Reklama

Hugh Hudson: Niedoceniony twardziel

Nigdy nie miał pretensji do krytyków, że jest niedoceniony. 80-letni dziś Hugh Hudson tak to komentuje: "Za długo w tym siedzę, by oczekiwać głaskania po główce. Poza tym zaczynałem od reklamy i dokumentu, a tacy jak ja muszą być twardzielami" - żartuje.

Hugh Hudson w 1985 roku na planie filmu "Rewolucja"

Urodził się w Londynie. Rodzina mieszkała przy Welbeck Street 27. Przodkowie ojca pochodzili ze Szkocji. "To po nich mam siłę" - twierdzi artysta. Od dziecka musiał polegać na sobie, bo w wieku 6 lat został wysłany do szkoły z internatem. Przez jakiś czas służył w armii (w korpusie pancernym). Został zwolniony w stopniu podporucznika w 1960 roku. Skończył studia w Eton i zaczął pracę jako szef działu castingu w jednej z londyńskich agencji reklamowych. W którymś momencie Hudson poczuł, że musi wyjechać z Anglii. Najlepszym miastem na złapanie równowagi wydał mu się Paryż.

Tam na życie zarabiał jako montażysta. Po powrocie do Londynu zaczął kręcić spoty reklamowe. Potem dokumenty. W 1975 roku stworzył firmę produkcyjną. Już na własnych śmieciach wyprodukował m.in. "Fangio, życie z prędkością 300 km/h", film dokumentalny o wyścigach samochodowych, widziany oczami legendarnego argentyńskiego kierowcy Formuły 1, 5-krotnego mistrza świata - Juana Manuela Fangio. Warto dodać, że Hudson był pionierem nowego stylu graficznego w dokumentach i reklamach. Reżyserem niezwykle cenionym.

W 2003 roku Hugh Hudson otrzymał specjalną nagrodę Cannes Lions w 50. rocznicę Międzynarodowego Festiwalu Reklamy. Nagroda przyznawana jest tylko reżyserom, którzy zdobyli Grand Prix więcej niż raz. "Naprawdę lubiłem kręcić reklamy. To bardzo inspirujące, niezwykle twórcze zajęcie. Jeśli chodzi o dokument, to czułem odpowiedzialność. Ocalałem kawałek prawdy" - wyznaje Hudson.

Robiąc dokumenty, cały czas marzył o fabule. Miał pomysł, wybranych aktorów, producenta, ludzi gotowych do współpracy. Brakowało pieniędzy. Gdy przystępował do realizacji "Rydwanów ognia" - pierwszej fabuły - ponieważ nie udało mu się zebrać pożądanej kwoty, zastawił dom. Z nieoczekiwaną pomocą przyszedł mu Mohamed Al-Fayed, ojciec Dodiego Al-Fayeda, przyjaciela księżnej Diany (oboje zginęli w katastrofie samochodowej w 1997 roku).

Reklama

Od premiery "Rydwanów..." minęły 34 lata. Do dziś mówi się, że powstał najlepszy film opowiadający o igrzyskach. Hudson oddał idee olimpizmu, tak jak je wymyślił twórca nowożytnych igrzysk, baron Pierre de Coubertin. Kiedy mamy jeszcze w pamięci igrzyska w Rio, warto wspomnieć o czasach, gdy oprócz wyniku liczyły się też honor i wartości, fair play. Hudson to ocalił. Film otrzymał cztery Oscary, w tym dla najlepszego filmu. Muzyka greckiego kompozytora Vangelisa - tworzył ją z myślą o swoim ojcu, biegaczu - jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych ścieżek dźwiękowych w historii kina. Vangelis postawił na muzykę elektroniczną, omijając wszelkie tradycyjne instrumenty. Efekt okazał się genialny.

Po fantastycznym debiucie Hudson poszedł za ciosem. Przypomniał sobie o Tarzanie, którego jak nikt inny grał znakomity pływak, mistrz olimpijski Johnny Weissmuller. Między rokiem 1932 a 1948 zagrał w 12 filmach o Tarzanie! Wielki, umięśniony, półnagi przemierzał kongijskie lasy. Wymyślił charakterystyczny okrzyk Tarzana - tyrolskie jodłowanie. Weissmuller nie mógł przypuszczać, że Tarzan ocali mu życie. Otóż wyjechał na Kubę, by tam grać w golfa. "Śmierć wam, amerykańscy imperialiści!" - mieli krzyknąć rewolucjoniści Fidela Castro, którzy w 1958 r. wtargnęli na teren pola golfowego i w kierunku graczy wymierzyli z karabinów. Jeden Weissmuller nie stracił zimnej krwi. Zaczął jodłować, jak w filmie. "Witamy na Kubie, senior Tarzan" - zreflektowali się napastnicy.

Hudson zapragnął powrócić do ulubionego bohatera. I tak powstał "Greystoke: Legenda Tarzana, władcy małp". Film jest ważny z co najmniej jednego powodu. O rolę dziewczyny Tarzana - Jane - ubiegały się: Maryam d’Abo, Bridget Nielsen i Andie McDowell. Wygrała McDowell. Ale... Maryam 19 lat później została żoną reżysera. Pierwszą godną uwagi jej rolą była Kara Milovy, dziewczyna Bonda (Timothy Dalton) w filmie "W obliczu śmierci". Reżyser znowu wyprzedził epokę. Co prawda już w "Planecie małp" - małpy zastąpili ludzie. Ale u Hudsona to były pierwsze tak mocne role zwierzęce.

Kolejne jego filmy: "Rewolucja", "Droga do domu", "Pierwsze oczarowanie", "Marzyłam o Afryce" nie wzbudziły entuzjazmu krytyki. Szkoda, bo to były naprawdę niezłe filmy...

Hudson, jak na dżentelmena przystało, niechętnie mówił o swoim życiu prywatnym. Jego pierwszą żoną była młodsza od niego o 10 lat malarka Susan Michie. Pobrali się w 1977 roku. W następnym cieszyli się z narodzin syna. Niestety, małżeństwo nie wytrzymało próby czasu. Drugą żoną w 2003 roku została piękna Maryam d’Abo. Jak wspomnieliśmy, poznali się przy castingu do filmu o przygodach Tarzana. Przez następnych 15 lat nie widzieli się, aż wpadli na siebie na przyjęciu. Od tamtej pory byli nierozłączni.

Małżeństwo d’Abo i Hudsona jest bardzo udane, ale mają za sobą traumatyczne przejścia. W 2007 roku Maryam przeżyła udar. Przeszła operację tętniaka. "To było jak trzęsienie ziemi w mojej głowie" - wspomina d’Abo. "Przez pierwsze 6 miesięcy po operacji żyłam w zwolnionym tempie. Do dziś działam wolniej, ale żyję, miałam szczęście" - dodaje. "Kiedy usłyszałem od lekarzy diagnozę, musiałem sięgnąć po encyklopedię. Nic nie wiedziałem o chorobie żony" - wyznaje Hudson. By podnieść poziom świadomości dotyczący urazów mózgu nakręcił o tym film. "To był bardzo osobisty film, pełen ogromnego bólu" - mówił.

ZM

Życie na gorąco

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Hugh Hudson

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje