Reklama

Reklama

Felicity Jones zgłębia istotę zła

W 2014 roku Felicity Jones przebojem wdarła się na hollywoodzką scenę dzięki roli Jane Hawking w "Teorii wszystkiego" - jak się później okazało, wartej nominacji do Oscara. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że jej gwiazda rozbłysła dopiero teraz.

31-letnia Brytyjka swoją przygodę z aktorstwem zaczęła dokładnie 20 lat temu, kiedy zapisała się na odbywające się po lekcjach warsztaty. Później naturalną koleją rzeczy zdecydowała się zdawać do szkoły aktorskiej, a zdobyty dyplom otworzył jej drogę do występów na scenie, w słuchowiskach radiowych, produkcjach kinowych i telewizyjnych - by wymienić choćby seriale "Niefortunna czarownica" i "Servants" czy filmy "Powrót do Brideshead", "Do szaleństwa" oraz "Niesamowity Spider-Man 2".

Jones podkreśla, że to właśnie wspomniane warsztaty ukształtowały ją jako aktorkę. - Uwielbiałam te zajęcia - mówi z zamyślonym wyrazem twarzy, usadowiwszy się wygodnie w fotelu podczas naszego spotkania w jednym z hoteli na Manhattanie. - Kiedy byłam dzieckiem, mama często zabierała mnie do teatru i do kina, ale dopiero na tych warsztatach wszystko tak naprawdę się zaczęło.

Reklama

- Ogromna w tym zasługa osoby prowadzącej, która była zupełnie pozbawiona protekcjonalnego stosunku do nas, pełnych entuzjazmu 11-latków, które chciały wiedzieć jak najwięcej o filmie, o scenie, o aktorstwie... - w miarę przywoływania kolejnych wspomnień, twarz aktorki wyraźnie się rozjaśnia. - Ogromnie lubiłam tam chodzić; chyba nic innego nie sprawiało mi takiej przyjemności, a już na pewno nie szkoła.

- Aktorstwo trzeba po prostu kochać - dodaje - bo jest to zawód, który wiąże się z licznymi wzlotami i upadkami. Trzeba mieć do tego motywację i pasję; inaczej nie sposób się tym zajmować.

W "Teorii wszystkiego" wszystko zagrało wręcz idealnie. Atrakcyjna i dzielna Jane Hawking w interpretacji Jones idealnie dopełniła kreację jej partnera, Eddiego Redmayne'a, który zresztą otrzymał za rolę Stephena Hawkinga Nagrodę Akademii. I tak, dość nieoczekiwanie, Jones trafiła na listę najgorętszych nazwisk w branży: ma zagrać u boku Toma Hanksa w ekranizacji kolejnej powieści Dana Browna - "Inferno". Pojawi się też w spin-offie "Gwiezdnych wojen", "Star Wars: Rogue One". Dodatkowo można odnieść wrażenie, że jej twarz spogląda na nas z okładki wszystkich magazynów ukazujących się w USA i na Wyspach Brytyjskich.

- Nie czuję się sławna - zapewnia Jones, której drobną budowę ciała podkreśla skromny strój złożony z czarnej spódniczki i białej bluzki. - Po prostu mam sporo szczęścia. Reakcje ludzi na moją pracę są bardzo miłe; spotykam się w wyrazami sympatii i szacunku. Podchodzą do mnie i mówią: "Bardzo mi się ten film podobał". W ogóle nie doświadczam ciemnych stron popularności. Najczęściej jednak nie jestem wcale rozpoznawana. Zwłaszcza w Nowym Jorku i Londynie nikt mnie nie zaczepia na ulicy i mogę spokojnie załatwiać swoje sprawy.

Najnowszy film z udziałem Jones, "True Story", to oparta na faktach historia osobliwej relacji między dziennikarzem Michaelem Finkelem (Jonah Hill) i poszukiwanym przez FBI Christianem Longo (James Franco), zabójcą swojej żony i trzech córek, który wcześniej uchodził za niczym nie wyróżniającego się, oddanego swojej rodzinie faceta. Po popełnieniu bestialskiego czynu Longo zostaje aresztowany, wychodzi jednak z więzienia za kaucją i wykorzystuje ten fakt, by uciec do Meksyku i ukryć się tam pod fałszywym nazwiskiem - Finkel...

Wreszcie jednak zostaje schwytany i osadzony w więzieniu. Wszystkie media chcą poznać jego historię, ale Longo oznajmia, że opowie o sobie tylko jednemu człowiekowi: Michaelowi Finkelowi. Dwaj mężczyźni spotykają się w zakładzie karnym - i wtedy rozpoczyna się między nimi wyrafinowana gra przypominająca skomplikowany układ taneczny. Finkel postanawia, że opublikuje wywiad-rzekę z Longo w formie książki (publikacja, zatytułowana "True Story", ukazała się w 2005 r. nakładem wydawnictwa Harper Collins). Jego rozmówca z kolei próbuje wydobyć od niego jak najwięcej informacji na temat dziennikarskiego i literackiego warsztatu.

Felicity Jones przypadła w udziale rola żony głównego bohatera, Jill Finkel, która początkowo dystansuje się od sprawy Christiana Longo i fascynacji, jaką budzi ona w jej mężu. Wkrótce jednak zaczyna ona pochłaniać ją bez reszty.

- Nie słyszałam wcześniej o Christianie Longo i całej tej historii. Poznałam ją dopiero podczas lektury scenariusza - mówi aktorka. - To bardzo szekspirowski temat. Pod pewnymi względami opowieść ta jest próbą zgłębienia istoty zła, podobną do tej, którą znamy z "Makbeta". To również studium ludzkiego charakteru; znów - jak wiele dramatów Szekspira. Mike Finkel ma pewną zgubną wadę, którą jest jego duma. Nie potrafi przyznać się do błędu. Sfabrykował pewne informacje w artykule i stracił pracę w "New York Timesie", ponieważ pozwolił, by jego ego wzięło górę nad etosem zawodowym.

To dlatego właśnie z taką zaciętością próbuje dojść do prawdy o Christianie Longo - chce się zrehabilitować, ale jednocześnie nie potrafi przyznać, że zawiódł. Dodatkowo w jego małżeństwie pojawiają się pewne problemy, z którymi on i Jill nie chcą się mierzyć. Longo staje się w tej sytuacji wygodną wymówką dla obojga małżonków. Jill popada w związaną z nim obsesję natury intelektualnej - czyta Dantego, rozmyśla nad kwestiami dobra i zła. Zarówno ona sama, jak i jej mąż ulegają dziwnej fascynacji postacią tego mordercy.

Przygotowując się do roli w "Teorii wszystkiego", Jones kontaktowała się z Jane Hawking. W przypadku "True Story" również udało jej się porozmawiać z kobietą, w którą się wcieliła - Jill Finkel. Aktorka podkreśla, że za każdym razem stosowała tę samą zasadę, konstruując odgrywaną przez siebie postać.

- Nie chodzi o to, by tylko odgrywać kogoś - tłumaczy - ale o to, by wniknąć w istotę tej osoby i znaleźć tam coś, wokół czego można będzie zbudować rolę. Rozmowa z człowiekiem, którego masz zagrać, daje ci pewne wskazówki. W tym konkretnym przypadku chodziło o to, żeby spojrzeć na wydarzenia przedstawione w filmie z perspektywy Jill, bo perspektywę Michaela Finkela poznałam już podczas lektury jego książki. (...)

W październiku do kin wejdzie kolejny film z udziałem Felicity - thriller "Autobahn", w którym brytyjska aktorka gra u boku Nicholasa Houlta i Anthony'ego Hopkinsa. W przyszłym roku zobaczymy ją w produkcji fantasy "A Monster Calls", z Liamem Neesonem i Sigourney Weaver w rolach głównych.

- W aktorstwie najbardziej lubię to, że już na etapie czytania scenariusza w zaciszu mojego domu zaczynam wyobrażać sobie postać, w którą mam się wcielić - mówi Jones. - Właśnie na tym etapie znajduję się obecnie z "Inferno". Bardzo podoba mi się moja bohaterka, a dodatkowy bonus to możliwość pracy z reżyserem Ronem Howardem i Tomem Hanksem.

Później czeka ją przygoda na planie "Star Wars: Rogue One" w reżyserii Garetha Edwardsa. Moja rozmówczyni przyznaje, że niemal oszalała ze szczęścia, kiedy dowiedziała się, że wystąpi w kolejnej odsłonie jednej z najsłynniejszych filmowych serii wszech czasów.

- W życiu zawsze kieruję się instynktem i intuicją. Niesamowicie się cieszę, że będę miała swój udział w pisaniu dalszego ciągu tego cyklu. Kiedy w 1977 roku na ekrany kin wchodziły "Gwiezdne wojny: Część IV - Nowa nadzieja", nie było mnie jeszcze na świecie - ale później, jak chyba każdy, dorastałam z tym filmem. Pamiętam, jak wspólnie z bratem i kuzynami oglądałam czołówkę z tą słynną ścieżką dźwiękową... Prawda jest taka, że uwielbiam science fiction - a ta rola dodatkowo nie przypomina niczego, co zawodowo robiłam do tej pory. A ja zawsze poszukuję nowych wyzwań.

© 2015 Ian Spelling
Tłum. Katarzyna Kasińska

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

The New York Times
Dowiedz się więcej na temat: Feilicity Jones

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama