Reklama

Reklama

Filmowe powroty po latach. Czy Polacy umieją to robić?

"Miasteczko Twin Peaks", "Z Archiwum X", "Pełna chata", "Słoneczny patrol", "Doktor Who", "Prison Break" czy "Sabrina - nastoletnia czarownica" - to tylko kilka przykładów zagranicznych produkcji, które powróciły na małe lub duże ekrany po długiej przerwie. Jak ten nowy trend wygląda u nas? Lista polskich tytułów powracających po latach jest o wiele krótsza, w ostatnim czasie pomysłów na reaktywacje jest jednak coraz więcej. Które z nich były udane, a które nigdy nie powinny się wydarzyć?

Nowe odsłony "Pitbulla" przyciągnęły do kin miliony widzów, ale spotkały się z surowymi ocenami krytyków

Wszystko zostaje w rodzinie


Emitowany w 2007 roku serial "Odwróceni" do dziś nazywany jest "najlepszym serialem stacji TVN". Legenda, którą zbudowali wokół siebie gangster Blacha (Robert Więckiewicz) i policjant Sikora (Artura Żmijewski), przerosła wszelkie oczekiwania twórców - wiele dialogów na stałe zagościło w popkulturze, produkcja biła rekordy sprzedaży na DVD i na platformach streamingowych, a zarówno Robert Więckiewicz, jak i Artur Żmijewski w niemal każdym wywiadzie musieli mierzyć się z pytaniami o niezrealizowaną kontynuację. Nie licząc średnio udanego spin-offa - filmu "Świadek koronny", czekać na nią trzeba było prawie 12 lat...

Reklama

Gdy w 2018 roku producent Artur Kowalewski ogłosił, że zamierza "ożywić" "Odwróconych", fani nie byli przekonani. Po co bohaterowie, których nie widzieliśmy tyle czasu, mieliby teraz wracać? Jak się okazało, twórcy znaleźli znakomity pretekst do powrotu - po kilkunastu latach dorosły bowiem córki głównych bohaterów. Co to przyniosło? Podtytuł "Ojcowie i córki" i dwie nowe, charakterne bohaterki, w które wcieliły się Joanna Balasz i Eliza Rycembel. A także fascynujące relacje między powracającymi na ekran Blachą i Sikorą oraz ich zbuntowanymi pociechami - Kaśką i Lidką.

Po premierze czterech odcinków drugiego sezonu można już oficjalnie stwierdzić, że "Odwróceni: Ojcowie i córki" to pierwszy tak udany powrót w historii polskich seriali. Dynamiczna akcja, inteligentne dialogi, krwista intryga i plejada gwiazd na pierwszym i drugim planie zaowocowały produkcją, która znacznie przekracza standardy telewizji. Do tego - kto nie chciał powrotu Roberta Więckiewicza do roli Blachy? Gwiazdor "Kleru" ewidentnie "czuje" swojego bohatera i wszedł w jego skórę tak gładko, jakby nigdy z niej nie wyszedł. Podobnie Andrzej Zieliński jako Mnich - czarny charakter i główny rywal Blachy. Doliczając do tego wybitne role aktorów, którzy dołączyli do obsady, jak Olaf Lubaszenko, Tomasz Schuchardt i Tomasz Ziętek, oraz sprawdzone znane twarze, jak Małgorzata Foremniak, Anna Dereszowska i Wojciech Zieliński otrzymujemy aktorski dynamit, jakiego dawno na małym ekranie nie było.

Magia Bieszczad

Za sukces "Ojców i córek" odpowiada Artur Kowalewski, który razem z Wojciechem Zimińskim i Dariuszem Suską przez blisko dwa lata pracował nad scenariuszem serialu. Kowalewski jest także odpowiedzialny za drugi najbardziej udany powrót na ekrany w polskiej telewizji - serial "Wataha".

Losy produkcji HBO były jednak inne - między premierą pierwszego i drugiego sezonu minęły zaledwie trzy lata. Ponoć to jednak uświadomiło producentowi, że możliwy jest także powrót "Odwróconych" - skoro do serialu można wrócić po trzech latach, można także po dwunastu... 6- odcinkowa "Wataha" w 2014 roku została przyjęta przez widzów bardzo ciepło. Chwalono atmosferę, aktorstwo (przede wszystkim wcielającego się w główną rolę Leszka Lichotę) i sam pomysł, by opowiedzieć o pracujących na pograniczu polsko-ukraińskim funkcjonariuszach Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej.

Choć niepewność przed premierą była spora, drugi sezon w 2017 roku przyjęto równie entuzjastycznie. Kontynuacja, którą wyreżyserowali Jan P. Matuszyński ("Ostatnia rodzina") i Kasia Adamik ("Amok"), osiągnęła nawet to, co nie udało się "jedynce" - zdobyła Orła w kategorii "najlepszy filmowy serial fabularny". Choć z perspektywy czasu trudno oceniać drugą "Watahę" jako lepszą, niż pierwowzór - choćby ze względu na mniej dopieszczoną intrygę - nie sposób odmówić produkcji niepowtarzalnego klimatu. I trudno się dziwić, że stacja HBO już zapowiedziała realizację trzeciej serii, której premiera ma się odbyć w tym roku.

Do trzech razy sztuka

Mniej udane były losy kultowego "PitBulla", który choć w 2005 roku przemknął przez polskie kina bez echa, po latach zbudował sobie status filmowej legendy. Zaowocowało to emitowanym w latach 2005 - 2008 serialem, a także powrotem po 8 latach, który wzbudził wśród widzów bardzo mieszane odczucia.

Na pomysł kontynuacji wpadł reżyser oryginału Patryk Vega, prezentując w 2016 i 2018 roku dwa tytuły z serii: "Nowe porządki" i "Niebezpieczne kobiety". O ile pierwsza z produkcji mogła spodobać się fanom "jedynki" ze względu na sentyment, powrót Bogusława Lindy czy Andrzeja Grabowskiego i sprawną realizację, o tyle "Niebezpieczne kobiety" były już oczywistym "skokiem na kasę". Rezultat był jednak imponujący - odpowiednio 1,4 i 2,8 miliona widzów. Tymi filmami Patryk Vega zapoczątkował trwający do dziś trend, dzięki któremu każdy z jego filmów, dzięki otaczającym produkcję kontrowersjom, gromadzi widownię powyżej miliona widzów. Poziom realizacji spada jednak z filmu na film, coraz bardziej osuwając twórczość Vegi w kierunku pastiszu.

Po ogromnym sukcesie "Niebezpiecznych kobiet" wiadome było, że seria będzie kontynuowana - wszystkich zaskoczył jednak konflikt między producentem a reżyserem, który sprawił, że Patryk Vega zrezygnował z realizacji kolejnej części. W jego buty wszedł Władysław Pasikowski, który w 2018 roku zaprezentował światu "Ostatniego psa" z osławioną "rolą" piosenkarki Doroty "Dody" Rabczewskiej. Wraz odejściem Vegi z udziału w "Ostatnim psie" zrezygnowali jednak m.in. Maja Ostaszewska i Piotr Stramowski, co poskutkowało koniecznością znalezienia nowych aktorów. Na powrót do serii zdecydował się Marcin Dorociński, ponownie wcielając się w "Despero". Filmowy rezultat był niezaprzeczalnie lepszy, niż wcześniejsze próby Vegi - lecz wciąż daleki od tego, czego mogliby oczekiwać fani. Może więc "PitBull" nigdy nie powinien powrócić?

Mniej niż zero

Patryk Vega był odpowiedzialny nie tylko za zniszczenie legendy "PitBulla" - to jeszcze można było mu wybaczyć, bo "PitBull" to w końcu jego "dziecko"... Zabrał się jednak także za niszczenie cudzych legend - a konkretnie: legendy Hansa Klossa. Bohater (a właściwie dwóch bohaterów) 14-odcinkowego serialu "Stawka większa niż życie" z lat 60., serii opowiadań i komiksów oraz przedstawień Teatru Telewizji, w którego wcielił się Stanisław Mikulski, powrócił do kin w 2012 roku w filmie "Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć". Reżyserował Vega, a nad scenariuszem pracował późniejszy reżyser "Ostatniego psa" - Władysław Pasikowski.

Połączone siły obu panów na nic się zdały. "Stawka większa niż śmierć" to prawdopodobnie jedna z najgorszych kontynuacji, jakie kiedykolwiek zafundowali nam filmowcy. Chaos, kicz, niepotrzebna próba naśladowania Hollywood i oderwane od rzeczywistości pomysły stały się znakami rozpoznawczymi filmu Vegi. Na ekranie wypadł słabo nawet gwiazdor "Zimnej wojny" Tomasz Kot - jako młody Hans. Na całe szczęście, premiera filmu zakończyła się wielkim fiaskiem - mimo zainwestowanych milionów, "Stawkę większą niż śmierć" zobaczyło zaledwie 200 tysięcy widzów. Więcej powrotów nie będzie.

O jeden most za daleko

W tym roku oprócz "Odwróconych" historyczny sukces osiągnęła komedia Kordiana Piwowarskiego "Miszmasz, czyli Kogel-Mogel 3". Kontynuację hitów z 1988 i 1989 roku zobaczyło w kinach ponad 2,3 miliona widzów. Niesmak jednak pozostał jeszcze większy niż po "Stawce większej niż śmierć". Dwie pierwsze części "Kogla-Mogla" charakteryzowały się dynamiką, sprawnie zarysowanymi bohaterami, (mniej lub bardziej) zabawnymi dialogami i niepowtarzalnym nastrojem PRL-owskich produkcji. Trzecia, choć scenariusz napisała do niej autorka oryginału Ilona Łepkowska, okazała się zaprzeczeniem zasad, które wyniosły poprzedniczki na piedestał.

Wtórna historia, papierowi bohaterowie, wymuszone żarty i żerowanie do bólu na legendzie poprzedników sprawiają, że seans "Miszmaszu" dla fanów "jedynki" i "dwójki" jest bolesnym przeżyciem. Niewykorzystany potencjał zgromadzonych na planie gwiazd - zarówno tych, które znamy z oryginału (Grażyna Błęcka-Kolska, Katarzyna Łaniewska czy Ewa Kasprzyk), jak i nowych (Anna Mucha, Maciej Zakościelny, Aleksandra Hamkało) oraz zdecydowanie zbyt częste przekraczanie granicy żenady to wady, których nie sposób wybaczyć. Co prawda, w absurdalnej konwencji świetnie odnajdują się pojedynczy aktorzy (jak Katarzyna Skrzynecka), a sentyment sprawia, że na sercu na widok znanych twarzy robi się cieplej, to seans trzeciego "Kogla-mogla" rodzi jedno zasadnicze pytanie: po co? (Choć patrząc na frekwencję w kinach, odpowiedź nasuwa się sama...). Wniosek jest jeden: do pewnych pomysłów chyba lepiej nie wracać.


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje