który od ponad 20 lat spędza wolny czas na Warmii.

Mieszka pan od 20 lat na warmińskiej wsi pod Olsztynem. Jak pan tu trafił?

Reklama

Jerzy Bończak: - Zacznijmy od tego, że w 1971 roku w olsztyńskim Teatrze im. Jaracza zadebiutowałem i rozpoczynałem działalność zawodową. Przyjechałem tutaj zupełnie przez przypadek, szukając angażu. Ukończyłem Szkołę Teatralną, a wówczas był taki zwyczaj, że do studentów Szkoły Teatralnej przychodziły listy z propozycjami pracy z całej Polski i w tej korespondencji, która wpłynęła do mnie, był list od ówczesnej dyrekcji Teatru Jaracza. Pomyślałem sobie, że jest to bardzo ładne miejsce i warto byłoby je lepiej poznać, tym bardziej, że nie znałem wówczas ani Warmii ani Mazur tak dokładnie. Byłem w Olsztynie przez niecały sezon, a następnie przeniosłem się do Warszawy, bo tam dostałem propozycję pracy.

- Miałem jednak wciąż w pamięci te miejsca i myśl, by tutaj gdzieś znaleźć siedlisko, w którym mógłbym zamieszkać. Minęło trochę czasu aż znalazłem sobie dom nad samym jeziorem niedaleko Olsztyna i tam się przeprowadziłem. Na początku traktowałem go jako dom letniskowy, ale z czasem pomieszkiwałem tutaj coraz dłużej - najpierw miesiąc, potem dwa miesiące wakacyjne, zacząłem przyjeżdżać na wiosnę i zostawałem do jesieni a następnie, współpracując z olsztyńskim teatrem przy okazji zabawy sylwestrowej, także na zimę. I nagle okazało się, że więcej czasu spędzam w tym podolsztyńskim domu niż w Warszawie.

Mówi pan o siedlisku, więc rozumiem, że to jakiś stary warmiński dom.

- Tak, to stary dom z 1923 roku, więc za chwilę będzie miał 100 lat, genialnie utrzymany, cegły, z których jest zbudowany były tak wypalane, że w ogóle się nie niszczą.

Musiał pan go remontować?

- Zrobiłem remont, ale tylko taki, który wiąże się z adaptacją budynku, musiałem go przystosować do swoich wymogów, nie było konieczności reperacji domu.

Olsztynianie - mieszkańcy Warmii, lubią testować przyjezdnych, zwłaszcza warszawiaków, czy potrafią rozróżnić Warmię od Mazur.

- Ja potrafię. Jeśli ktoś mnie pyta 'Czy jedziesz na Mazury?', to odpowiadam: 'Nie. Jadę na Warmię'. Zresztą bardzo wielu mieszkańców tej wioski, w której się osiedliłem, też zwracało mi uwagę na początku: 'Ty nie jesteś na Mazurach. Ty jesteś na Warmii'. Pamiętaj: 'Nie mów w wywiadach, że jedziesz na Mazury, bo jedziesz na Warmię'. Ja oczywiście o tym wiedziałem.

Czy ma pan wśród swoich sąsiadów rodowitych mieszkańców Warmii?

- Mam różnych sąsiadów, w większości są to ludzie napływowi. Tacy, którzy mieszkają tu mniej więcej tyle samo czasu co ja z żoną. Pochodzą gdzieś z tych okolic, ale nie są autochtonami, tylko przenieśli się z jednej wioski do drugiej. Mam z nimi bardzo dobre relacje. Mieszka też kilka rodzin, które pracują w Olsztynie, a pod Olsztynem mają swoje domy i jesteśmy z nimi bardzo zaprzyjaźnieni. Mamy też jednego sąsiada, z którym relacje się nie ułożyły i 'kultywujemy nieutrzymywanie kontaktów'.

Czy ma pan hobby, zajęcia, którym właśnie tutaj może pan poświęcać czas?

- Szukałem właśnie takiego miejsca, jak to moje siedlisko na Warmii, bo jestem zapalonym wędkarzem, a dom stoi na samym jeziorem, więc spełniły się wszystkie moje marzenia. Przez wiele lat siedziałem z wędką głównie na pomoście, a w tej chwili trochę się to zmieniło. Już się przyzwyczaiłem do tego, że woda jest dwa kroki od domu. Ryb jest jednak coraz mniej. W tym roku mój szwagier odniósł sukces, bo gdy przyjechał nas odwiedzić - a też jest wędkarzem i to nie takim 'spsiałym' jak ja, tylko czynnym, więc zasadzał się na dużą rybę - to kilka 5-6-kilogramowych szczupaków złowił.

A pana największa ryba?

- Ja nie mam jakichś rekordów, choć uczestniczę w zawodach wędkarskich dla aktorów. Dla moich kolegów z Warszawy to duża atrakcja, związana z dwudniowym wypadem nad jezioro. Oni są zachwyceni, a ja sobie wówczas myślę: 'Znów pojadę z jednego jeziora na drugie i jeszcze nie nałapię ryb'. Ale oczywiście jadę, po to, żeby spędzić miło czas. Kiedyś pojechałem na łowisko. Ale to są specjalne miejsca hodowlane i tam udało mi się złapać karpia, który mocno walczył i ważył 4,7 kg. Po wyłowieniu, pocałowałem go w usta i wrzuciłem z powrotem do wody.

Ma pan ogródek, który trzeba uprawiać albo trawnik, który trzeba kosić?

- Nie mam ogródka! Mam za to stare drzewa posadzone przez budowniczych tego domu, więc pochodzą pewnie też z 1923 roku. Są to stare odmiany np. Cesarz Wilhelm, które rodzą późnojesienne, fantastyczne, soczyste, winne i bardzo smaczne jabłka. Mam trawnik, ale staram się, by było jak najmniej trawy na działce, wyłożyłem więc teren kamieniami, posadziłem rośliny, żeby za dużo nie kosić.

Powróciłabym jeszcze do pana debiutu. Jak wspomina pan tamte czasy, jak zapamiętał pan ówczesny Olsztyn?

- Miałem 21 lat, więc to były cudowne czasy. Mieszkałem w 'samotniaku' przy ulicy Niepodległości, jadałem obiady w restauracji 'Pod Żaglami' i pierogi z jagodami po 5,20 zł w barze mlecznym przy kinie Polonia. W 1971 roku pensja warszawskiego aktora po szkole teatralnej wynosiła 1500 zł, ale gdy aktor podejmował pracę poza Warszawą, to mógł zarabiać nawet 1700 zł. Na prowincji lepiej płacili, dyrekcje teatrów miały świadomość, że młodzi ludzie wyjeżdżający ze stolicy musieli się jakoś sami utrzymać - bez pomocy rodziców.

Rozmawiała Agnieszka Libudzka (PAP Life).

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje