Swój żal Danny DeVito wyraził w niedawnym wywiadzie dla "GQ", w którym stwierdził, że jego przyjaciel powinien był nakręcić kontynuację "Bliźniaków". "Arnold i ja chcemy razem pracować. Cóż, przegapiliśmy 'Bliźniaków 2', ponieważ został gubernatorem. Uważam, że zamiast obejmować to stanowisko, powinien był nakręcić właśnie drugą część 'Bliźniaków'" - stwierdził aktor, dodając, że od pewnego czasu obaj dyskutują nad wspólnym projektem, ale nie zdradził, co to będzie. Zapewnił jednak, że nie ma to żadnego związku z ich wspólną komedią sprzed lat, kulisom powstawania której Arnold Schwarzenegger poświęcił kilka stron w swojej najnowszej książce "Przydaj się. Siedem zasad lepszego życia" (polska premiera jest zaplanowana na 8 listopada).
"Bliźniacy": Nikt nie wierzył w ten projekt
W swoich wspomnieniach były gubernator stanu Kalifornia przyznał, że pomysł na ten film zrodził się z jego potrzeby zerwania z wizerunkiem mięśniaka i kinowego zabijaki. "Pragnąłem głównych ról. Marzyłem, by zostać najlepiej opłacanym aktorem w branży. Aby to osiągnąć, musiałem udowodnić widzom, że mam do pokazania coś więcej niż mięśnie i masakrę. Musiałem odsłonić swoje miękkie wnętrze, swój talent dramatyczny i komiczny, pokazać ludzkie oblicze. Musiałem grać w komediach" - wspomniał.
Oczywiście, pomysł ten najczęściej spotykał się z kpinami ze strony dziennikarzy, ale i bliskich, wątpiących w komediowe umiejętności filmowego Terminatora. Wiarą podobną do jego własnej obdarzył Arnolda dopiero reżyser i producent Ivan Reitman, który ostatecznie przeniósł tę wizję na duży ekran.
"Ivan poprosił kilku znajomych scenarzystów, żeby podrzucili nam jakieś pomysły, a potem obaj nad nimi pracowaliśmy tak długo, aż znaleźliśmy ten, który najbardziej nam się podobał i jak wierzyliśmy, mógł się też podobać studiom. (...) Tworzyliśmy wyjątkowy zespół. Kto by nie chciał naszej wspólnej komedii? Jak się okazało - prawie całe Hollywood. Koncept większości się podobał, ale część producentów nie umiała się pogodzić z tym, że chciałem wziąć na siebie główną rolę w komedii. Nie wierzyli, że poradzę sobie z tym u boku Danny'ego, który jest geniuszem komedii. Część uważała zresztą, że i tak nie dałbym rady, niezależnie od tego, kto grałby tam razem ze mną" - przyznał Schwarzenegger. Dodał, że nie bez znaczenia było także ryzyko, jakim obarczony był taki projekt. Mógł się przecież okazać finansową klapą.
Aby wytrącić studiom filmowym ten argument z ręki, aktorzy i reżyser, którzy w tamtym czasie byli nieźle opłacani, zgodzili się na brak jednorazowego ustalonego honorarium za swoją pracę. "Zamiast tego zgodziliśmy się na część zysków netto, co w hollywoodzkim slangu określa się backendem. Zarobilibyśmy tylko wtedy, gdyby zarobiło studio. W tamtych czasach studia niemal nigdy nie płaciły aktorom procentu od zysków (wciąż tego nie robią). Dla każdego z nas było to poważne ryzyko zawodowe oraz finansowe. (...) U progu 1988 roku siedzieliśmy w Santa Fe w Nowym Meksyku i produkowaliśmy film. Tuż przed 1989 rokiem nie tylko zaliczyliśmy prezydencką premierę z Bushem na sali Kennedy Center, ale i zarobiliśmy w Stanach ponad 100 milionów dolarów. Był to mój pierwszy film, który osiągnął taki dochód. A ludzie wciąż mi nie wierzą, że to właśnie 'Bliźniacy' przynoszą mi po dziś dzień największe wpływy" - skwitował aktor.














