Reklama

Reklama

Douglas wraca do świątyni pieniądza

- Można powiedzieć, że na froncie osobistym był to dla mnie ciężki rok - mówi Michael Douglas. - Myślę jednak, że są takie chwile w życiu, kiedy człowiek po prostu musi przetrwać tak zwany trudny czas. To próba. W takich sytuacjach trzeba być silnym - dodaje aktor.

Jest lipiec. Michael Douglas łączy się ze mną przez telefon, siedząc w gabinecie swojego nowojorskiego domu. Sytuacja nie odwróci się, niestety, na korzyść aktora: kilka tygodni później lekarze zdiagnozują u niego czwarte stadium nowotworu gardła i poddadzą agresywnemu cyklowi chemioterapii i naświetlań. Diagnoza spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Przez całe lato Douglasa trapił uporczywy ból gardła i ucha. Specjaliści zauważyli podejrzaną narośl u podstawy języka - i dziwne symptomy wreszcie ułożyły się w logiczną całość.

Przetrwać trudny czas

Douglas przyznaje, że w ciągu tych wszystkich lat wypił i wypalił swoje, ale też winą za rozwój choroby obarcza stresujące przeżycia - zwłaszcza te związane z perypetiami jego 31-letniego syna, który niedawno został skazany na pięć lat więzienia za posiadanie i rozprowadzanie narkotyków.

Reklama

- Cameron ma się dobrze - mówi cicho Michael Douglas. - Został skazany i odsiaduje karę. Jestem pewien, że stanie się dzięki temu lepszym człowiekiem.

Zasłużony aktor wydaje się mieć pewność, że leczenie, które rozpoczął, zakończy się sukcesem. Na początku września wyznał w telewizji, że opiekujący się nim onkolodzy dają mu 80 procent szans na remisję. Oparciem w całym tym zgiełku - zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym - jest dla niego rodzina: żona Catherine Zeta-Jones (również zdobywczyni Nagrody Akademii) i ich dzieci: 10-letni Dylan i 7-letnia Carys.

Dzieci rozumieją, że tata ma raka, a Douglas ze swej strony dokłada starań, by podczas jego terapii cieszyły się normalnym życiem w rodzinnym gronie.

- Jestem wielkim szczęściarzem, że mam Catherine, która jest wspaniałą żoną, i cudowne dzieciaki - mówi. - Muszę również powiedzieć, że małe dzieci są dla mnie prawdziwą radością, chociaż sprawiają, że szybko się starzeję. Nie mogę za nimi nadążyć - biegają szybciej ode mnie. Bóg mi świadkiem, że, chociaż założono mi nowe, sztuczne kolano, wciąż nie potrafię ich złapać. Dylan i Carys uwielbiają przebywać poza moim zasięgiem. To taka zabawa, która polega na tym, że "tatuś nie może nas złapać!".

- Prawda jest jednak taka, że świetnie się z nimi czuję - dodaje. - Czas, który z nimi spędzam, jest dla mnie bardzo cenny. Angażuję się teraz w znacznie mniej projektów. Ciężko jest wyciągnąć mnie z domu.

Michael Douglas może i gra mniej, ale temu, co robi, nie można odmówić jakości. Mówi się, że na początku przyszłego roku może otrzymać aż dwie nominacje do Oscara dla najlepszego aktora pierwszoplanowego: jedną za występ w niezależnym filmie "Człowiek sukcesu" (premiera miała miejsce tego lata), drugą - za rolę w "Wall Street: Pieniądz nie śpi" Olivera Stone'a. W filmie tym, który wchodzi do polskich kin 24 września, Douglas i Stone łączą swe siły, by wskrzesić ikonę - przebiegłego finansistę Gordona Gekko. To właśnie za tę kreację - stworzoną w "Wall Street" - Douglas został nagrodzony w 1987 roku Oscarem.

Czy chciwość jest dobra?

Od dnia, w którym wypowiedział słynne zdanie "Chciwość jest dobra", minęły 23 lata. Dziś finansowy rekin nie jest już tego taki pewien. Kontynuacja "Wall Street" rozpoczyna się w momencie, gdy Gekko wychodzi z więzienia, by w swoim życiu zawodowym i prywatnym odnaleźć jedynie chaos i pustkę.

Nastała nowa epoka i diametralnie inna rzeczywistość ekonomiczna, a Gekko nie może wykonywać swojego zawodu. Postanawia więc napisać książkę, którą tytułuje "Czy chciwość jest dobra?", podejmując jednocześnie próbę odbudowania relacji z córką (Carey Mulligan). Jak na ironię, spotyka się ona z młodym maklerem (Shia LaBeouf), który właśnie uczy się, że giełda nie jest miejscem dla ludzi o miękkich podbrzuszach. Przyszły teść jest szczęśliwy, że może udzielić mu kilku wskazówek.

Zwiastun pierwszej części filmu - "Wall Street" z 1987 roku:

Film został entuzjastycznie przyjęty na tegorocznym festiwalu filmowym w Cannes. Było to jeden z nielicznych uśmiechów losu, jakich w 2010 roku doświadczył Douglas.

- Tak, jak już mówiłem, miałem za sobą ciężki rok. Szykowałem się, żeby wreszcie odpocząć - opowiada. - To, co spotkało mnie dzięki "Wall Street 2", było wielce satysfakcjonującą i miłą odmianą. Ten film nie tylko broni się jako sequel, ale też jako osobna całość.

Wyzwaniem było zaś ponowne wcielenie się w postać Gekko bez powielania samego siebie.

- To Gordon Gekko w zupełnie innej epoce - mówi Douglas. - Mówimy o człowieku, który wyszedł z więzienia, który nie może już grać na giełdzie - a przecież to właśnie stanowiło definicję jego życia; to dzięki temu krew szybciej krążyła mu w żyłach. Nie ma pieniędzy, co jest dla niego abstrakcją. Jego rodzina ma go w nosie, a on sam musi przystosować się do zmieniających się realiów światowej gospodarki.

- To zupełnie inna postać - dodaje aktor. - Była to dla mnie gratka, ponieważ zależało mi na zgłębianiu nowego bohatera, ale w starej skórze. Kluczem jest tutaj to, jak zmienia się człowiek - albo raczej jak zmienia go życie.

Szorstki styl Olivera Stone'a

Człowiekiem, który na pewno pozostał taki sam, jak w latach 80., jest za to Stone. Trzykrotny laureat Oscara cieszy się złą sławą ze względu na sposób, w jaki traktuje aktorów. Douglas zapewnia, że pod tym względem plan "Wall Street" nie wyglądał wyjątkowo.

- Zanim przyszło mi pracować z Oliverem, zrobiłem już trochę filmów - wspomina. - Mimo to zdarzało się, że po skończonym ujęciu pytał mnie ostro: "Czy ty w ogóle umiesz grać?".

Douglas chichocze.

- Kocham tego gościa - mówi wreszcie. - On ma po prostu taki styl. Wydaje mi się, że wydobył ze mnie Gordona Gekko. Przy następnych ujęciach, po tym, co usłyszałem, byłem już nieco bardziej agresywny.

A teraz? Ten sam stary, dobry Stone.

- To super talent - mówi Douglas - ale praca z nim to nie spacerek. To wyzwanie, ponieważ on cały czas na ciebie naciska. Osobiście jednak uwielbiam to połączenie dobrze napisanej roli i tę niepewność, jak daleko posunie się w tych naciskach. Wiedziałem, że wszystko zagra - tak, jak w przypadku pierwszego filmu. Jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu.

Takim samym szczęściem napawa go "Człowiek sukcesu", w którym zagrał dealera samochodowego w średnim wieku. Gdy lekarz rozpoznaje u niego poważną chorobę serca, mężczyzna lekceważy sobie wszelki przestrogi, odchodzi od żony, z którą był przez wiele lat (gra ją Susan Sarandon), a potem już tylko stacza się po równi pochyłej. Patrzy na upadek swojej firmy, do którego doprowadził złymi decyzjami; uwodzi 19-letnią córkę swojej nowej partnerki... Wreszcie przeprowadza się do miasteczka akademickiego, w którym mieszka dziewczyna, rozpaczliwie próbując odzyskać młodość.

65-letni Douglas identyfikuje się ze swoim bohaterem, nie znajdując w tym żadnego problemu.

- Człowiek - czy to mężczyzna, czy kobieta - który nie jest chociaż w pewnym stopniu świadom swojej śmiertelności, jest głupcem. To facet, który wchodzi w trzeci akt swojego życia. Jego problem polega na tym, że stracił nad nim kontrolę. Myślał, że jego życie już się kończy, ale tak się nie stało. To właśnie jest źródło wszystkich jego kłopotów.

Douglas wzdycha.

- Wydaje mi się, że należy nam się uznanie za zrobienie filmu o porażce. To taki zakazany temat w głównym nurcie amerykańskiego kina. Dla mnie takie podejście wpisuje się w jakieś wielkie kłamstwo - porażka nie jest przecież stygmatem na ludzkim życiu. Jest częścią życia.

- Mój bohater przyjmuje ją jednak z dużym humorem - dodaje po chwili. - To prawda: moja definicja komedii jest mroczniejsza, niż w przypadku większości ludzi. Mimo to nadal uważam, że ten film jest nie tylko przejmujący, ale też zabawny.

Skłonności autodestrukcyjne

Reżyser i scenarzysta "Człowieka sukcesu", Brian Koppelman, od początku myślał o Michaelu Douglasie jak odtwórcy głównej roli.

- Kiedy spotkaliśmy się z Brianem Koppelmanem, powiedział mi: "Pisałem to z myślą o tobie" - wspomina ze śmiechem Douglas. - Zapytałem: "Czy to dlatego, że jestem podłym dupkiem? Nie wiem, czy się obrazić, czy ci podziękować!".

Największym błędem Bena - bo tak nazywa się kreowany przez Douglasa bohater - jest to, że prawdziwa miłość jest tuż obok niego, ale on, w parkosyzmach kryzysu wieku średniego, pozwala jej się wymknąć.

Zobacz zwiastun filmu "Człowiek sukcesu":

- Jeśli spotkałeś w życiu tę jedyną, wyjątkową osobę, jesteś szczęściarzem - mówi Douglas. - Przypomina mi to "Fatalne zauroczenie". Tak wielu ludzi mówiło potem do mnie, przez całe lata: "Człowieku, miałeś Anne Archer. Była twoją żoną. Co ty miałeś w głowie?" Tak samo ma się rzecz z tym gościem z "Człowieka sukcesu". Jego życie u boku Susan Sarandon było wspaniałe, a on doprowadził się do samozagłady.

Co zresztą świetnie Douglasowi odpowiada. Wiadomo, że aktor kocha bohaterów o skłonnościach autodestrukcyjnych.

- Uwielbiam grać gości, w przypadku których - chociaż jawią się jako ludzie źli - jestem w stanie utrzymać widza po swojej stronie. To niebezpieczny aktorski grunt, ale ja uwielbiam kopać pod sobą takie głębokie dołki.

Fenomen związku z Zetą-Jones

18 listopada tego roku Douglas i Zeta-Jones będą świętować dziesiątą rocznicę ślubu. Związek tych dwojga rzucił wyzwanie sceptycyzmowi, z jakim Hollywood zapatruje się na gwiazdorskie małżeństwa - a przede wszystkim wątpliwościom związanym z dzielącą ich 25-letnią różnicą wieku. Wspomnienie pierwszego spotkania z żoną jest jednak wciąż żywe w pamięci aktora.

- Na początku był pociąg fizyczny - przynajmniej z mojej strony - mówi ze śmiechem. - Musiałem jednak zapracować na jej uznanie. Spotykaliśmy się przez ponad rok, z nieregularną częstotliwością, i przede wszystkim rozmawialiśmy. Mogę powiedzieć, że naprawdę ją poznałem, i przekonałem się zarówno o jej wewnętrznym, jak i zewnętrznym pięknie.

- A potem dowiedziałem się, że w pracy kieruje się wspaniałymi zasadami etycznymi, i że lubi starszych mężczyzn - dodaje, chichocząc.

No dobrze, skoro już o tym wspomniał - na czym polega ich fenomen?

- Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego niektóre kobiety, które mają udane życie zawodowe, chcą kogoś nieco starszego od siebie - mówi Douglas. - Z rówieśnikami często trudno jest się im dogadać; potrzebują kogoś o większej dojrzałości.

Zobaczcie, jak Zeta-Jones śpiewa i tańczy dla Michaela:

- Czasami w Hollywood zdarza się, że w aktorskich związkach pojawia się rywalizacja - ciągnie. - Jeśli twoja żona jest aktorką, odnosi sukcesy i jest w centrum uwagi, jest ci ciężko, jeżeli jesteś aktorem w podobnym wieku. A jeśli nie jesteś w tej branży, musisz być równie silny, by dotrzymać kroku takiemu partnerowi. Kiedy jednak druga osoba jest na innym etapie życia i kariery, to co innego. Nie ma wtedy tej rywalizacji.

Kolejna rola - kolejne wyzwanie

Kolejnym wyzwaniem, jakie czeka Douglasa, jest biograficzny film o Liberace, ekscentrycznym artyście estradowym. Niełatwo jest wyobrazić sobie Gordona Gekko w cekinach i przy skąpanym światłem świec fortepianie. Ale przecież o to między innymi chodzi.

- Bardzo chciałbym już założyć te ubranka - mówi aktor. - Na razie jednak skupiam się na oglądaniu archiwalnych nagrań. Zdjęcia nie rozpoczną się wcześniej, niż w 2011 roku. Tak naprawdę nie chcę się mobilizować, zanim nadejdzie późna jesień. Analizuję jednak nagrania występów Liberace i zastanawiam się, jak to ugryźć. Muszę znaleźć równowagę pomiędzy odgrywaniem roli a uosabianiem kogoś. Grając postaci fikcyjne, zawsze starałem się pójść o krok dalej.

Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że obiektem jego uczuć będzie... Matt Damon.

- Nie mogę się doczekać chwili, kiedy spojrzę w cudne oczy Matta Damona - z kamiennym wyrazem twarzy mówi Michael Douglas. - Będziemy musieli się nieźle napracować, żeby zachować powagę.

Cindy Pearlman

New York Times

Tłum. Katarzyna Kasińska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL