Reklama

Reklama

Guilty pleasure. Tak złe, że aż dobre

Nawet na nieudanych filmach można się dobrze bawić. Oto krótka lista dzieł, które trudno uznać za realizacyjny majstersztyk, jednak ich seans przy odpowiednim podejściu może przynieść sporo pozytywnych wrażeń. Plus kilka filmów, których autorzy byli świadomi ich absurdu i jeszcze podkręcili śrubę - bo jak się bawić, to na całego.

Nawet na nieudanych filmach można się dobrze bawić. Oto krótka lista dzieł, które trudno uznać za realizacyjny majstersztyk, jednak ich seans przy odpowiednim podejściu może przynieść sporo pozytywnych wrażeń. Plus kilka filmów, których autorzy byli świadomi ich absurdu i jeszcze podkręcili śrubę - bo jak się bawić, to na całego.
"Hudson Hawk" to jeden z najgorszych filmów w historii, otrzymał aż trzy Złote Maliny /TRI STAR PICTURES / Album Online /East News

"Hudson Hawk"

Projekt-marzenie Bruce'a Willisa, który pod koniec lat osiemdziesiątych zyskał ogromną popularność dzięki sukcesowi "Szklanej pułapki". Gwieździe nikt nie odmówił, dostał pieniądze, był także współautorem scenariusza. Miała być ekscytująca komedia o losach złodzieja, który wplątuje się w międzynarodową aferę z tajemnicami Leonarda Da Vinci w tle. Wyszło specyficzne kuriozum, przepełnione przaśnymi żartami, nagłymi wybuchami przemocy oraz przerysowanymi do granic wytrzymałości postaciami. Seansowi "Hudsona Hawka" towarzyszy jednak pewien rodzaj fascynacji. Trudno oderwać wzrok od tego dziwadła, chociaż pytanie "co ja oglądam?" pojawia się co kilka minut.

Reklama

Film źle wspominają także osoby związane z produkcją. Najgłośniej o swoich żalach mówił Richard E. Grant, który w swojej biografii poświęcił cały rozdział na przepełnione ironią anegdoty z okresu zdjęć. Pewnego razu krytyk Mark Kermode wyjawił mu, że "Hudson Hawk" mu się podobał. "To była śmierdząca kupa oślich bobków, a pan jest idiotą" - odpowiedział aktor.

Film jest dostępny w ofercie serwisu HBO GO.

"Street Fighter"

Adaptacja popularnej bijatyki mogła przejść do historii jako kolejna nieudana produkcja na podstawie gry video. Jednak twórcom udało się stworzyć film "tak zły, że aż dobry". Z jednej strony Jean-Claude Van Damme nieporadnie wciela się w amerykańskiego pułkownika. Z drugiej intryga nie trzyma się kupy i pełna jest dziur logicznych. Poczucie humoru przeważnie żenuje, ale miejscami autentycznie bawi (Andrew Bryniarski w roli rosyjskiego zapaśnika Zangiefa). Jest jeszcze Raul Julia w swojej ostatniej kinowej roli. Schorowany aktor doskonale wyczuł konwencję filmu i podczas swoich scen ani trochę się nie powstrzymywał. Jego płomienne przemowy oraz szarże godne najbardziej przerysowanych złoczyńców wynoszą "Street Fightera" na zupełnie nowy poziom abstrakcji. Niestety, Julia zmarł na chwilę przed premierą filmu.

Film jest dostępny w ofercie serwisu Amazon Prime.

"Witajcie w dżungli"

Niby przeciętny sensacyjniak, a jednak trochę narodziny gwiazdy. Druga główna rola w karierze Dwayne'a Johnsona ma symboliczny wymiar. W jednej z pierwszych scen przechodzący obok niego Arnold Schwarzenegger rzuca swoją jedyną kwestię: "Baw się dobrze". Tym samym król akcyjniaków namaszcza następcę. W ciągu następnych kilkudziesięciu minut Johnson udowadnia, że ma wszelkie warunki, by zastąpić Arnolda - nawet jeśli scenariusz jest taki sobie, a za kamerą znalazł się rzemieślnik stojący w cieniu Michaela Baya. Dobrze wypada także pozostała część obsady. Christopher Walken odgrywa złoczyńcę niemal na autopilocie, a Sean William Scott (Stiefler z serii "American Pie") sprawdza się zaskakująco zabawnie jako wyszczekany pomagier głównego bohatera.

Film jest dostępny w ofercie serwisu Netflix.

"Siedem dni w piekle"

Godzina, w której zawarta jest kwintesencja niemal całej kinematografii. Mockument o najdłuższym pojedynku tenisowym świata to ostra satyra nie tylko na świat sportu, ale także celebrytów, różnice między Amerykanami i Brytyjczykami oraz... szwedzki system więziennictwa. W filmie pojawiają się między innymi gwiazdy sportu Serena Williams, John McEnroe, a także iluzjonista David Copperfield oraz Michael Sheen w roli najbardziej obleśnego dziennikarza w historii. Bezpretensjonalny humor może niektórych odrzucić po pierwszych minutach. Inni będą zachwyceni.

Film jest dostępny w ofercie serwisu HBO GO.

"Komando"

Kultowe dzieło, w którym Arnold Schwarzenegger próbuje uwolnić córkę z rąk porywaczy. Jako jednoosobowa armia po drodze zabija około 300 osób, a bardziej spektakularne sceny kwituje czerstwym dowcipem. Logika nie istnieje, zastępują ją kolejne sposoby na uśmiercanie wrogów - a Arnold zna ich naprawdę dużo. "Komando" to kwintesencja kina lat osiemdziesiątych, świecącego później triumfy na kasetach wideo. Jeśli ktoś podejdzie do niego na serio, z pewnością się zawiedzie. Jednak jak ujął to główny bohater filmu, czasem trzeba "popuścić pary".

Film jest dostępny w ofercie serwisu Player.

"Venom"

Kolejna produkcja, którą ratuje postawa aktora. "Venom" był wyczekiwanym przez niewielu solowym filmem o jednym z największych przeciwników Spider-Mana. Człowiek-pająk oczywiście nie mógł pojawić się w dziele, bo nie pozwalała na to umowa zawarta z Marvel Studios. W rezultacie powstał generyczny obraz s-f z komputerowym koszmarkiem w roli głównej. A raczej powstałby, gdyby nie Tom Hardy. Nominowany do Oscara za "Zjawę" aktor doskonale sprawdził się w roli dziennikarza, który stał się mimowolnym nosicielem symbionta z kosmosu. Niespodziewanie Hardy wykazuje ogromny talent komediowy, wyciągając z każdej absurdalnej sceny ukryte pokłady komizmu. Dobrze widać to w sekwencji w restauracji, która w wykonaniu innego aktora mogłaby przejść do kanonu "najgorszych momentów kina superbohaterskiego". Dzięki Hardy'emu film jakoś działa. Bonusowo w ostatniej scenie pojawia się Woody Harrelson w najokropniejszej peruce świata.

Film jest dostępny w ofercie serwisu HBO GO.

"Liberator"

Ostatnie aktorskie próby Stevena Seagala trudno nazwać pełnoprawnymi filmami. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś pojawiał się on w wysokobudżetowych produkcjach, które prezentowały jako taki poziom. "Liberator" był drugim filmem z Seagalem zrealizowanym przez Andrew Davisa, późniejszego twórcę "Ściganego". Z jednej strony mamy zachwyconego sobą aktora, którego pycha będzie rosnąć z każdą kolejną produkcją. Na szczęście na drugim planie znajdują się charakterystyczni odtwórcy, którzy kradną każdą swoją scenę, w szczególności szarżujący Tommy Lee Jones i świetnie bawiący się rolą socjopaty Gary Busey. Całość trzyma dobre tempo, a kolejne strzelaniny wciąż bawią. Tylko ten Seagal jakoś wadzi. Chociaż w porównaniu ze swoimi kolejnymi występami, w "Libreratorze" gra rolę godną Oscara.

Film jest dostępny w ofercie serwisu Amazon Prime.

"Zoolander"

Historię najgłupszego modela na świecie można pokochać lub znienawidzić. "Zoolander" nie uznaje półśrodków. Absurd i kretynizm niemal każdej postaci lub sytuacji są podkręcone do potęgi. Fabuła jest raczej pretekstowa, liczą się kolejne gagi oraz liczne epizody gwiazd wszelkiej maści - od przebrzmiałych aktorów w rodzaju Billy'ego Zane'a, przez uznanych wykonawców (Natalie Portman i Cuba Gooding Jr.), a kończąc na Donaldzie Trumpie - w momencie premiery filmu "jedynie" telewizyjnym celebrycie. Najwspanialej wypada jednak David Bowie jako sędzia w epickim pojedynku dwóch modelów. "Zoolander" jest dziś dziełem kultowym, a w 2016 roku zrealizowano jego sequel. O tym jednak najlepiej zapomnieć.

Film jest dostępny w ofercie serwisu HBO GO.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL