Reklama

Bartosz Konopka o genezie "Krwi Boga"

Film, który powstał z głębokiej refleksji. Dzieło, które pozostawia pytania. Wypowiedź o mądrości milczenia. Czy dwoje ludzi jednej kultury, o podobnych potrzebach, ale i ranach, potrafi się ze sobą porozumieć? Czy jesteśmy w stanie otworzyć się na inny system myślenia? Dlaczego tak wiele zawdzięczamy chrześcijaństwu, a ono mimo to nas uwiera? - Bartosz Konopka opowiada o genezie swojego najnowszego filmu "Krew Boga".

Karol Bernacki w scenie z "Krwi Boga"

Pomysł na "Krew Boga" zrodził się z kilku inspiracji i jednego motywu. Motywem była chęć stworzenia czegoś własnego, ale też ciekawego dla widza. Inspiracjami? Odwieczny sprzeciw reżysera Bartosza Konopki wobec bezdyskusyjnych dogmatów i autorytetów. Potrzeba szukania dialogu i alternatyw, które mogą godzić różne pomysły na świat, a nie zaogniać konflikty. Fascynacja pokojowymi buntownikami - Chrystusem, Gandhim, Martinem Lutherem Kingiem i innymi. I wreszcie mądrość, jaką niesie w sobie milczenie, poszukiwanie skupienia wewnętrznego i oddziaływanie na ludzi obecnością, a nie pustymi słowami czy ideologią.

Reklama

Konopka szukał formy, aż trafił na film o spotkaniu sacrum i profanum - "Valhallę. Mrocznego wojownika" Nicolasa Windinga Refna. "To była taka iskra, która spowodowała, że wszystkie pomysły, które wcześniej niezależnie dryfowały, nagle się poskładały w całość, dosłownie w ciągu paru dni. (...) Zastanawiałem się, w jakiej rzeczywistości chcę tę opowieść osadzić. Szukałem kontrastu pomiędzy duchowością i brutalnością. Chciałem skupić się czymś minimalnym: na relacji dwójki ludzi, a z drugiej strony pokazać okrutny świat na zewnątrz. (...) Chciałem umiejscowić akcję w świecie trudnym, prymitywnym, ale i pełnym duchowego uniesienia. W świecie wielkich kontrastów. Wybrałem się do średniowiecza" - wyjaśnił reżyser.

"Ten film jest bardziej pytaniem o ponadczasową kondycję człowieka, niż historyczną narracją. Dlatego nie określamy gdzie i kiedy dzieje się akcja, mieszamy obyczaje, kostiumy, zależności. Uciekamy od konkretu. Szukamy rytuałów i mechanizmów wspólnych dla wielu kultur, dla różnych ludzi. (...) Nie chciałem naśladować przeszłości, raczej stworzyć jakąś metaforę, pewien symbol wspólnoty przedchrześcijańskiej" - zaznaczył.

Istotny dla Konopki okazał się też esej "Kultura jako źródło cierpień" Zygmunta Freuda - analiza tego, jak świat chrześcijański i kultura zachodnia, choć przyniosły wiele dobrego, wiele też zabrały. Choć rozważania głównego teoretyka psychoanalizy dla reżysera stały się okazją do krytycznego spojrzenia na religię i naszą cywilizację, to jego film nie jest głosem przeciwko Kościołowi. Jest raczej - jak podkreśla Konopka - opowieścią o tym, jak łatwo błądzić w relacji z Bogiem i jak trudno zrozumieć, co on do nas mówi. "Wierzę, że Bóg jest, że daje bezwarunkową miłość. Moja własna droga pokazała mi, że tylko on jest w stanie wypełnić pustkę egzystencjalną, której nie potrafi wypełnić żaden człowiek. We mnie takie przekonanie było zaszczepione w dzieciństwie, ale potem je zostawiłem" - mówi reżyser.

Jego zdaniem dwójka głównych bohaterów razem mogłaby stworzyć perfekcyjny tandem i przenosić góry. Jednak, jak dodał, "zamiast tego widzimy, jak to się powoli coraz bardziej rozbija właśnie pod wpływem pewnych odgórnie narzuconych zasad, ideologii".

Wczesne średniowiecze. Na ostatnią pogańską wyspę, cudem uniknąwszy śmierci, dociera rycerz Willibrord (Krzysztof Pieczyński). Okrutnie doświadczony przez los, lecz twardo stąpający po ziemi wojownik, już dawno zginąłby, gdyby nie pomoc Bezimiennego (Karol Bernacki) - pełnego ideałów chłopaka, skrywającego przed światem prawdziwą tożsamość.

Pomimo różnic w światopoglądzie i podejściu do religii, mężczyźni zostają towarzyszami podróży. Kontynuują wędrówkę połączeni wspólnym celem - chcą odnaleźć i ochrzcić ukrytą w górach osadę pogan. Chociaż chrystianizacja mieszkańców to jedyny sposób, by uchronić ich przed zbliżającą się zagładą, misję bohaterów spróbują zatrzymać kapłan pogan oraz ich wódz, Geowold. Ich działania wystawiają poglądy obcych na wielką próbę.

Jednak w ostatnim bastionie "starej wiary" Willibrord i Bezimienny mogą liczyć na nieoczekiwanego sojusznika. Jest nim Prahwe - charyzmatyczna córka Geowolda. Wkrótce miłość skonfrontuje się z nienawiścią, dialog z przemocą, szaleństwo z zasadami, a wielu będzie musiało zginąć...


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Krew Boga

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje