Reklama

Człowiek-pająk nowej ery

Jak świat długi i szeroki, twarz Andrew Garfielda widnieje na bilbordach, autobusach i w tunelach metra. Spogląda na nas oczyma plastikowych figurek; wyziera z gier wideo i opakowań płatków śniadaniowych. 28-letni Brytyjczyk, który w filmie "Niesamowity Spider-Man" wcielił się w nastoletniego superbohatera będącego jednym z symboli amerykańskiej popkultury, jest dosłownie wszędzie.

Wyższy poziom popularności

Reklama

A może tak się tylko wydaje? Mój rozmówca, z którym umówiłem się w jednym z najmodniejszych nowojorskich hoteli, najpierw odgryza kawałek trzymanego w ręku chipsa, a następnie lekko kręci głową w geście łagodnego zaprzeczenia - a może to wyraz błogiego szczęścia? Później pochyla się w moim kierunku, jak gdyby chciał zdradzić mi jakiś sekret.

- Wie pan co? Ominęło mnie to wszystko, bo akurat w tym czasie grałem w sztuce 'Śmierć komiwojażera' na Broadwayu. Koncentrowałem się tylko na tym, i dzięki Bogu - bo gdybym wiedział o całym tym szaleństwie, o wszystkich tych gadżetach i tak dalej, chyba bym zwariował.

- Ale powiem coś panu. Na tych płatkach śniadaniowych to nie jestem ja. To Spider-Man. Nie mam z tym problemu, bo nie chodzi tutaj o mnie. Tu chodzi o maskę. Owszem, ten kostium skrywa jakąś postać, i tak się składa, że to ja - ale dusza tego bohatera zawiera się w jego masce. To właśnie tym tak ekscytują się dzieciaki. Na mój widok nie krzyczą 'Andrew Garfield!' - ale: 'To Spider-Man'!

Dzięki roli człowieka-pająka Andrew Garfield awansował na wyższy poziom popularności, zarezerwowany dla największych gwiazd. Poprzednio znany był raczej tylko wtajemniczonym, a nie szerokiej kinowej publiczności. Na tym wczesnym etapie swojej kariery zagrał w takich filmach, jak "Chłopiec A" (2007), "Parnassus" (2009) czy "Nie opuszczaj mnie" (2010). Dopiero występ w "The Social Network" (2010) sprawił, że młody aktor został dostrzeżony.


Wkrótce pokonał konkurentów do roli Petera Parkera/Spider-Mana w superprodukcji Marca Webba, na planie której wdał się w romans z odtwórczynią głównej roli żeńskiej, Emmą Stone...

O ile więc prawdą jest, że na jego widok dzieciaki nie krzyczą: "Andrew Garfield" - chociaż po światowej premierze filmu i to może się wkrótce zmienić - to jego nazwisko rozbrzmiewa w różnych miejscach głośno, wyraźnie i często, wykrzykiwane przez... paparazzich. Bardzo możliwe, że ich obecne zainteresowanie jest zapowiedzią tego, jak w przyszłości będzie wyglądać życie utalentowanego Brytyjczyka, którego będzie prześladował odgłos robionych zdjęć i błysk fleszy - a także znakiem, że za rolę Petera Parkera przyjdzie mu zapłacić utratą prywatności i anonimowości.

- To akurat jest okropne - zżyma się aktor. - Czasami wołają za mną 'Spidey!', co jest po prostu nieznośne. Utrata prywatności była jedynym powodem, dla którego jakaś część mnie nie chciała tego robić. To właśnie ta myśl sprawiała, że marudziłem i zwlekałem przez kilka miesięcy, zanim podpisałem kontrakt. To bagno, ale nie mogę narzekać, bo sam zdecydowałem się na ten krok. Wiedziałem, że sprawy mogą przybrać taki obrót.

Przeczytaj recenzję filmu "Niesamowity Spider-Man" na stronach INTERIA.PL!

Wiara w ludzkość

- Nie oznacza to, że muszę być z tego powodu szczęśliwy - dodaje - ale też nie mam prawa się żalić. Ale jeśli ktoś włamie mi się do telefonu, wniosę sprawę do sądu. A jeśli dojdzie do naruszenia prawa... Cóż, jeśli kiedyś będę miał dziecko, i to dziecko przez to ucierpi, pewnie kogoś zamorduję.

- Niedawno przyleciałem do Nowego Jorku w towarzystwie mojego małego bratanka - kontynuuje. - Musiałem odbyć poważną rozmowę z fotoreporterami czekającymi na nas przed domem.

Wyszedłem do nich sam i powiedziałem: 'Chłopaki, wiem, że to wasza praca. Rozumiem to. Nie wiem nic o waszym życiu - może macie dzieci, a może nie. Może po kryjomu ćpacie - kto was tam wie. Tak czy inaczej, musicie zarabiać, żeby mieć dach nad głową i tak dalej... To nie znaczy, że musi mi się podobać wasze zajęcie. Jestem zdania, że praca w McDonald'sie nobilituje o wiele bardziej. Ale to tylko moje zdanie'".

Na koniec tej tyrady Garfield poprosił, żeby paparazzi powstrzymali się od robienia zdjęć jego bratankowi. Czy jego prośba spotkała się ze zrozumieniem? - Tak - potwierdza. - Muszę przyznać, że zachowali się bardzo przyzwoicie.

Czy był tym faktem zaskoczony? - Nie, bo wychodzę z założenia, że jeśli podchodzimy do innych ludzi z szacunkiem, empatią i zrozumieniem, oni odpowiadają nam tym samym. Poza tym - wierzę w ludzkość. Naprawdę.


Z premierą "Niesamowitego Spider-Mana" wiązane były wielkie oczekiwania. Postać człowieka-pająka, będącą częścią komiksowego uniwersum Marvela, stworzyli 50 lat temu Stan Lee i Steve Ditko. Film z Garfieldem w roli głównej to już czwarta kinowa adaptacja losów Petera Parkera, która wchodzi na ekrany zaledwie pięć lat po ostatniej części wyreżyserowanej przez Sama Raimiego trylogii, gdzie w głównego bohatera wcielał się Tobey Maguire. Tryptyk Raimiego zarobił na całym świecie 2,5 mld dolarów - nie dziwi więc, że wszystkie oczy w Hollywood zwrócone są na młodego aktora i niedoświadczonego reżysera, którzy podjęli się dokonać tego śmiałego resetu...

136 minut emocji

Tym razem poznamy więcej szczegółów dotyczących przeszłości Petera Parkera. Jeszcze jako mały chłopiec stracił on rodziców w katastrofie lotniczej. Wychowany przez kochających go jak syna wuja Bena (Martin Sheen) i ciotkę May (Sally Field), nawet po latach, jako nastolatek, czuje się samotny i zagubiony. Nagle jednak wszystko się zmienia...

Peter przez przypadek odkrywa walizkę należącą do jego ojca, który był uznanym naukowcem. Dzięki zdobytym w ten sposób informacjom dociera do laboratorium, którym kieruje jednoręki doktor Curt Connors (Rhys Ifans), niegdyś przyjaciel i współpracownik ojca naszego bohatera. Jego obsesją jest odkrycie sekretu regeneracji kończyn u gadów. W trakcie swoich badań zażywa opracowane przez siebie eksperymentalne serum, które w efekcie zmienia go w humanoidalnego Jaszczura.

Zanim jednak to się stanie, Peter odwiedzi laboratorium Connorsa, gdzie zostanie ukąszony przez napromieniowanego pająka. Tak właśnie dojdzie do jego przemiany w posiadającego niezwykłe umiejętności, walczącego z przestępczością Spider-Mana.

Oczywiście, w filmie obecny jest również wątek miłosny: Peter zakochuje się w atrakcyjnej szkolnej koleżance, Gwen Stacy. Tak więc widz dostaje 136 minut wypełnionych miłosnymi westchnieniami i rozłąką, nadludzkimi wyczynami i łotrowskimi sztuczkami, pocałunkami i eksplozjami.

Rzecz jasna, Garfield podszedł do swojego zadania jak najbardziej poważnie. Aktor po raz pierwszy założył kostium Spider-Mana, mając trzy lata. Jak sam mówi, w dzieciństwie uwielbiał czytać komiksy i oglądać kreskówki. Przeczesując palcami gęste włosy, wspomina, jak wykorzystywał tę pasję na planie filmu - a także w rozmowach z reżyserem Markiem Webbem.

- Zależało mi na tym, żeby najważniejszy w tym wszystkim był Peter, a nie ukąszenie pająka - mówi. - Oczywiście, to zdarzenie decyduje o jego losie, ale moim nadrzędnym celem było wykreowanie bogatej, dookreślonej, w pełni ukształtowanej osobowości tego chłopaka jeszcze na etapie poprzedzającym ukąszenie. Bardzo się starałem, by osiągnąć ten efekt.

- W tę postać od początku wpisana była ewolucja. Dużo rozmawialiśmy na temat tego, kim właściwie jest Peter Parker. Czułem się tak, jakby jakiś wewnętrzny głos wyraźnie wskazywał mi właściwą drogę. Dokładałem wszelkich starań, by oddać sprawiedliwość tej postaci; by Peter nie był tylko jakimś kolesiem w kostiumie, ale nastoletnim chłopakiem z krwi i kości, któremu kibicujemy i na którym nam zależy - i którego sylwetka będzie wiernie oddawać komiksowy pierwowzór i istotę tej postaci.

Być jak... Jason Statham

Spider-Man nie wpisuje się w powszechny stereotyp krzepkiego, umięśnionego superbohatera. Peter Parker stworzony przez Steve'a Ditko był przecież chudym kujonem w okularach - podobnie jak będący jego alter ego człowiek-pająk, z tą różnicą, że jego znakiem rozpoznawczym, zamiast okularów, był charakterystyczny kostium. Otrzymawszy błogosławieństwo reżysera, Garfield postanowił obrać tę samą drogę. Owszem, ćwiczył, by zyskać formę i wytrzymałość potrzebne mu podczas długiej pracy na planie, bardzo wymagającej pod względem fizycznym. Nie chciał jednak "przypakować" ani paradować w sztucznej muskulaturze ukrytej pod kostiumem.

- Denerwowałem się za każdym razem, kiedy pojawiałem się w miejscach publicznych i byłem wystawiony na ludzkie spojrzenia - przyznaje. - Bardzo zależało mi na tym, żeby utrzymać szczupłą, a jednocześnie umięśnioną sylwetkę. Tak zawsze myślałem o Spider-Manie, i tak też myślę o nim dzisiaj. Wiem jednak, że ludzie myślą inaczej. Wiem, że patrzyli na mnie i myśleli: 'Chłopie, powinieneś być ciut większy'. Nie było to dla mnie łatwe, bo przez całe życie byłem chudy, i też miałem poczucie, że powinienem przybrać nieco na wadze. Tak, chciałem być postawniejszy i lepiej zbudowany. Chciałem być jak Jason Statham, ale jestem tym, kim jestem.

- Świadomość takich, a nie innych oczekiwań, bardzo mi ciążyła. Czasami też musiałem odpowiadać na zadawane mi wprost pytania, czy planuję przybrać na wadze. Musiałem konsekwentnie odpowiadać, że nie; że właśnie tego chcę: widzieć, jak chudy dzieciak spuszcza manto mięśniakom. O to właśnie chodzi w Spider-Manie. Podsumowując, bywało ciężko, ale efekt końcowy, który widzę na ekranie, satysfakcjonuje mnie w najwyższym stopniu.

To samo można chyba powiedzieć o chemii, jaka łączy Petera i Gwen, czyli Andrew Garfielda i Emmę Stone. Ich wspólne sceny są zabawne, wesołe, poruszające lub wręcz tragiczne - w zależności od okoliczności. Garfield nie chce rozmawiać na temat tego, co łączy ich poza ekranem i próbuje ignorować słowo "chemia", ale w jego głosie słychać niekłamany entuzjazm, kiedy mówi o swojej filmowej partnerce.

- Nie chodzi o to, że nie lubię tego wyrażenia, ale o to, że tak naprawdę nie jest to coś, o czym potrafię mówić. To coś nie dającego się ująć w żadne konkretne ramy. Nie chcę wiedzieć, na czym polega ta magia - tłumaczy.

- Podziwiam i szanuję Emmę jako aktorkę. Praca z nią była dla mnie niesamowitym przeżyciem. Wspólne zdjęcia, przebywanie na planie w jej towarzystwie - to czysta radość i świetna zabawa.

Garfield zakończył już występy na deskach Broadwayu (rola w "Śmierci komiwojażera" przyniosła mu nominację do prestiżowej nagrody Tony). Ledwo zdążył odetchnąć po zejściu ze sceny, a już musiał wyruszyć w trasę promocyjną "Niesamowitego Spider-Mana". Tymczasem prace nad scenariuszem sequela już trwają. Zdjęcia mają ruszyć w przeciągu dwunastu miesięcy; znana jest już nawet data premiery (chociaż film nie ma jeszcze tytułu): 2 maja 2014 roku.

Odtwórca roli człowieka-pająka nie jest pewien, czy przed rozpoczęciem pracy na planie sequela uda mu się znaleźć czas na jakiekolwiek inne projekty.

- Co dalej? A co jeszcze mogę zrobić? - pyta retorycznie. - Tak bardzo cieszę się tym, co jest teraz, że chcę przedłużyć ten moment. Mam wielkie szczęście, że jestem tu, gdzie jestem.

Ian Spelling

"The New York Times"

Tłum. Katarzyna Kasińska

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

The New York Times

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Niesamowity Spider-Man | Andrew Garfield

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje