Reklama

Ben Affleck w mrocznym świecie miłości i nienawiści

Ben Affleck ma już na koncie dwa Oscary, troje dzieci i przepiękną żonę, aktorkę Jennifer Garner. Nie wykluczone, że najnowsza rola w "Zaginionej dziewczynie" Davida Finchera może przynieść 42-letniemu gwiazdorowi trzecią, złotą statuetkę. Czy jest coś, czego może mu brakować?

Ben Affleck ma już na koncie dwa Oscary - pierwszego z nich odebrał za scenariusz do "Buntownika z wyboru", którego był współautorem; drugiego za wyprodukowanie "Operacji Argo", która została uznana przez członków Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej za najlepszy film 2012 roku. Ma też troje dzieci: 8-letnią Violet, 5-letnią Seraphinę i 2-letniego Sama. Ktoś powiedziałby, że w tej konfiguracji do kompletu brakuje mu tylko trzeciej statuetki - na szczęście jednak pociechy aktora nie wykazują żadnego zainteresowania Oscarami taty.

Nudne filmy dla dorosłych

Reklama

- Nie chcą ich nawet oglądać - śmieje się Affleck, który telefon ode mnie odebrał w swoim domu w malowniczej miejscowości Pacific Palisades położonej nad Oceanem Spokojnym. - Przemysł filmowy to ostatnia rzecz, o jaką dbają. Teraz liczą się dla nich tylko książeczki, lalki i piłki.

- Co prawda, jakiś czas temu usłyszałem pytanie: "Tatusiu, czy możemy zobaczyć "Zaginioną dziewczynę?"". "Owszem" - odpowiedziałem - "kiedy skończycie 21 lat." I co usłyszałem? "Tatusiu, ty cały czas grasz w tych nudnych filmach dla dorosłych!".

W tym, że Affleck i jego żona Jennifer Garner (również aktorka) nie chcą, by ich dzieci oglądały "Zaginioną dziewczynę", nie ma jednak nic dziwnego. Filmowa adaptacja powieści Gillian Flynn, dokonana przez samego Davida Finchera, to mroczny dramat, którego bohaterem jest mężczyzna (Affleck) oskarżony o zamordowanie swojej własnej żony (Rosamund Pike). W Ameryce był to jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów roku, a gorącą atmosferę wokół premiery dodatkowo podsycał fakt, że otrzymał on osławioną kategorię R (widzowie poniżej 17 lat mogą go obejrzeć tylko w towarzystwie dorosłego opiekuna - red.).

42-letni Affleck zdradza, że do zagrania głównej roli w "Zaginionej dziewczynie" przekonał go właśnie David Fincher.

- Powiedział mi, że chce przedstawić małżeństwo głównych bohaterów w sposób bardzo realistyczny, bez lukru. "Piszesz się na to?" - zapytał. Chciał, abym na ekranie był przerażający i delikatny zarazem, do bólu autentyczny - i tajemniczy.

Warunkiem koniecznym była też cierpliwość: Fincher słynie z tego, że każdą scenę powtarza do upadłego.

- David rzeczywiście się nie spieszy - przyznaje Affleck. - W sumie przebywaliśmy na planie przez 110 dni zdjęciowych. To dość dużo jak na film, który nie jest jakąś superprodukcją. W praktyce chodziło o to, że musieliśmy dokładnie analizować wszystkie niuanse naszej gry, dokonując drobnych korekt w tym czy innym kierunku.

Mroczny obraz damsko-męskich relacji

Film Finchera jest próbą odpowiedzi na pytanie, co ludzie związani węzłem małżeńskim tak naprawdę wiedzą o sobie nawzajem. Wnioski są dość niepokojące...

- Gillian, autorka powieści, to przemiła kobieta. Tak się jednak złożyło, że napisana przez nią historia jest bardzo mroczna - mówi Affleck. - Z kolei David zinterpretował tę powieść w sposób wręcz wywrotowy. Kiedy zapoznawałem się ze spojrzeniem tych dwojga na instytucję małżeństwa, miałem świadomość, że zupełnie nie pokrywa się ona z moimi poglądami na związek dwojga ludzi.

- Gillian stawia w książce interesującą hipotezę. Pisze o tym, że mężczyzna i kobieta, kiedy zalecają się do siebie na etapie randek, zakładają maski po to, by pokazać tej drugiej osobie tylko to, co ona chce zobaczyć. Po ślubie te maski znikają.

Aktora szczególnie zafascynowała przedstawiona w powieści wizja kobiety.

- Bardzo zaciekawiło mnie to, co Gillian pisze o dziewczynach, które z kamienną twarzą udają różne rzeczy, pozostając w relacji z mężczyzną. Jej zdaniem każda kobieta ma w sobie tę cechę. Nawet ja byłem oszołomiony i pytałem sam siebie, czy to rzeczywiście jest możliwe. Wydaje mi się, że wielu facetów podczas lektury musiało być autentycznie zaskoczonych. Przykładowo - autorka twierdzi, że kobieta może ci powiedzieć, że uwielbia oglądać futbol, chociaż w rzeczywistości nie znosi tego sportu. To taki delikatny przykład, którego używam tu celowo. Reszta nie nadaje się do przytoczenia. Przemyślenia te są przedstawione z kobiecej perspektywy. Nikt nie maluje tu obrazu relacji damsko-męskich w różowych barwach. Przeciwnie, jest to dość mroczny obraz.


Affleck Batmanem? W internecie zawrzało!

Kiedy pytam o inny głośny projekt z jego udziałem - "Batman v Superman: Dawn of Justice" - mój rozmówca wykazuje daleko idącą ostrożność. Prace nad filmem Zacka Snydera wciąż trwają; do kin nie wejdzie on wcześniej niż w 2016 r. Wiadomo już jednak, że wytwórnia chce zrealizować kolejny film o Batmanie z Affleckiem w roli głównej. Będzie on nosił tytuł "Justice League".

- Czy nie moglibyśmy wrócić do tego wątku za dwa lata? - śmieje się Affleck. - Powiem ci tyle, że teraz już częściej zdarza mi się słyszeć głosy entuzjazmu w tej sprawie. Bardzo mi się podoba to pozytywne nastawienie i ekscytacja.

Nie wszystkie reakcje były jednak pozytywne. Kiedy ogłoszono, że Affleck będzie kolejnym aktorem, który wcieli się w Człowieka Nietoperza, w Internecie zawrzało. Fani Batmana otwarcie wyrażali swoje wątpliwości, czy Affleck - kojarzony z rolami lżejszego kalibru - udźwignie ciężar tej postaci, mrocznej i udręczonej wewnętrznymi rozterkami.

- To była tak zwana negatywna ekscytacja - chichocze aktor. - To nieuniknione, kiedy godzisz się na udział w filmie tego rodzaju. Co do mnie, to wiem tylko tyle, że jestem bardzo podniecony: trafił mi się świetny scenariusz i możliwość współpracy z utalentowanym reżyserem.

Pewne jest natomiast to, że Affleck będzie jednym z pierwszych widzów, którzy obejrzą nowe przygody Batmana na ekranie. Tak samo było zresztą z "Zaginioną dziewczyną". O ile to tylko możliwe, aktor stara się nie czekać, aż dany film z jego udziałem wejdzie do kin.

- Wolę zapoznać się efektami swojej pracy i ocenić je, zanim ktokolwiek inny będzie mógł to zrobić - tłumaczy. - Z każdym filmem jest tak samo: krytycy mówią jedno, a dane dotyczące frekwencji sugerują coś zupełnie innego. Wystawiają ci ocenę. Jeśli uda mi się zobaczyć film przed wszystkimi i jeśli poczuję dumę z tego, jak się spisałem, to mogę być dumny z danej roli przez resztę życia.

O karierze marzył od dziecka

Ben Affleck przyszedł na świat w Berkeley w Kalifornii. On i jego młodszy brat Casey dorastali jednak w stanie Massachusetts. Przyszły gwiazdor marzył o karierze aktorskiej już jako nastolatek. Marzenie to dzielił ze swoim najlepszym przyjacielem - Mattem Damonem.

Affleck zadebiutował przed kamerą w reklamie sieci Burger King. Jako nastolatek zagrał w kilku telewizyjnych filmach, by w 1992 r. wreszcie pojawić się na dużym ekranie w "Więzach przyjaźni" (w obsadzie tego filmu znalazł się również Damon). Przełomowa okazała się jednak dla niego dopiero rola w komedii "W pogoni za Amy" (1997), gdzie wcielił się w autora komiksów zakochanego w lesbijce.


Kiedy w kinach wyświetlano "W pogoni za Amy", Affleck i Damon kończyli wspólnie pracę nad projektem, który miał zmienić ich życie na zawsze. W 1995 r. przyjaciele - sfrustrowani tym, że wciąż nie trafiają im się żadne wartościowe role - postanowili, że wezmą sprawy w swoje ręce i samodzielnie napiszą scenariusz swoich marzeń. Tak powstał "Buntownik z wyboru", którego premiera miała miejsce zaledwie 8 miesięcy po filmowych perypetiach rysownika zakochanego w Amy. Opowieść o wybitnie uzdolnionym matematycznie 20-latku podbiła serca widzów i krytyków. Damon i Affleck wystąpili w niej u boku Robina Williamsa (nagrodzonego Oscarem za rolę psychologa pomagającego tytułowemu "buntownikowi") - i, jak pamiętamy, odebrali Nagrodę Akademii za stworzony przez siebie scenariusz.

Zamiast jednak usiąść do pisania kolejnego scenariusza, Ben i Matt, niezależnie od siebie, wkroczyli na ścieżkę aktorskiej kariery. Affleck brylował w wysokobudżetowych produkcjach - by wymienić choćby "Armageddon", "Pearl Harbor" czy "Daredevil". Miały one jedną cechę wspólną: zarobiły górę pieniędzy, ale recenzenci nie zostawili na nich suchej nitki. Affleckowi nie pomagało również to, że jego publiczny wizerunek w coraz większym stopniu kształtowały liczne romanse, z których najsłynniejsze to te z Gwyneth Paltrow i Jennifer Lopez. Z tą ostatnią wystąpił w fatalnie przyjętym filmie "Gigli" (za swoją rolę został zresztą "nagrodzony" Złotą Maliną), osiągając minimum krytyczne swojej kariery.

Na chwilę zniknął

Po epoce "Bennifer" (jak Bena i Jennifer pieszczotliwie ochrzciła brukowa prasa) Affleck rozpoczął żmudne odbudowywanie swojej nadszarpniętej reputacji. Zwiastunem nowego otwarcia była doskonała kreacja George'a Reevesa (gwiazdora TV z lat 50., znanego z roli Supermana), którą stworzył w dramacie "Hollywoodland" (2006). Rok później Ben zbierał już pochwały za film "Gdzie jesteś, Amando", który wyreżyserował i wyprodukował. Mniej więcej w tym samym czasie rodzina, którą założył z Jennifer Garner (para pobrała się w 2005 r.) zaczęła się powiększać - i Affleck na dobre zniknął z czerwonego dywanu. Dziś jednak utrzymuje, że nigdy świadomie nie planował odpoczynku od show-biznesu.


- Nie było żadnego punktu zwrotnego. Zawsze byłem tą samą osobą, tylko na różnych etapach różnie postrzeganą. (...) Czułem, że to, co jesteś w stanie zrobić jako aktor, przekłada się na to, co możesz zrobić jako reżyser, i na to, do jakiego stopnia jesteś w stanie zainteresować reżyserów swoimi umiejętnościami. Reszta jest kwestią starzenia się i nabierania mądrości, a także dojrzałości życiowej. To wszystko przekłada się na twoją grę. Do tego dochodzi fakt, że dziś interesują mnie inne rzeczy niż 20 lat temu, bo moje życie też jest już inne. Muszę jednak szczerze powiedzieć, że lubiłem moje życie tak samo wtedy, jak i dziś.

Największa pasja to reżyseria

Ukoronowaniem zawodowego renesansu Afflecka był wieczór 24 lutego 2013 r., kiedy gwiazdor odebrał Oscara dla najlepszego filmu za "Operację Argo". Co ciekawe, jako reżyser tego obrazu nie został nawet nominowany do prestiżowej statuetki, co wielu odebrało jako afront dla jego osoby.

- Byłem podekscytowany i zaszczycony wygraną w tej rywalizacji - wspomina dziś Affleck. - To moje największe osiągnięcie zawodowe, ale też doświadczenie, które w największym stopniu nauczyło mnie pokory. Kiedy odbieraliśmy z Mattem Oscara za "Buntownika z wyboru", wszystko to było dla nas takie nowe... Tym razem świetnie rozumiałem, z czym to się wiąże. Mogłem autentycznie przeżywać moje szczęście i wdzięczność. Wielkim przeżyciem było dla mnie również to, że mogłem ze sceny wspomnieć i podziękować moim bliskim i wszystkim ludziom, którzy są dla mnie ważni.


Affleck nie zamierza rezygnować z aktorstwa, ale podkreśla, że jego największą pasją jest teraz reżyseria.

- Ten drugi fach nauczył mnie wiele o tym pierwszym. Patrzę teraz na aktorów zupełnie inaczej. Jestem w stanie wychwycić każdą prawdę i fałsz w ich grze. To, czego Affleck-aktor nauczył się od Afflecka-reżysera, to jednak przede wszystkim sztuka wyboru.

© 2014 Cindy Pearlman

Tłum. Katarzyna Kasińska

The New York Times

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje