Reklama

Franciszek Pieczka: Nic nie muszę

"Ja już nic nie muszę, ale jeszcze wiele mogę. Zdaję sobie sprawę, że w moim wieku każdy przeżyty dzień jest wielką wygraną" - uważa Franciszek Pieczka. 93-letni aktor zapewnia, że mimo iż chciałby żyć jak najdłużej, nie boi się śmierci.

Franciszek Pieczka w swym domu w grudniu 2019 roku

Franciszek Pieczka od lat jest związany z Warszawą, choć pochodzi ze Śląska. Urodził się w Godowie, na Górnym Śląsku. "Ślązakiem jestem i jako Ślązak umrę" - podkreślił w rozmowie z PAP.

Reklama

W jednym z wywiadów dla  "Tele Tygodnia" mówił, że jego ojciec pracował czterdzieści lat na kopalni. "Miałem sześcioro rodzeństwa i byłem najmłodszy. (...) Zgodnie z górniczą tradycją, w której idzie się śladami ojca, poszedłem pracować pod ziemię. Po roku zacząłem się uczyć w Uniwersyteckim Studium Przygotowawczym w Katowicach. Jego ukończenie dawało miejsce na każdej uczelni - poza szkołami artystycznymi - bez egzaminu. Zacząłem studia na Politechnice Gliwickiej, ale po miesiącu zrezygnowałem i pojechałem do Warszawy, aby się dostać do szkoły teatralnej" - wspominał.

"To był początek lat pięćdziesiątych, obowiązywały różne skierowania i nakazy. Aby zmienić kierunek studiów potrzebna była zgoda ministerstwa. Byłem młody i przebojowy. Bez umawiania się wparowałem do gabinetu ministra i go przekonałem. Potem trzeba było zdać egzamin do szkoły teatralnej, a tu już zaczął się rok akademicki. Zdawałem go w prywatnym mieszkaniu Aleksandra Zelwerowicza, który wówczas był dziekanem wydziału aktorskiego i miał niepisane prawo przyjęcia dodatkowo jednego studenta. Dostałem się! Kiedy powiedziałem o tym w domu, posypały się na mnie wszystkie śląskie pierony. Bo inżynier to porządny zawód, a aktor - w pojęciu mego ojca - będzie chodził głodny" - opowiadał.

Pieczka ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie. Pierwsze kroki jako aktor stawiał na scenach teatrów, m.in. Dolnośląskiego w Jeleniej Górze i Ludowego w Nowej Hucie. Na dużym ekranie zadebiutował w 1954 roku, epizodyczną rólką w "Pokoleniu" Wajdy. "Byłem tam właściwie statystą, graliśmy z Wiesławem Gołasem dwóch Niemców z patrolu. Naszym głównym zadaniem było sikać pod latarnię. Stojąc z karabinami uskutecznialiśmy tę swoją fizjologię" - powiedział PAP.

"Wybieraliśmy się z Wieśkiem na plan, ubrani w te mundury, w hełmach. Przy hotelu Polonia, gdzie była baza kierownictwa produkcji, czekała na nas nyska, która miała nas zawieźć na miejsce zdjęć. Wsiadaliśmy do samochodu, gdy obok nas przeszło dwóch zawianych, lekko zataczających się chłopaków. Gapili się w tę nyskę, aż jeden z nich powiedział do drugiego: 'Józik, znowu są!'. Zaczęli się do nas dobierać, chcieli wtargnąć do nyski i nas poszturchać. Na szczęście zjawił się ktoś z produkcji i usunął tych dwóch warszawiaków. Takie to wspomnienia starego dziadka" - dodał.

Po "Pokoleniu" wystąpił m.in. w "Matce Joannie od Aniołów" Kawalerowicza (1960) oraz "Rękopisie znalezionym w Saragossie" (1964) Wojciecha Jerzego Hasa. Przełomową rolą w jego karierze był Gustlik Jeleń w serialu "Czterej pancerni i pies". Członkiem dzielnej załogi czołgu "Rudy" był - obok m.in. Janusza Gajosa, Włodzimierza Pressa i Romana Wilhelmiego - w latach 1966-1970. Kreacja przyniosła mu ogromną popularność - to dzięki niej zaskarbił sobie wielką sympatię polskich widzów na całe dziesięciolecia. Kiedy w 1995 r. Telewizja Polska zorganizowała plebiscyt na najbardziej lubiany polski serial, pierwsze miejsce przypadło właśnie "Czterem pancernym".

Znakomite oceny zebrał także za kreację w poetyckim "Żywocie Mateusza" Witolda Leszczyńskiego (1967), gdzie wykreował tragiczną postać nadwrażliwego mężczyzny o duszy dziecka. "Byłem wtedy jeszcze młodym aktorem, to była bardzo ciekawa postać" - skomentował.

"W tym czasie, kiedy kręciliśmy ten film, wystąpiłem w 'Słońce wschodzi raz na dzień' w reżyserii Henryka Kluby. Zagrałem tam Haratyka, przywódcę górali, silną osobowość organizującą całe społeczeństwo, który w końcu skończył tragicznie, bo wylądował w więzieniu. Ten film pięć lat przeleżał na półkach. Sądzę, że gdyby wszedł na ekrany w tym samym czasie co 'Żywot Mateusza', to reżyserzy, czyli moi potencjalni pracodawcy, mieliby dużo lepszy obraz moich możliwości aktorskich, mojego emploi" - podkreślił.

W latach 1964-1969 aktor pracował w Starym Teatrze w Krakowie, a w latach 1969-1974 należał do zespołu warszawskiego Teatru Dramatycznego. Na scenie krakowskiej grał w inscenizacjach Zygmunta Huebnera oraz spektaklach Jerzego Jarockiego. Wystąpił także w tytułowej roli w "Woyzecku" (1966) w dramacie Georga Buechnera w reżyserii Konrada Swinarskiego czy - na scenie warszawskiej - w "Marchołcie grubym a sprośnym" Jana Kasprowicza w reżyserii Ludwika René (1970).

PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Franciszek Pieczka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje