Reklama

Janusz Głowacki: Od "Rejsu" do "Zimnej wojny"

W niedzielę, 19 sierpnia, mija dokładnie rok od śmierci pisarza i dramaturga Janusza Głowackiego. Autor "Czwartej siostry" był również współtwórcą kilku filmów, które zapewniły sobie miejsce w historii polskiego kina.

Janusz Głowacki

"Rejs"

Zanim ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, Janusz Głowacki studiował aktorstwo w PWST w Warszawie. Przygodę z kinem rozpoczął od współpracy z Markiem Piwowskim nad dokumentem "Psychodrama czyli bajka o księciu i kopciuszku wystawiona w zakładzie dla nieletnich dziewcząt w D." (1969). Do historii polskiej kinematografii przeszedł jednak jako współscenarzysta kultowego "Rejsu".

Reklama

Kompletowanie ekipy rozpoczęło się od ogłoszenia w "Ekspresie Wieczornym": "Poszukujemy ludzi do filmu. Niech przyjdzie każdy, kto umie śpiewać, grać albo robić cokolwiek". Ostatni tekst, zachęcający do przybycia casting, był już dużo bardziej atrakcyjny: "Z Warszawy do Gdańska popłynie statek pełen gwiazd filmowych" - ale za to niezbyt konkretny: "Wprawdzie nazwiska tych gwiazd nie są jeszcze nikomu znane, ale cały statek, jego załoga i wszyscy pasażerowie wezmą dział w improwizowanej komedii filmowej pt. 'Rejs'".

Pod filmem "Rejs" podpisało się czterech współscenarzystów. Obok reżysera Marka Piwowskiego, są to: pisarz Janusz Głowacki, aktor STS-u Jerzy Karaszkiewicz (wystąpił jako Wędkarz) i operator wcześniejszego dokumentu Piwowskiego "Muchotłuk" - Andrzej Barszczyński. Na ostateczny kształt filmu niebagatelny wpływ mieli jednak również odtwórcy głównych ról: Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz.

Filmowe nazwisko pierwszego z nich - Sidorowski - "pożyczone" zostało od szefa restauracji SPATiF-u, który po kolejnej awanturze wywołanej przez artystę, ostatecznie zakazał mu wstępu do lokalu. Mamoń był już wymysłem Maklakiewicza, o którym Jerzy Gruza powiedział, że był "jednym z najciekawszych scenarzystów, który nigdy nie napisał żadnego scenariusza".

"Scena monologu o polskim filmie wydawała się łatwa. To było jedno ujęcie. Sądziliśmy więc, że nakręcimy je bardzo szybko. Normalnie powinniśmy wszystko zrealizować w godzinę, straciliśmy jednak cały dzień. Najpierw upił się Maklakiewicz. Gdy zabraliśmy się intensywnie za jego trzeźwienie, urżnął się Himilsbach. Albo jeden, albo drugi był pijany. To, co jest na filmie, to jedyna wersja, na której nie widać, że aktorzy są zamroczeni. Istniał tekst monologu o polskim kinie, ale Maklakiewicz miał kłopoty z powtórzeniem go. Był jednak profesjonalistą i improwizował na planie" - wspomina operator "Rejsu" Marek Nowicki.

Współscenarzysta Janusz Głowacki zapamiętał zaś, że "Janek szalał i mimo próśb i błagań ciągle przerywał opowieść Zdzisia i kompletnie go zagłuszał".

"Straciliśmy już wszelką nadzieję, kiedy Janek nagle osłabł, zapadł się w sobie, zamilkł i na jego twarzy pojawił się ten wyraz rozpaczliwej koncentracji i uwagi, który słusznie tak zachwycił swym aktorskim kunsztem publiczność i krytyków" - dodał Głowacki.

Jedną z najsłynniejszych scen w historii polskiego kina można więc podsumować następująco: improwizowany monolog Maklakiewicza i gigantyczny kac Himilsbacha.

"Polowanie na muchy"

Kiedy "Rejs" trafił na ekrany kin, Głowacki miał już za sobą scenopisarski debiut.

"Polowanie na muchy" Andrzeja Wajdy była adaptacją opowiadania Głowackiego, wykorzystującego odwrócony schemat mitu Pigmaliona i Galatei. Irena (Małgorzata Braunek), zaborcza i ambitna studentka polonistyki, chce Włodka (Zygmunt Malanowicz), niedoszłego rusycystę, ukształtować na miarę swoich literackich aspiracji i z pracownika biurowego zrobić znanego tłumacza.

- Robiliśmy wtedy jeden film po drugim żeby nie wypaść z transu, który pozwalał nam żyć w tamtych czasach własnym rytmem. Byliśmy głęboko przekonani, że żaden temat czy gatunek nie jest dla nas za trudny, także komedia opowiadająca o relacjach damsko-męskich - wspominał Andrzej Wajda.

Rozgoryczony chwilowymi niepowodzeniami w życiu osobistym Andrzej Wajda zdecydował się na realizację scenariusza Janusza Głowackiego by rozprawić się z kobietami, które próbują kształtować męskie życie.

- "Polowanie na muchy" jest przede wszystkim dziełem Janusza Głowackiego - autora scenariusza. W tamtym czasie niewielu pisarzy podejmowało takie tematy. Po prostu wiedza pokolenia, mającego za sobą doświadczenie wojny, na temat życia uczuciowego była dość mizerna. Januszowi przyszło to znacznie łatwiej - opowiadał Andrzej Wajda.

Krytycy byli dalecy od zachwytu. "Zamiar twórców - jaki wyczytuje się z sylwetek dwojga bohaterów - musiał być od początku satyryczny. W zamiarze takim nie byłoby nic osobliwego, gdyby nie fakt, że podjął go właśnie Wajda. Satyryczne widzenie świata nie było dotąd mocną stroną Wajdy. Co mówię - nie było żadną jego stroną" - pisał nestor polskiej krytyki filmowej, Jerzy Płażewski utyskując na "grubą karykaturę", która uprościła podjętą w scenariuszu Janusza Głowackiego tematykę.

"Trzeba zabić tę miłość"

Zrealizowany w 1972 roku według scenariusza Janusza Głowackiego film "Trzeba zabić tę miłość" był historią trudnej miłości niedoszłych studentów medycyny - Magdy i Andrzeja, wpisana w szerszy kontekst społeczny: czas hipokryzji i konformizmu okresu "małej stabilizacji". Dzięki nowatorskiej i pełnej interesujących rozwiązań formie filmowej, reżyser zrealizował jeden z najważniejszych polskich filmów przełomu lat 60. i 70. Debiutująca w tym filmie Jadwiga Jankowska-Cieślak, otrzymała zaś za rolę Magdy prestiżową Nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego.

Początkowo miał nosić tytuł "Odliczanie czasu". "Gdzieś startują rakiety na Księżyc. Odlicza się - trzy, dwa, jeden, zero... W miłości istnieje też ten moment odliczania czasu w dół. Od najwyższego napięcia uczuciowego - do zera. Od uniesienia do obojętności. Od nadziei do rezygnacji. Zero przy starcie w kosmos może być początkiem triumfu. Na zerze kończy się odliczanie miłości" - mówił scenarzysta Janusz Głowacki.

W 2011 roku "Trzeba zabić tę miłość" miało powtórną premierę. Wszystko za sprawą projektu Kino RP w ramach którego rekonstruuje się cyfrowo arcydzieła polskiej kinematografii.

Janusz Morgenstern potwierdził wtedy, że "Trzeba zabić tę miłość" jest jego ulubionym dziełem: - To był i jest dla mnie niezwykle ważny film (...) pod każdym względem. Reżyser przypomniał również jak przebiegała współpraca ze scenarzystą Januszem Głowackim. - Z Januszem mieliśmy inne wizje tego filmu. Musieliśmy sobie nawzajem ustępować, ale właśnie o to chodziło.

"Wałęsa. Człowiek z nadziei"

Kolejną współpracą z Andrzejem Wajdą był scenariusz do filmu "Wałęsa. Człowiek z nadziei". Głowacki pisał go trzy lata. Najczęściej zadawane mu w tym czasie pytanie brzmiało: "czy napisał pan, że Wałęsa to Bolek" - chciał to wiedzieć nawet parkingowy z warszawskiego Powiśla, gdzie Głowacki mieszka. W zasadzie, podczas pisania scenariusza, indagowano go o to bez przerwy. "Ja osobiście, jak mawiają nasi parlamentarzyści, to może bym nawet wolał, żeby był. Z wyrachowania, boby mi się lepiej pisało. Żeby się do końca pogrążyć, powiem więcej nawet, że to całe szczęście że Lech Wałęsa się ze służbami przez jakiś czas zadawał, bo dzięki temu nawet Andrzej Wajda, chociaż Lecha kocha, w żaden sposób nie dał rady zrobić z niego człowieka z żelaza" - deklarował scenarzysta.

Scenarzysta "Człowieka z nadziei" postrzegał swojego bohatera jako człowieka, któremu obce są inteligenckie dylematy moralne. Czy Wałęsa brał pieniądze od SB? "On sam twierdzi, że nie. Ale jakby wziął, to co? Bieda, dzieci, żona nie pracuje, chcą łobuzy płacić, niech płacą. Zrobią kiepski interes. (...) Oczywiście SB to wróg śmiertelny, ale przyjaciele rzadko chcą nam za coś płacić" - tak Głowacki próbował zrekonstruować tok myślenia swojego bohatera.

Głowacki był na początku pisania scenariusza, gdy wydarzyła się katastrofa smoleńska, która wprowadziła w Polsce ostre podziały. Głowacki odkrył, że został zakwalifikowany do jednego ze stronnictw, kiedy, miesiąc po katastrofie, 3 maja 2010 roku "obok hotelu Bristol z nisko opuszczonymi głowami przemykaliśmy się my - ludzie, którzy przyjęli zaproszenie prezydenta Komorowskiego. Galeria hańby. Kiedy wchodziłem, ktoś spod bramy zaanonsował mnie z pogardą: 'Idzie Janusz Głowacki - przyjaciel Wajdy i Michnika'. Zabrzmiało to, jakbym się kolegował z Hitlerem i Stalinem".

Co prawda Głowacki i Wajda zaprzeczali, jakoby podczas pracy nad filmem wynikła między nimi jakaś różnica zdań, jednak od pewnego momentu twórcy zaczęli porozumiewać się wyłącznie listownie, a każdą wymianę epistoł obie strony przypłacały bezsennością i palpitacjami serca.

W rozmowie z "Newsweekiem" Głowacki zdradził, że w trakcie prac nad filmem Andrzej Wajda zmieniał niektóre sceny scenariusza. Sceny, które w scenariuszu Głowackiego były groteskowo-ironiczne, Wajda przerabiał tak, aby było bardziej poważne i stonowane. Pisarz przyznaje, że nie interesowało go pisanie filmu "bohaterskiego". "Śmieszność zawsze łączy się u mnie z patosem, bo bez śmieszności nie ma dramatu. Tak też chciałem pokazać Wałęsę" - mówił pisarz w rozmowie z "Newsweekiem".

"Zimna wojna"

Ostatnim filmem, przy którym pracował Janusz Głowacki, była "Zimna wojna" Pawła Pawlikowskiego.

Obierając na tegorocznym festiwalu w Cannes nagrodę za najlepszą reżyserię, Pawlikowski zadedykował ją właśnie Głowackiemu, który pomógł mu napisać scenariusz i reprezentował "odwagę, otwartość, poczucie humoru, delikatność, otwartość na resztę świata". "Właśnie o te rzeczy musimy walczyć, żeby ich nie zatracić, żeby duch Janusza Głowackiego i jemu podobnych pozostał w Polsce" - podkreślił reżyser.

Akcja "Zimnej wojny" rozgrywa się na przełomie lat 50. i 60. XX wieku w stalinowskiej Polsce. Na tym tle rozegra się historia wielkiej i trudnej miłości dwojga ludzi, którzy nie potrafią być ze sobą i jednocześnie nie mogą bez siebie żyć. Jednym z głównym bohaterów filmu jest muzyka, będąca połączeniem polskiej muzyki ludowej z jazzem i piosenkami paryskich bardów minionego wieku.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Janusz Głowacki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama