Reklama

Festiwal Filmowy w Wenecji: Krew, wiara, kłamstwo

To już półmetek festiwalu, a w rankingach krytyków nadal brakuje dzieła powalającego i godzącego wszystkich. O tym, co dzieje się na 73. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji dla Interii pisze Mariola Wiktor.

Jude Law i Paolo Sorrentino na festiwalu w Wenecji

Czy Paolo Sorrentino spodziewa się ostrej reakcji Watykanu po premierze dwóch odcinków serialu "The Young Pope"? To pytanie jako pierwsze padło na konferencji prasowej po pozakonkursowym pokazie filmu w Wenecji. Sorrentino odpowiedział, że to nie jest jego problem, ale Watykanu. Zdaniem reżysera, jeśli ktoś uważnie i do końca obejrzał "The Young Pope", z pewnością odnajdzie w tym obrazie odpowiedź na ciekawość ludzi wobec życia za Spiżową Bramą, uczciwy stosunek do tematu, brak uprzedzeń i nietolerancji oraz zero prowokacji.

Obawiam się jednak, że wizerunek papieża, w którego wciela się Jude Law (skądinąd kojarzący się z rolami amantów światowego kina) może być dla wielu nie do przełknięcia, mimo fikcyjności tej postaci. Jakby tego było mało Pius XIII jest w serialu pierwszym w historii amerykańskim papieżem, który namiętnie pali papierowy i nosi czerwone buty (co można jeszcze potraktować jako ukłon wobec byłego papieża Ratzingera). Co jednak powiedzieć wobec faktu, że Pius XIII pija na śniadanie cafe... Americano (we Włoszech to ciężka obraza), uwielbia Coca Colę, miewa niekoniecznie świętobliwe sny, jest porzuconym dzieckiem hipisów, ale nade wszystko to człowiek, który ma problem z własną wiarą w Boga i jest pełen sprzeczności?

Reklama

Jude Law tłumaczył, że to bardzo skomplikowana postać, ale jednocześnie szalenie uczciwa. Zdaniem aktora, w przeciwieństwie do większości z nas, Pius XIII robi i mówi to, co myśli. Jest konserwatywny, ale i rewolucyjny zarazem. Mnie się jednak zdaje, że kontrowersyjność bohatera to wynik zabawy Sorrentino ze sprzecznymi oczekiwaniami, nas widzów, wobec tego, jak chcielibyśmy widzieć współczesnego papieża, poddawanego wielu presjom, stereotypom i wyobrażeniom nie do pogodzenia.

To już półmetek festiwalu, a w rankingach krytyków nadal brakuje dzieła powalającego i godzącego wszystkich. Tegoroczny konkurs jest bardzo nierówny ale na szczęście nie brakuje w nim filmów ważnych, ciekawych, dobrze opowiedzianych.

Nie zawiódł Francois Ozon z czarno-białym melodramatem historycznym "Frantz". To na pierwszy rzut oka historia niemożliwa, niewiarygodna. Młoda Niemka Anna, opłakując śmierć narzeczonego Frantza, który ginie na froncie I wojny światowej, zakochuje się we wrogu - Francuzie, a jej niedoszli teściowie przyjmują Adriena jak własnego syna, nie wiedząc, że to zabójca ich syna. Anna wkrótce poznaje prawdę, a mimo tego nadal podtrzymuje mit Adriena jako przyjaciela Frantza.

Ten film jest dla mnie dość przewrotną historią dojrzewania do tego, że w sytuacjach ekstremalnych - a taka jest niewątpliwie wojna - kłamstwo bywa zbawienne, ale cena jaką przychodzi za nie płacić może być, zwłaszcza dla wrażliwego człowieka, gehenną nie do zniesienia. Ozona nie od dziś fascynuje przenikanie się prawdy i kłamstwa, rozpaczliwa potrzeba iluzji oraz wynikające z tego implikacje, czego dowodem są jego wcześniejsze filmy, takie choćby jak "Pod piaskiem" czy "Basen".

O swoim najnowszym filmie "Safari" Ulrich Seidl powiedział, że to wakacyjny film o... zabijaniu. Kamera reżysera obserwuje niemieckich turystów, którzy przyjeżdżają do Afryki, by zapolować na zebry, żyrafy, gnu, a po oddanym celnie strzale zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia z egzotycznym trofeum.

Tak zwanym myśliwym Seidel oszczędza widoku naturalistycznego szlachtowania zwierząt, ale już nie widzom. Oglądamy zabijanie w całej jego "okazałości" jako niemal przemysł, z którego profity czerpią także lokalne społeczności. W miedzy czasie słuchamy wrażeń turystów oddających strzały, które reżyser porównuje do namiastki stosunku seksualnego: napięcie, podniecenie, poczucie dominacji, orgazm. Najbardziej porażająca w tym filmie wydaje się nie tyle nawet rutyna zabijania, ile kompletna bezrefleksyjność uczestników Safari. Nie widzą w tym, co robią niczego niestosownego. To przecież ich hobby, a o zwierzętach nie mówią inaczej niż sztuka, okaz, trofeum, poroże, które ładnie komponuje się z meblami.

Po serii ociekających przemocą: krwawego i rozciągniętego niemiłosiernie westernu ("Brimstone" Martina Koolhovena), nieznośnie patetycznego dramatu wojennego Mela Gibsona "Hacksaw Ridge" oraz filmów podejmujących po raz kolejny w coraz bardziej chaotycznym świecie problemów wiary i szukania absolutu ("The Blind Christ" Christophera Murraya) z niekłamaną satysfakcją zanurzyłam się w świat małego argentyńskiego miasteczka Salas w filmie "The Distinguished Citizen" w reż. Mariano Cohna i Gastona Duprata.

To skromna, niemal kameralna, ale pełna świetnie rozpisanych dialogów, poczucia humoru, tchnąca autentyzmem i głęboko poruszająca historia pisarza noblisty, który po latach nieobecności przybywa do miejsca, gdzie się urodził i wychowywał. Wracają wspomnienia także te niechciane, od których cale życie uciekał. Przede wszystkim jednak uderza znakomicie odmalowana prowincjonalna społeczność, dla której przyjazd sławnego obywatela staje się katalizatorem wyzwalającym skrywane dotąd animozje, uprzedzenia, zawiść pomieszana z dumą, oczekiwania, nadzieje.

A przed nami jeszcze m.in. niezwykły dokument Sergieja Loznitsy "Austerlitz" o wycieczkach odwiedzających... obozy zagłady, "Paradise" - nowe oczekiwane z niecierpliwością dzieło Andrieja Konczałowskiego, który dwa lata temu pokazał na Lido nagrodzone Srebrnym Lwem "Białe noce listonosza Aleksieja Triapicyna" oraz inspirowany biografią pierwszej damy Ameryki film Pablo Larraina "Jackie" z Natalie Portman. Jest wiec nadal na co i na kogo czekać. Na ekranach i na czerwonym dywanie.

Mariola Wiktor, Wenecja

***Zobacz inne materiały o podobnej tematyce***


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Wenecja 2016

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje