Reklama

Jan Kobuszewski: Był jak Charlie Chaplin

- Jan Kobuszewski był jak Charlie Chaplin na światowej scenie; nie dało się go z nikim porównać - powiedział Andrzej Nejman, dyrektor stołecznego Teatru Kwadrat - ostatniej sceny teatralnej, z którą związany był zmarły w sobotę artysta.

Jan Kobuszewski (1934-2019)

- My często używamy określenia "szmira" na określenie czegoś złego w teatrach komediowych i rozrywkowych. Natomiast to był człowiek, który ową "szmirę" potrafił zamienić w perłę. Przy jego fizis i przy jego umiejętności budowania abstrakcyjnych postaci robił rzeczy, które wydają się nam - marnym aktorom - niemożliwe - powiedział PAP reżyser i aktor Andrzej Nejman.

Reklama

- On tę abstrakcję wprowadzał do świata normalności, do rzeczywistości. Dla widza sam widok Jana Kobuszewskiego był abstrakcyjnie, nieprawdopodobnie uroczy. Czego by on nie zrobił na scenie - a wielokrotnie robił rzeczy, których nam nie wolno czynić na scenie - publiczność to odbierała. Tak, on jako jeden jedyny mógł! On mógł to robić! - podkreślił dyrektor stołecznego Teatru Kwadrat.

Nejman przypomniał, że gdy w 1998 r. zaczął pracować w zespole Teatru Kwadrat, zagrał w trzech spektaklach bez udziału Jana Kobuszewskiego. - Myślałem sobie wtedy: "Boże! Kiedy przyjdzie ten dzień, że wreszcie spotkam się z nim w garderobie?". To był prawdziwy guru - ocenił.

Podkreślił, że dla aktora komediowego w Polsce, "Jan Kobuszewski był jak Charlie Chaplin na światowej scenie". - Nie dało się go z nikim porównać - ocenił Nejman.

Krytyk i historyk teatru dr Tomasz Mościcki zauważył, że Jan Kobuszewski pozostał aktorem niespełnionym.

- Kiedy sobie myślę o Janie Kobuszewskim - to zawsze mi przychodzi do głowy taka bardzo smutna refleksja, że to był w sumie aktor, jeśli niezmarnowany - bo trudno by było powiedzieć, że zmarnowany, bowiem to była wspaniała kariera - ale jednak to był aktor nie do końca zrealizowany i nie do końca spełniony - ocenił Mościcki.

Krytyk wyjaśnił, że Kobuszewski "sam mu o tym powiedział" w czerwcu 2017 roku podczas rozmowy o "Dziadach" w inscenizacji Kazimierza Dejmka. Według Mościckiego, był to "chyba ostatni wywiad, jakiego udzielił aktor dziennikarzom".

- Przypomnijmy, że to był przecież aktor Kazimierza Dejmka w tym legendarnym zespole Teatru Narodowego do 1968 r. Kobuszewski w "Dziadach" zagrał Pelikana. Zachowało się to nagranie i - choć to nie jest duża rola - ale można dostrzec, że to rola rzeczywiście świetna, pokazująca Kobuszewskiego, którego myśmy właściwie nie znali - mówił. - To pokazuje, kim on mógł być - podkreślił Mościcki.

- Tuż po "Dziadach" Wanda Laskowska robiła "Gyubala Wahazara" Witkacego w Narodowym i Kobuszewski tam kreował Unguentego. Widział to przedstawienie prof. Zbigniew Raszewski i pisał o tym bardzo dobrze, pisał też bardzo dobrze o Kobuszewskim - przypomniał historyk teatru. - Kobuszewski mi powiedział, że to była jego najlepsza rola - dodał.

Przypomniał, że Jan Kobuszewski był komikiem. - No, oczywiście, że był... z takimi warunkami. Mówiło się o nim, że "twarz wysoka, wzrostu podłużnego". To było określenie bodaj Zelwerowicza - wyjaśnił dr Mościcki.

- Samo jego pojawienie się budziło uśmiech i śmiech. On pokazał rzeczywiście jako komik, jako artysta kabaretowy, jako artysta estradowy najwyższą klasę tego gatunku, tzn. on był po prostu dziedzicem tej wspaniałej tradycji polskiego kabaretu - podkreślił autor monografii o warszawskich kabaretach.

Krytyk przypomniał, że od 1976 r. Kobuszewski pracował w Teatrze Kwadrat w Warszawie, gdzie tworzył "role znów komediowe".

- Ale wiadomo, że zabrakło w tym jednej, podstawowej nuty - nuty teatru dramatycznego - ocenił karierę Jana Kobuszewskiego historyk teatru. - Dowodem na to jest to, co mówiono o Kobuszewskim, bodaj Kazimierz Dejmek, że pod koniec życia jego twarz była twarzą Króla Leara - podkreślił.

- To był jeden z ostatnich aktorów tej generacji, na którego talencie ja się m.in. wychowywałem" - powiedział o Kobuszewskim były rektor Akademii Teatralnej, aktor i reżyser Andrzej Strzelecki.

Przypomniał, że "znalazł się w zawodzie i w teatrze przez Wiktora Zborowskiego". - On mnie targał do Teatru Narodowego Kazimierza Dejmka, żebym oglądał jego wujka Kobuszewskiego w "Kramie z piosenkami". I to były takie moje pierwsze, licealne spotkania z Kobuszewskim, które miały wpływ na to, że ja się później znalazłem w szkole teatralnej - podkreślił prof. Strzelecki.

- Później towarzyszyło mi takie wrażenie, że obcuję z kimś o najwyższej klasie zawodowej i że cały czas był to rodzaj fantastycznego kontaktu towarzyskiego - ocenił. - To był niezwykłej urody kompan. Błyskotliwy, inteligentny, dowcipny. Z gigantycznym poczuciem humoru, uwielbiający robić żarty - wspominał zmarłego aktora były rektor Akademii Teatralnej w Warszawie.

- Był to taki człowiek, dzięki któremu świat wydawał się być hojniejszy. A już z całą pewnością, gdy trafiał się światu, a trafia się często, jakiś idiotyzm - na pewno był przez Kobuszewskiego dostrzeżony - podkreślił Andrzej Strzelecki.

PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Jan Kobuszewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje